Kurs Rolniczy polska wersja robocza

 

Rudolf Steiner

Kurs Rolniczy

Podstawy całościowego myślenia w rolnictwie ekologicznym

9 wykładów wygłoszonych w Koberwitz (Kobierzyce) od 7 do 16 czerwca, 1924 r.

wstępem, komentarzem i przypisami opatrzyli D.J. Dürich, G. Stielow, E. Kośmicki, M. Szoblik

 

Wydanie drugie poprawione i poszerzone

Bielsko-biała 2007

 

Przekład stenogramu dziewięciu wykładów R. Steinera wygłoszonych od 07.06 dol 6.06.1924 r. w Koberwitz (Kobierzyce) Stenogram nie przejrzany przez autora

Przekład i publikacja za zezwoleniem:

"Rudolf Steiner – Nachlassverwaltung", Dornach/Szwajcaria

Tłumaczenia dokonano według wydania oryginalnego, opublikowanego przez wydawnictwo:

"Rudolf Steiner – Verlag" (Dornach/Szwajcaria) pod tytułem:

"Geisteswissenschaftliche Grundlagen zum Gedeihen der Landwirtschaft. Landwirtschaftlicher Kurs" (GA327)

Copyright © by Rudolf Steiner – Nachlassverwaltung, Dornach/Schweiz Prawa autorskie zastrzeżone przez wydawnictwo:

Rudolf Steiner – Nachlassverwaltung, Dornach/Szwajcaria

 

Przełożył: Mateusz Szoblik

Projekt okładki: Dieter J. Dürich

 

Wydawca pragnie serdecznie podziękować instytucjom współfinansującym wydanie niniejszej książki:

Internationaler Förderkreis für Ökologie und Ausbildung e. V., Deutsch/and;

Stiftung zur Pflege von Mensch, Mitwelt und Erde, Schweiz;

Michael–Stiftung, Deutschland

 

Wydawca: Dieter Johannes Dürich, Hallestraße 59, D – 38 124 Braunschwei

Druk: Drukarnia TIMEX, 43 – 300 Bielsko – Biała, ul. Słowackiego I7a, tel. +48 33 8228224

Zielone Świątki 2007

 

 

 

Spis treści

 

Wstęp (Eugeniusz Kośmicki)…………………………7

 

Przedmowa (Gotthard Stielow)………………………… 11

Wprowadzenie: Część 1 (Dieter J. Dürich)………………………… 13

Wprowadzenie: Część 2 (Gotthard Stielow)…………………………19

Krótkie przedstawienie treści dziewięciu wykładów (Gotthard Stielow, Dieter J. Dürich)…………………………23

 

Wykład 1 (7 czerwca 1924)…………………………33

Wykład 2 (I O czerwca 1924)…………………………49

Wprowadzenie do wykładu 3 (Dieter J. Dürich)………………………… 69

Wykład 3 (11 czerwca 1924)………………………… 73

Wykład 4 (11 czerwca 1924)…………………………85

Wykład 5 (12 czerwca 1924)…………………………105

Pytania i odpowiedzi (12 czerwca 1924)…………………………121

Wykład 6 (13 czerwca 1924)…………………………135

Pytania i odpowiedzi(13 czerwca 1924)…………………………153

Wykład 7 (14 czerwca 1924)…………………………161

Pytania i odpowiedzi(l 4 czerwca 1924)…………………………179

Wykład 8 (15 czerwca 1924)…………………………187

Wykład 9 (16 czerwca 1924)…………………………201

Pytania i odpowiedzi (16 czerwca 1924)…………………………221

 

Literatura…………………………231

 

Niektóre wydarzenia w życiu autora (Dieter J. Dürich)…………………………23

 

 

 

Wstęp

Eugeniusz Kośmicki

 

Stanisław Franciszek Karłowski[1] jako prekursor rolnictwa biodynamicznego w Polsce.

 

W pałacu w Koberwitz (obecnie Kobierzyce) odbył się w dniach 7–16.06.1924 "Kurs rolniczy". Kurs ten prowadził Rudolf Steiner (1861–1925) – założyciel antropozofii, który tym samym stworzył podstawy biodynamicznego sposobu gospodarowania w rolnictwie. Główną zasada tego typu rolnictwa – obecnie znanego już na całym świecie – jest wykorzystanie sił i procesów przyrodniczych oraz kosmicznych w celu ożywienia gleby i zapewnienia zdrowego pożywienia dla ludzi. W tym celu przyjmuje się wszechstronne kształtowanie gospodarstwa rolnego na podobieństwo orga­nizmu – stosując odpowiednie nawożenia, a przede wszystkim tzw. preparaty biodynamiczne.

Wiemy na podstawie wiarygodnych źródeł, że z uczestnikami niniejszego "Kursu rolniczego" spotykał się Stanisław Franciszek Karłowski z Szelejowa.

S.F. Karłowski na początku lat trzydziestych cały swój majątek przestawił na metodę biodynamiczną, stając się prekursorem rolnictwa biody­namicznego w Polsce. Ogólna powierzchnia jego majątku wynosiła 1724 ha. Karłowski propagował steinerowską filozofię rolnictwa, organizował kursy, szkolenia i spotkania, tworząc szybko rozwijający się ruch społeczny na rzecz rolnictwa biodynamicznego. Dzięki niemu powstało Towarzystwo Krzewienia Zasad Życia i Gospodarki Zgodnej z Przyrodą. Problemom rolnictwa biodynamicznego poświęcono wiele opracowań szkoleń i owych. Do najbardziej znanych należą: "Praktyczne wskazówki zastosowania metody biologiczno-dynamicznej na roli i w ogrodzie". (Szelejowo 1934),

"Dżdżownica" (Poznań 1935), "Działanie preparatów metody biologiczno-dynamicznej" (Poznań 1935), "Organizacja kompostowania surowców" (Poznań 1937), "Biologia gleby w praktyce rolniczej" (Poznań 1939). Wymienione opracowania (których odbitki kserograficzne czytelnik może zamówić u tłumacza) do dzisiaj zachowują swoją wartość jako źródło wiedzy w zakresie rolnictwa biodynamicznego. Są to samodzielne opracowania S.F. Karłowskiego lub tłumaczenia z języka n iem ieck iego. Rozwój rolnictwa biodynamicznego został w Niemczech zahamowany w okresie panowania narodowego socjalizmu, chociaż częściowo tolerowano je z przyczyn utylitarnych.

S.F. Karłowskiego należy zaliczyć do najwybitniejszych polskich rolników, którego działalność i praca zasługują na szerokie spopularyzowanie nie tyl ko w Polsce, ale i za granicą. Należy zatem dalej rozwijać działania S.F. Karłowskiego, które – jak dotąd – nie znalazły swojego odpowiedniego miejsca w działalności naukowej i doradczej w zakresie rolnictwa. Metoda biodynamiczna dała również bodziec do rozwoju innych metod rolnictwa ekologicznego. Najbardziej popularne są tutaj: metoda organiczno-biologiczna Müllera – Ruscha, metoda organiczna Howarda – Balfour i metoda biologiczna Lamaire – Bouchera.

Wydanie "Kursu rolniczego"jest ważnym wydarzeniem w dziele odnowienia kultury rolnej w Polsce. Nawiązuje ono do tradycji S.F. Karłowskiego, a także do rozwoju rolnictwa biodynamicznego w Europie, zwłaszcza na obszarze niemieckojęzycznym. W toku ponad 80 lat praktykowania rolnictwa biodynamicznego okazało się, że najbardziej chroni ono środowisko życia człowieka i produkuje zdrową i pozbawioną szkodliwych substancji żywność. Stąd niniejsza praca R. Steinera stanowi nie tylko cenną pomoc dla rolników, ale także lekarzy i naukowców zajmujących się problemami odżywiania. Na uwagę zasługuje także aspekt społeczny rolnictwa biodynamicznego: możliwość większego zatrudnienia w rolnictwie, zwiększenie więzi między rolnikami i konsumentami, rozwój regionalnych i lokalnych struktur i rynków rolnych. Praca R. Steinera posiada także dużą wartość pedagogiczną służąc do pogłębienia świadomości ekologicznej i myślenia o żywej przy rodzie jako o podstawach życia i produkcji rolnej, a także nawiązuje ona do współczesnych koncepcji "ekologii głębokiej".

Istotą rolnictwa biodynamicznego jest gospodarstwo rolne jako wielostronny, możliwie zamknięty organizm, który zachowuje urodzajność gleby i zdolny jest do samoodnawiania się. W przy pad k u rolnictwa biodynamicznego ważna jest integracja wszystkich składników rolnictwa: uprawy roli, hodowli zwierząt, sadownictwa, łąkarstwa, a także gospodarki leśnej. Stosowanie nawożenia biodynamicznego (łącznie z wykorzystaniem preparatów) działa bezpośrednio poprzez harmonizowanie, ożywianie i uzdrawianie procesów życiowych w glebie i organ i zmach żywych. W rolnictwie tym nie stosuje się łatwo rozpuszczalnych mineralnych nawozów azotowych, syntetycznych środków ochrony roślin czy regulatorów wzrostu roślin. Paszę dla zwierząt wytwarza się w obrębie własnego gospodarstwa, gdyż liczebność zwierząt w gospodarstwie związana jest z wielkością posiadanej powierzchni rolnej. Nie stosuje się tutaj antybiotyków i hormonów. Rolnictwo biodynamiczne odrzuca także wykorzystanie inżynierii genetycznej.

Do głównych zadań rolnictwa biodynamicznego należy od nowa w świadomości rolników ich zadań kulturowych i społecznych, a także pomoc – razem z pozostałą ludnością – w rozwoju zdolnych do dalszego istnienia społecznych form rolnictwa. Współcześnie rolnicy biodynamiczni współpracują na płaszczyźnie międzynarodowej w zakresie głównych problemów rolnictwa.

Wskazywanie na wzajemne powiązanie człowieka, przyrody i kosmosu prowadzi do rozszerzenia horyzontów ludzkiego myślenia i działania, a tym samym do zapewnienia godnego życia dla przyszłych pokoleń. W warunkach polskiego członkostwa w Unii Europejskiej pojawia się podstawowy problem – czy znajdzie się w Polsce wystarczająca liczba ludzi, którzy sięgną po tę książkę, a także czy będą posiadać konieczną odwagę i inicjatywę, aby wykorzystać ją w służbie rozwoju rolnictwa dla dobra polskiego społeczeństwa.

Eugeniusz Kośmicki

Poznań, Wielkanoc 2003.

 

 

 

Przedmowa

 

Polsce bardzo potrzebna jest dzisiaj od nowa szeroko rozu m ianej kultury rolnej. Sprawa ta stała się aktualna zwłaszcza teraz, gdy toczy się proces zespalania Polski z UE. W tym momencie dziejowym Polacy powinni dobrze sobie uświadomić, że swoje rolnictwo będą mogli utrzymać na odpowiednim wysokim poziomie przede wszystkim wtedy, gdy je przestawią na metody ekologiczne lub jeszcze lepiej: na najskuteczniejszą metodę biologiczno dynamiczną. Właśnie tej sprawie chce służyć wydan ie ni niej­ szej książk i. Zdrowie człowieka i jego twórcze możliwości zależą przede wszystkim od żywności, którą spożywa. Stare powiedzenie niemieckie po­ wiada: Der Mensch ist, was er isst, co się tłumaczy: Człowiek jest właściwie tym, co spożywa. Dobrze jest uświadomić sobie tą starą prawdę, gdy wokoło nas, od wielu dziesięcioleci, toczy się proces kulturowego regresu i prymitywizacji dużej części ludzkiej społeczności. Jest to bardzo znam ien ne, że procesowi temu już od samego początku towarzyszy spadek odżywczej wartości żywności, którego przyczyną jest zanik życia w glebie. Zanik życia w glebie obserwujemy już bowiem od kilku dziesięcioleci. Głównie przyczyniły się do niego: nawożenie nawozami mineralnymi; głęboka orka; wapnowanie gleby; stosowanie pestycydów itd… itd… – przy czym już od wielu lat to groźne zjawisko ukrywa się przed społeczeństwem, zaciągając na nie zasłonę wysokich plonów.

Dopóki w Polsce będzie pracować dużo małych gospodarstw rol nych, dopóty także Polacy będą mieli szansę odwrócenia tej negatywnej spirali, gdyż rolnik uprawiający ziemię metodą biologiczno-dynamiczną potrafi wytworzyć w niej próchnicę (humus), a tym samym może przywrócić jej życie – o ile, oczywiście, będzie wiedział, jak się to robi. Kiedy zaś to urzeczywistni, nasze rośliny odzyskają swoje utracone wartości odżywcze i swoją witalność.

Właśnie o takim zdrowym rolnictwie – rolnictwie opartym na tworzeniu najkorzystniejszej· dla roślin struktury żywej gleby – traktuje niniejszy Kurs Rolniczy Rudolfa Steinera.

dr Gotthard Stielow

 

 

Wprowadzenie: Część 1

(Dieter J. Durich)

 

Powstanie, uwarunkowania i myśli przewodnie.

 

Przed 80 laty w Koberwitz pod Wrocławiem (dzisiejsze Kobierzyce) Rudolf Steiner wygłosił dziewięć wykładów, które zapoczątkowały rozwój rolnictwa biologiczno-dynamicznego na świecie. O wykłady te poprosili go rolnicy, którzy już wtedy dostrzegli, że rolnictwo konwencjonalne (po­wiązane z przemysłem chemicznym) nie potrafi ludziom i ziemi zapewnić zdrowej przyszłości. Toteż chcieli dowiedzieć się od Rudolfa Steinera, co powinni czynić, żeby temu przeciwdziałać. Chcieli się dowiedzieć, co antropozofia może im powiedzieć o praktycznej pracy na roli i także chcieli się zapoznać z wynikami nadzmysłowej [duchowej] obserwacji przyrody. Chodziło im o nowe impulsy. Impulsy takie otrzymali już wówczas od R. Steinera (i także od jego żony, urodzonej we Włocławku (1867) Marii Steiner von Sivers) przyrodnicy, pedagogowie, lekarze, teologowie i ludzie parający się różnym i kategoriami twórczości artystycznej. R. Steiner czerpał je z duchowej obserwacji wielkich kosmicznych procesów i przekazywał je ludziom, by mogli lepiej zrozumieć swoje właściwe zadania życiowe i lepiej im sprostać.

Uczestnicy Kursu Rolniczego w ogromnej większości znali już jego podstawowe prace i wykłady (antropozofia była już bowiem znana w Europie Środkowej od kilkunastu lat), przeto R. Steiner mógł prowadzić wykłady bez dodatkowych wstępnych wyjaśnień. A ponieważ do dyspozycji miał tylko dziesięć dni, więc musiał się ograniczyć do ośmiu wykładów [dziewięciu – jeśli uwzględnimy przemówienie z 11 czerwca] i czterech rozmów ze słuchaczami, w których odpowiadał na zadawane mu pytania. Oczywiście, w dziewięciu wykładach nie mógł omówić do końca wszystkich spraw, które interesowały rolników, ogrodników, a poniekąd również leśników. Dlatego zostały zaplanowane następne wykłady, które jed nak nie odbyły się, gdyż od święta Archanioła Michała (1924) R. Steiner z powodu choroby już nie wygłaszał wykładów.

Niniejsze wykłady nie są zbiorem dogmatów i także nie są zbiorem recept. Znajdujące się w ich zalecenia należy rozwijać dalej dostosowywać do nowych warunków, czerpiąc inspirację z tego, co niesie nam samo życie. Przedstawione tutaj wyniki wnikliwej badawczej pracy powinny się stopniowo dalej rozwijać – rozwijać tak jak roślina rozwija się z nasiona: Toteż Kurs Rolniczy postrzegam raczej jako początek długiej drogi – drogi ku przyszłej pracy z przyrodą oraz nad przyrodą.

Za sprawą katastrof, które nawiedzały ludzkość w ostatnich czasach, wierny już dzisiaj, że w przyrodzie wszystko jest ze sobą wzajemnie powiązane. W dawnych czasach ludzie wiedzieli i jeszcze ty m, że Ziemia i otaczający ją makrokosmos są żywym i czujący m organizmem. Wiedzieli, że człowiek – jako mikrokosmos – nosi ów makrokosmos w sobie. Dzięki antropozofii możemy dzisiaj ponownie te rzeczy badać w sposób prawidło­wy – badać po to, aby poznać to, co tak bardzo intymnie, tak tajemniczo łączy człowieka z kosmosem i samą Ziemią. Obecnie – jako rolnicy – możemy to czynić w nowy sposób, to znaczy tak, jak to odpowiada duchowi obecnej epoki. Zatem otrzymaliśmy narzędzie do pracy. Dzięki niemu możemy nasze zadania realizować w sposób praktyczny. Jakie jednak zadania i stoją dzisiaj przed rolnictwem?

Polacy są narodem od stuleci głęboko związanym z rolnictwem i trzodą. Dzięki temu posiadają oni szczególną predyspozycję do rozwijania takiego rolnictwa, które wie, jak należy produkować rzeczywiście zdrową żywność – żywność dla zwierząt i ludzi. Polacy posiadają również predyspozycje do zajmowania się wszechstronną ochroną naturalnego środowiska, a jest dzisiaj sprawa rzeczywiście bardzo pilna. Ale nie tylko to jest nam dzisiaj w Polsce potrzebne, gdyż musimy również dążyć do przywrócenia i utrzymania właściwego krajobrazu kulturowego. Jakie jednak warunki należy spełnić, żeby można było to urzeczywistnić?

Niniejszy Kurs rolniczy zawiera kilka znamiennych myśli, które moż­na nazwać jego myślami przewodnimi. Wynikają z nich ważne, praktyczne zalecenia. Na przykład drugim wykładzie (10.06.1924) czytamy: “… chodzi o to, aby do głębi poznać to, co jest najważniejsze w prowadzeniu gospodarstwa rolnego. Widzą państwo, to, co jest tutaj najważniejsze, polega na tym, żeby wiedzieć, jakie warunki muszą zaistnieć, aby komos z swoimi siłami mógł oddziaływać na element ziemski (to znaczy: mineral­ny)". z powyższą myślą łączy się spostrzeżenie Rudolfa Steinera z pierwszego wykładu: "… Toteż nie będziemy mogli zrozumieć naszego życia, jeśli nie uwzględnimy, że to wszystko, co znajduje się na Ziemi jest słabym odbiciem tego, co dokonuje się w kosmosie. Oznacza to, że do pewnego stopnia zarówno zwierzę jak i człowiek noszą te kosmiczne rytmy w sobie ".

Popatrzmy na roślinę. Otóż roślina może rozwijać się prawidłowo tylko wtedy, (a to oznacza, że tylko wtedy może budować swoje najbardziej wartościowe substancje odżywcze), gdy jest połączona z kosmosem, gdyż: "… każdy organizm roślinny budowany jest z kosmosu". Jednak tą twór­czość kosmosu od lat kilkudziesięciu zakłócają różne anomalie, które pojawiły się wskutek niszczenia naturalnego środowiska.

Zanieczyszczone i zniszczone środowisko sprawia, że chorują dzisiaj ziemia, woda i powietrze. Chorują rośliny, zwierzęta i ludzie. Toteż jest to dzisiaj tak bardzo ważne, żeby jak najwięcej ludzi mogło uświadomić sobie całą powagę obecnej sytuacji.

A co najsilniej oddziałuje z kosmosu na świat roślin. Otóż dla roślin najważniejszą w kosmosie jest aktywność naszego systemu planetarnego z jego siedmioma klasycznymi planetami: Księżycem, Merkurym, Wenus, Słońcem, Marsem, Jowiszem i Saturnem. Z tych planet promieniują ku Ziemi i roślinom różne siły. Mamy tu najpierw tak zwane planety dalsze lub górne (Mars, Jowisz, Saturn). Planety te swoimi siłami i wspierają Słońce niczym jego przedłużone ramię. Na Ziemi ich pośrednikiem jest krzem i jego związki. Dzięki nim w roślinie wytwa rza się to, co nazywamy jakością produktu spożywczego, a więc: smak, aromat, substancje odżywcze, substancje pobudzające system immunologiczny itp. Na skutek tego, że "górne planety"okrążają Słońce znacznie dłużej, (np. obieg Saturna trwa aż 28 lat), w rozwoju Ziem i doszło do powstania roślin otaczających się łykiem i korą, tzn. roślin wieloletnich. Natomiast Księżyc, Merkury i Wenus, czyli tzw. "dolne planety", (które oddziałują na rośliny za pośrednictwem wapnia) swoimi siłami i wzmacniają wegetację i tworzenie się nasion. Słońce, jako środkowy punkt systemu planetarnego, wypromieniowuje życie, światło i ciepło (patrz rysunek).

Jeśli chodzi o Księżyc, to w jego oddziaływaniu na rośliny decydującą rolę odgrywa jego obieg synodyczny (odstęp czasu między dwoma kolejnymi takimi samymi położeniami i Księżyca względem Słońca), a więc rytm jego pełni i nowiu, wynoszący 29 1/2 dnia. Księżyc niczym zwierciadło odbija to, co wpromieniowuje w niego kosmos. Zatem nie działa on jak rodzaj soczewki, przekazującej na Ziemię siły znajdującego się za nim zwierzyńca niebieskiego! Zwierciadło bowiem zasłania zawsze to, co znajduje się za nim. Tak postępuje także Księżyc z racji swojej własnej natury, toteż pełnia jest bardzo ważnym okresem dla wysiewu nasion i ożywiania gleby, to znaczy: ożywiania jej element u mineralnego. Jest tak dlatego, że Księżyc najsilniej odbija wówczas siły kosmiczne, o ile nie pojawią się inne wpływy hamujące ten proces. Naturalnie, pozostałe fazy, a więc nów oraz kwadry, również mają tutaj pewne znaczenie. Dokładniejsze omówienie tego zagadnienia wykracza już poza ramy tego wprowadzenia i wymaga osobnej publikacji, ale jest to również możliwe.

Jednakże na Ziem i siłom tym koniecznie potrzebna jest woda (deszcz, rosa) jako ich nośniki pośrednik. "Jeśli chcemy działać skutecznie w świecie roślin, możemy pozostać przy systemie planetarnym".(wykład siódmy, 14.06. 1924)

To, co przede wszystkim powinno dzisiaj interesować rolnika, to jakość żywności, gdyż od tego zależy prawidłowe odżywianie człowieka. Żywność, którą on produkuje, powinna człowiekowi dawać siły do pracy, do uaktywniania woli do rozwijania aktywności duchowej. Zatem rolnik po­winien współtworzyć biologiczne podłoże pod rozwój twórczego i żywego myślenia. Będzie to jednak możliwe wtedy, gdy rośliny, które on uprawia, będą połączone z kosmosem. Służy temu przede wszystkim właściwa metoda nawożenia gleby, czyli taka metoda, która potrafi ożywić jej mineralny element. Toteż rolnik powinien wiedzieć, jak należy w glebie pobudzać hu­mifikację, aby wytwarzać w niej próchnicę, czyli to, co zapewnia roślinom optymalne warunki rozwoju.

Przyjęta przez obecne konwencjonalne rolnictwo "teoria a odżywiania"pokazuje, jak bardzo dzisiejsza nauka ugrzęzła w materializmie. Teoria ta bowiem interpretuje odżywianie wyłącznie jako proces chemiczny. Rolnik ma jednak do czynienia z żywymi organizmami, a w żywym organizmie działają prawa wyższe, to znaczy prawa świata żywego, świata nad material­nego. Dlatego tak bardzo jest nam dzisiaj potrzebna inna nauka – nauka, która ów żywy, nadmaterialny świat potrafi obserwować i badać. Początki tej nauki już istnieją. Jej podstawy stworzył (m.in.) J. W. von Goethe (1749–1832) swoimi pracami i odkryciami przyrodniczymi. Przemyślenia Goe­thego rozwinął później Rudolf Steiner. Zatem jest nam dzisiaj pilnie potrzeba nauka potrafiąca badać i opisywać żywy element świata, a jednym z jej ważnych kamieni węgielnych jest właśnie niniejszy Kurs Rolniczy. Uczy nas on dostrzegać w otaczającej przyrodzie wielką bożą mądrość i jednocześnie uczy nas także szacunku dla życia – szacunku połączonego z podziwem dla jego piękna i różnorodności.

 

 

Wprowadzenie: Część 2

Gotthard Stielow

 

J W Goethe i organika.

 

J.W. Goethe we wstępie do swojej rozprawy pt. O morfologii (1807) przedstawił bardzo interesujące spostrzeżenia na temat rozwoju żywych organizmów na Ziemi. Współczesnych rolników powinno zainteresować w nich zwłaszcza to, co odnosi się do fenomenu tworzenia osłon przez żywe organizmy. Czytamy tam m. i n.: "Każdy organizm zamyka się w osłonie, np. w korze, łupinie, futrze, opierzeniu, owłosieni u lub skórze, gdyż chce się schronić przed zewnętrznym, martwym, mineralnym światem".

A trochę dalej czytamy: "Obserwacja procesu powstawania różnych cudownych budowli natury uczy nas uważniejszego patrzenia. Napotykamy tam bowiem ważną podstawę organizacyjną, która brzmi tak: życie nie przebiega na powierzchni organizmu i nie może swoich sił uzewnętrzniać. Wszystkie procesy życiowe wymagają osłony chroniącej je przed brutalnymi czynnikami (czy to wodą, czy powietrzem, czy światłem). Wymagają zatem osłony, która to delikatne sedno zamyka we wnętrzu. To właśnie dzięki niej (osłonie) dokonuje się wszystko to, co należy do wewnętrznej specyfik i żywego organizmu. Powłoka ta może mieć formę kory, skóry lub łupiny albowiem osłonę musi mieć wszystko to, w czym pojawia się życie i co ma aktywnie żyć. Natomiast wszystko to, co skierowane jest na zewnątrz, podlega szybkiej śmierci i rozkładowi. A więc kora drzew, pancerzyk insektów, sierść i pióra zwierząt, a nawet skóra ludzka są zawsze wyodrębnioną częścią – częścią poświęconą osłanianiu życia. W ich miejsce powstają ciągle nowe osłony, pod którymi dopiero funkcjonuje żywa tkanka – ukryta płycej lub głębiej" (J.W. Goethe: "O morfologii", przełożyła Beata Kita. Pismo literacko-artystyczne, czerwiec 1988 r.)

Powinniśmy być tego świadomi zwłaszcza dzisiaj, gdy tak często z naszą działalnością wkraczamy do otaczającej nas przyrody. A ponieważ osłony są dla przyrody czymś tak niezmiernie ważnym, przeto starajmy się je w niej zachować lub twórzmy nowe, jeśli są potrzebne. Dla upraw polowych taką osłoną są żywopłoty i lasy itd. Odpowiedniej osłony potrzebują również nasze komposty i także każdego roku potrzebuje jej nasza orana ziemia. Osłoną taką jest dla niej humus wytwarzany ręką ludzką.

J.W. Goethe w swoich przyrodniczych pracach doszedł również do idei biegu nowości w przyrodzie. Mówił on o życiu w ten sposób: "Życie, tzn. rozwój, napędzany jest przez przeciwieństwa. Również roślina rozwija się między dwoma przeciwieństwami: między światłem (Słońce w kosmosie) i ciemnością (ziemia)". Toteż wspieranie rośliny w jej rozwoju powinno polegać na rozsądnym wzmacnianiu tych dwóch przeciwstawnych sil. W naszej praktyce rolniczej realizujemy to w ten sposób, że wytwarzamy w glebie czarną próchnicę, to znaczy, wzmacniamy "biegun ciemny" (humifikacja). Czynimy to z pomocą takich środków, jak kompostowanie, właściwa orka, płodozmian, a przede wszystkim przez połączenie rośliny z siłami kosmosu, do czego niezbędne są preparaty, hodowla zwierząt i zachowanie rytmów.

 

Organizm gospodarstwa rolnego u Rudolfa Steinera

R. Steiner w swoim Kursie Rolniczym, który wygłosił podczas świąt Zesłania Ducha Świętego (1924), oparł się zarówno na wynikach przy rod­ ni czych obserwacji J. W. Goethego, jak i na swoich własnych badaniach. Szczególne znaczenie jego rolniczych wykładów polega na tym, że położył w nich podwalinę pod "naukę o żywym elemencie świata"albo inaczej mówiąc: pod "racjonalną organikę".

Jedna z myśli przewodnich Kursu Rolniczego brzmi: "Gospodarstwo rolne swoje zadania (sein Wesen) najlepiej będzie realizować wówczas, gdy będziemy je traktować jako organizm odrębny, jako indywidualność. Dlatego musi ono mieć wszystko to, co jest potrzebne do wytwarzania żywności [tzn. do rozwijania produkcji rolnej], przy czym musimy do niego również zaliczyć odpowiednią liczbę zwierząt".

(Wykład drugi, JO VI 1924)

 

Gospodarstwo rolne jako organizm w procesie indywidualizacji

 

Większa część przetworzonej substancji organicznej pozostaje w obrębie gospodarstwa rolnego dzięki temu, że gospodarstwo samo wytwarza paszę dla swoich zwierząt. W sytuacji idealnej zwierzęta żywią się roślinami, które wyrosły na jego terenie. Substancja ta po przejściu przez ich organizmy i po przekompostowaniu, powraca znowu do gleby, z której wyrosła. Człowiek znajduje się tutaj w centrum i kieruje całym tym obiegiem.

Gospodarstwo rolne zostało tutaj ujęte jako organ izm, który utrzymuje się sam, odżywiając się węglem (CO), tlenem (O), azotem (N), po­wietrzem, światłem, ciepłem Słońca, wodą atmosfery, wodą gruntową i minerałami gleby. Nie jest to iluzja, lecz konkretna idea, którą udało się już urzeczywistnić na ziemi i w pewnej liczbie gospodarstw rolnych, przy czym plony, które one zbierają, nie ustępują plonom gospodarstw konwencjonalnych.

Organizm gospodarstwa rolnego bez odpowiedniego pogłowia krów i pochodzącego od nich obornika, nie może utrzymać właściwej, trwałej żyzności gleby i stopniowo traci siły potrzebne do pobierania odpowiedniej ilości azotu atmosferycznego i także jeszcze wielu innych rzeczy.

Z gnojem, gnojowicą i gnojówką należy postępować tak, żeby można było utrzymać w nich siły eteryczne i siły astralne pochodzenia zwierzęcego. Siły te powinny przejść z nawozu do gleby, by ją ożywić. A więc nawo­żenie wymaga odpowiedniego przygotowania kompostu.

Chciałbym zwrócić jeszcze uwagę na to, że nie można utrzymać długotrwałej płodności roślin, gdy w okolicy jest za mało lasów i podmokłych łąk. Lasy, żywopłoty, zagajniki, małe mokradła i podmokłe łąki stanowią integralną część organizmu gospodarstwa rolnego, albowiem są również ważnym dostawcą węgla, który wspiera proces wytwarzania związków hu­musowych w glebie.

 

 

Krótkie streszczenie 9 wykładów

Gotthard Stielow

 

W wydaniach książkowych Kursu Rolniczego wykłady poprzedza Wprowadzenie autorstwa samego Rudolfa Steinera. Jest to w zasadzie sprawozdanie, które Steiner przedstawił w Goetheanum po powrocie z Koberwitz. Czytamy tam na początku: "Kurs Rolniczy był konieczny z powodu degeneracji­ produktów rolnych." (…). "Jeszcze w ciągu tego stulecia produkty rolne nie będą mogły w pełni odżywić człowieka''. Poniżej (w uwagach do wykładu czwartego) czytelnik znajdzie krótkie wyjaśnienie tych dość zagadkowych słów. Następnie czytamy tam, że stosowanie nawozów mineralnych jest w zasadzie najważniejszą przyczyną degeneracji żywności: "Szczególnie w roślinach uwidacznia się to, że siły należy czerpać z duchowego elementu świata – siły dzisiaj jeszcze całkowicie nieznane."… Znaczenie ich polega nie tylko na tym, że z ich pomocą możemy dzisiaj nieco poprawić stan naszego rolnictwa, lecz przede wszystkim na tym, że od nich zależy, czy życie ludzkie na ziemi będzie mogło rozwijać' się dalej również w sensie fizycznym – albowiem człowiek musi żywić się tym, co rodzi ziemia". R. Steiner wspomina następnie o opracowanym w Koberwitz projekcie niezbędnych reform dla rolnictwa. Mówi o konieczności współpracy rolnictwa z astronomią i medycyną. Współpraca taka jest niezbędna przy opracowywaniu i rozwiązywaniu wielu zagadnień praktycznych. "W życiu roślin uczestniczy całe niebo z jego gwiazdami"Kończąc sprawozdanie wskazuje na ograniczenia dzisiejszej nauki oraz na rozejście się teorii i praktyki. Dzisiejsza praktyka nie ma ducha, jest czystą rutyną. Dlatego należy ją na nowo zapłodnić z ducha. "to, co płynie z ducha jest zawsze w najwyższym stopniu praktyczne, jeśli rzeczywiście z ducha wypływa".

 

Wykład 1 (7 czerwca 1924)

Wykład zaczyna się od słów podziękowania całemu domowi Keyserlingk. Następnie R. Steiner tłumaczy, w jaki sposób życie roślin powiązane jest z życiem kosmosu. (Wyjaśnienie to jest rodzajem przygotowania do wykładu drugiego i piątego z ich krótką charakterystyką przyszłego rozwoju gospodarki rolnej.) – Czytamy teraz o kluczowym znaczenia rolnictwa dla gospodarki kraju i o granicach współczesnej nauki w jej działalności na polu gospodarki rolnej: "metody proponowane przez obecną (materialistyczną) naukę mogą być logiczne, ale praktyka rolnicza może nie przyjąć takiej logiki". Dla R. Steinera była to sprawa niezwykle ważna. Trochę dalej czytamy: "Zarówno biologiczne podstawy egzystencji współczesnego człowieka, jak i gospodarka całego kraju zależą od błądzącego dzisiaj rolnictwa". W głównej części wykładu czytamy o rytmach kosmicznych i o tym, że zwierzęta, a zwłaszcza ludzie (do pewnego stopnia) u niezależni l i się od rytmów kosmicznych. R. Steiner tłumaczy teraz, w jaki sposób w gospodarce przyrody działają krzem i wapno.

 

Wykład 2 (10 czerwca 1924)

Gospodarstwo jest rodzajem indywidualności, a to oznacza, że jest organizmem z własnym zamkniętym obiegiem substancji. Jednym z jego narządów jest gleba. Następnie czytamy, jak działają siły kosmiczne w organizmach roślin. Ich najważniejszymi pośrednikami na ziemi są krzem, glina i wapń. Dzięki siłom kosmicznym rośliny mogą wytwarzać zarówno zdrowe substancje odżywcze jak i płodne nasiona, przy czym siły kosmiczne (w swoim oddziaływaniu na rośliny) wspierają się na procesie humifikacji. Humifikacja wymaga jednak odpowiednich substancji organicznych, które gospodarstwo rolne może mieć tylko wtedy, gdy posiada: "właściwą propor­cję krów, koni i innych zwierząt ": Zwierzęta w swoich wydalinach (to znaczy, w oborniku, gnoju, gnojówce, gnojowicy) przekazują glebie siły astralne i jaźniowe. W tym miejscu wykładu znajduje się uwaga odnosząca się do nowej botaniki: "żeby zrozumieć proces rozwoju roślin trzeba koniecznie wiedzieć; co jest w nich kosmiczne, a co jest ziemskie. Właśnie od tego zależy zrozumienie tego całego procesu".

 

Wykład 3 (11 czerwca 1924)

W tym krótkim wykładzie R. Steinerowi chodziło o to, żeby wytyczyć linię praktycznego postępowania dla propozycji hrabiego Keyserlingka, który chciał powołać do życia roboczą grupę fachowców w celu zbadania działania nowej metody biologiczno-dynamicznej. Metodę tą należało bo­ wiem najpierw wypróbować, gdyż, po pierwsze, była to metoda całkiem nowa, a po drugie, miała ona wytyczyć drogę ku przyszłemu rolnictwu. R. Steiner pod koniec swojej wypowiedzi bardzo mocno uwydatnił znaczenie drobnych gospodarstw rolnych.

 

Wykład 4 (11 czerwca 1924)

R. Steiner zwraca się teraz jak gdyby ku innemu tematowi, miano­ wicie tłumaczy, czym są w rzeczywistości substancje współtworzące białko, to znaczy azot, węgiel, tlen, wodór, siarka, a również krzem i wapń. Analitycznie myślący naukowiec może mieć tutaj wątpliwości, gdyż wymienione powyżej pierwiastki są dla niego tylko martwą materią o określonych właściwościach fizyko chemicznych, a nie nośnikami życia. Wśród wymienionych substancji decydującą rolę pełni azot, szczególnie, gdy rośliny motylkowate doprowadzają go do wapnia w glebie (humiany wapniowe) – a mianowicie po to, żeby węgiel i krzem mogły wspólnie pokonać egoistyczną siłę wapnia, to znaczy pokonać siłę, która powstrzymuje wzrost roślin. Zatem czwarty wykład zawiera przyczynki do nowej chemii, która, gdy powstanie, pozwoli ludziom nie tylko obserwować i opisywać działania sił poszczególnych substancji w żywym elemencie organizmu świata, ale również odpowiednio nimi kierować.

 

Wykład 5 (12 czerwca)

Czytamy teraz o podstawach takiego nawożenia, które odpowiada potrzebom żywej przyrody i porusza pewne jego praktyczne aspekty. Staje się zrozumiałe, dlaczego na gospodarstwo rolne powinniśmy patrzeć jak na indywidualny organizm i dlaczego nawozy mineralne niszczą urodzajność gleby na bardzo długo. Tematem następnym jest prawidłowe odżywianie. Współczesne przyrodoznawstwo często błądziło, kiedy tłumaczyło podstawy prawidłowego odżywiania. R. Steiner tłumaczy to na przykładzie białka: Zbyt wysokie spożycie białka prowadzi w starości do arteriosklerozy. Toteż właściwe, czyli zdrowe odżywianie jest zagadnieniem złożonym, a poszczególne jego elementy wymagają dokładnego poznania. (Później powrócę jeszcze do tej sprawy). Żywność przechodząca przez żołądek służy głównie do wprowadzania do organizmu sił kosmicznych. Organizm potrzebuje tych sił do uaktywnienia woli, a to znaczy: człowiek i zwierzę potrzebują kosmicznych sił do poruszania się, do wykonywania pracy itd. Natomiast spożywany pokarm nie służy do budowy i odbudowy tkanek organizmu (z wyjątkiem systemu nerwowo-zmysłowego). Substancje potrzebne do budowy i odbudowy tkanek pobiera człowiek i zwierzę w niezwykle subtelnych dawkach przez oddech, przez skórę, przez narządy zmysłowe, a również w postaci światła i ciepła. Pobiera je bardzo powoli, następnie zagęszcza je do konsystencji tkanek i odnawia w rytmie siedmioletnim.

Dzisiaj jest to rzeczywiście sprawa niesłychanie aktualna, gdyż toczy się proces degeneracji żywności, która sprawia, że organizmy zwierząt i ludzi nie mogą otrzymać całej pełni sił potrzebnych do prowadzenia woli­ tywnej aktywności. Kiedy ludzie mają ich za mało, czują się osłabieni, a to sprawia, że cofają się przed trudnościami, z jakimi spotykają się na drodze duchowego rozwoju – zamiast wytrwale je pokonywać, to znaczy, pokonywać w sposób zaplanowany i ze świadomością celu. Można nawet przyjąć, że to właśnie ta sprawa skłoniła R. Steinera do wygłoszenia wykładów dla rolników.

Wyłaniają się teraz zdumiewające obrazy prawdziwej urodzajności gleby Urodzajność gleby należy podtrzymywać i rozwijać przez ożywianie jej elementu mineralnego, tj. przez przywracanie glebie humusu. Obrazy te zawierają w sobie "siłę medytacyjną". Jeśli rolnik będzie się w nich wy­trwale zagłębiał, rozwinie w sobie "siłę medytacyjną"przy czym jest to długi proces. Jednak dopiero "ona"umożliwi mu podejmowanie decyzji rzeczywiście prawidłowych.

R. Steiner przedstawia teraz dwa pierwsze preparaty: z rogowego obornika i rogowego krzemu. Wykład kończy się uwagami, które ponownie odnoszą się do człowieka. Chodzi o to, żeby człowiek mógł się odżywiać naprawdę zdrową żywnością i właśnie tej sprawie służy całe to nowe podejście do gleby, do kompostowania i nawożenia. Równ ież tutaj pojawia się uwaga odnosząca się do materialistycznej nauki: "…ale nauka (materialistyczna) nie potrafi tego zrealizować, gdyż nie wie, jak można to zrealizować". Brakuje jej bowiem pojęć "organiki", które są tutaj niezbędne.

 

Pytania i odpowiedzi (12 czerwca 1924)

Po wykładzie czwartym prelegent odpowiadał na pytania słuchaczy. Rol mk znajdzie tu zarówno zalecenia praktyczne, jak i przemyślenia od­ noszące się do osobistej więzi rolnika z ziemią, rośli nami i zwierzętami. Pewne czynności powinien rolnik wykonywać ręcznie, a nie mechanicznie, jeżeli chce, żeby jego działanie było skuteczne.

 

Wykład 6 (13 czerwca 1924)

R. Seiner przedstawia sposób przygotowania 6 preparatów i omawia ich działanie. "Rolnictwo uprawia gospodarkę rabunkową na ziemi i w powietrzu – toteż brakujące siły trzeba uzupełniać"· Dodatkowe zaszczepianie gleby i kompostu bakteriami jest zabiegiem niepotrzebnym. Niepotrzebne jest również wzbogacanie nawozu dodatkami mineralnymi, gdyż stymulują tylko aktywność wodnego elementu gleby i nie potrafią ożywić jej elementu mineralnego.

"…Element mineralny gleby można ożywić tylko przez oddziaływanie na niego nawozem organicznym, – przy czym należy go najpierw doprowadzić do odpowiedniego stanu, tak żeby mógł działać organizująco i ożywiająco na samą mineralną ziemię". Działanie to wzmacniają te siły kosmiczne, które dopływają do Ziemi podczas pełni Księżyca. (Ostatnia uwaga pochodzi z wykładu siódmego.)

Kompost należy uszlachetnić, a to oznacza, że należy go z pomocą preparatów kompostowych doprowadzić do owego odpowiedniego stanu. Preparaty pomagają wbudować azot w tworzące się związki humusowe i czynią to zarówno w czasie dojrzewania gnojówki, jak i w samej glebie. Można powiedzieć, że preparaty powstrzymują proces mineralizacji gleby. Jest to właśnie owo ożywianie elementu mineralnego gleby – ożywianie na poziomie materialnym, substancjalnym. Czytamy teraz, że azot wiąże się wówczas bardziej trwale z kompostem i nie uchodzi do powietrza na skutek mineralizacji (proces ulatniania się azotu jako NH) – i nie jest również wypłukiwany z tzw. wodą azotową (NO).

Podczas opisywania pierwszego preparatu z krwawnika (Achillea millefolium) R. Steiner ponownie stwierdził, że ostatecznie chodzi o zdrowie człowieka. Preparat z krwawnika przede wszystkim porządkuje aktywność siarki zarówno w glebie, jak i w roślinach, a to sprawia, że oddziałuje on także na skład roślinnego białka – to znaczy oddziałuje w taki sposób, żeby optymalnie odpowiadało ono zdrowotnym potrzebom człowieka.

Nowa chemia, z którą spotykamy się w wykładzie czwartym, swoje apogeum osiąga w wykładzie szóstym w opisie przemiany substancji w formującym się organizmie rośliny. R. Steiner ograniczył się do zwięzłych opisów samego zjawiska.

Nie ulega wątpliwości, że preparaty przedstawione w Kursie Rolniczym są dziełem R. Steinera i jako tak ie są one czymś całkowicie nowym na ziemi. Ich działanie polega na przekazywaniu sił wywodzących się duchowej sfery wszechświata, – sił jeszcze całkowicie nieznanych naukom przyrodniczym.

 

Pytania i odpowiedzi (13 czerwca 1924)

W tym dniu pytania dotyczyły głównie takich zagadnień jak: karmienie zwierząt, wytwarzanie preparatów i kompostowanie.

 

Wykład 7 (14 czerwca 1924)

Czytamy teraz o metodzie regulacji wegetacji tzw. chwastów, o zwalczaniu chorób roślin i zwalczaniu szkodników roślin: Chwasty mają w przy­ rodzie takie same prawo do życia i do rozwoju, jak rośliny uprawowe. Podob­ nie musimy się patrzeć na szkodniki i choroby roślin. Podane środki (które rolnik powinien wytwarzać z uwzględnieniem koniunkcji (połączenia) ciał niebieskich na sferze niebieskiej) wprowadzają do gleby siły, od których stronią niepożądane rośliny i zwierzęta. Prelegent stwierdza następnie, że nauka analityczna za­wiodła, kiedy ze swoimi pojęciami i swoim aparatem poznawczym stanęła przed żywą przyrodą. Żywa przyroda wymaga innej nauki. Jednak człowiek może ją dopiero wtedy rozwinąć, gdy nauczy się rozpoznawać w przyrodzie "duchowe siły kosmosu"i "duchowe siły Ziemi", albowiem "… dopiero wtedy człowiek będzie mógł cokolwiek zrozumieć przyrodę,     a również jeszcze wiele innych rzeczy ".

 

Pytania i odpowiedzi (14 czerwca 1924)

Rolnicy chcieli wiedzieć, czy podane w siódmym wykładzie metody (w związku ze zwalczaniem mątwika burakowego i innych pasożytów ro­ślin) nie stworzą sytuacji niebezpiecznej. Prelegent wyjaśnia te wątpliwości i tłumaczy: "Dzisiaj jest już niemożliwe utrzymywanie takich metod w ścisłych gremiach." (…) "Dzisiaj Koniecznością jest moralne uzdrowienie całego ludzkiego życia."Kolejne pytania dotyczą preparatów, pęcherza jelenia, zwalczania owadów itd.

 

Wykład 8 (15 czerwca 1924)

R. Steiner przedstawia teraz podstawy ekologii krajobrazu: "Na urodzajność gleby można również wpływać przez różnicowanie i regulację drzewostanu na tere­nach otaczających gospodarstwo''. Wykład krok po kroku prowadzi czytelnika do zrozumienia istoty drzewa. Na końcu dowiadujemy się, czym najbardziej roślina różni się od zwierzęcia: "…w gospodarce przyrody roślina daje, a zwierzę bierze"

 

Wykład 9 (16 czerwca 1924)

W dziewiątym wykładzie czytamy o karmieniu zwierząt. R. Steiner tłumaczy, że tutaj nie można podać ogólnych recept. Każde gospodarstwo powinno znaleźć swoją własną metodę. Będzie to jednak możliwe wtedy, gdy rolnicy zapoznają się z wynikami badań takiej nauki, która także obserwuje i opisuje duchowa dziedzinę świata. zorientowanej antropozoficzne. Chodzi o to, żeby rolnicy mieli przejrzyste idee i mocne ideały. "Chodzi o to, żeby rolnicy mieli metody, których działanie można obserwować krok po kroku, aż w głąb zwierzęcego organizmu."

R. Steiner powraca teraz do dwóch rodzajach odżywiania (ziemskiego i kosmicznego). Organizm człowieka i zwierzęcia (wyjąwszy system nerwowo zmysłowy) odżywiają substancje z otaczającego kosmosu, czyli odżywia go tzw. prąd odżywiania kosmicznego. Natomiast tzw. prąd odżywiania ziemskiego (czyli żywność przechodząca przez układ trawienny), z jednej strony wprowadza do organizmu zwierzęcia siły, które musi ono mieć po to, żeby mogło z kosmosu wchłaniać substancje i doprowadzać je do swojego systemu przemiany materii i kończyn, a z drugiej strony wprowadza substancje pochodzenia ziemskiego, którymi odżywia ono swój system nerwowo zmysłowy. Zatem tkanki organizmu (oprócz systemu nerwowo zmysłowego) tworzy i odnawia prąd odżywiania kosmicznego. Gdy nauczymy się prawidłowo kierować tymi dwoma prądami, osiągniemy to, że zwierzęta będą nam dawać właściwy obornik. A właściwy obornik to taki obornik, który prawidłowo pobudza i odżywia rośliny. Dopiero dzięki temu nasza gleba i nasza żywność będą miały odpowiedni zestaw mineralnych soli – soli niezbędnych dla prawidłowego rozwoju ludzkiego ducha, a więc jaźni ludzkiej – "dla której podłożem jest nasz mózg. "

Zalecenia, o których teraz czytamy, zostały oparte na duchowym wglądzie w duchowość roślin i zwierząt. Odnoszą się one do takich spraw, jak karmienie mlecznych krów, tucz zwierząt, a w końcu również do po­midorów i ziemniaków. Z obserwacji duchowej dziedziny świata wynika, że pomidory mogą być dobrym środkiem leczniczym przy pewnych schorzeniach zwierzęcej wątroby – jednakże u człowieka stymulują istniejące już początki choroby nowotworowej. Nadmierne spożywanie ziemniaków do pewnego stopnia usztywnia u zwierząt i ludzi ich wyższe duchowe siły. Ludzie, którzy spożywają dużo ziemniaków, bardziej skłaniają się ku materialnej stronie świata.

Na końcu wykładu prelegent nawiązuje do początkowego tematu pierwszego wykładu i wskazuje na kluczowe znaczenie rolnictwa dla całej gospodarki kraju.

 

Pytania i odpowiedzi (16 czerwca 1924)

Ostatnie odpowiedzi nawiązują do tematów z trzeciego wykładu. Teraz prelegent omawia je raz jeszcze z praktycznego punktu widzenia. Nadto porusza takie problemy jak wykorzystaniem fekaliów i elektryczności. "Prąd elektryczny nie jest tym, czym należy traktować żywy organizm a zwłaszcza nie jest tym, czym należy go wspierać – gdyż on tego nie potrafi."

Reasumując – powiem tale szczególne znaczenie tych dziewięciu wykładów p lega na tym, że są kam ien iem węgiel nym pod taką naukę, któ­ra ma za swoją podstawę obserwację żywego elementu świata i jednocześnie ten żywy element bada i opisuje. Zatem są one kam ien iem węgiel nym pod naukę nowego rodzaju i zarazem są jej pierwszą praktyczną realizacją.

 

 

Wykład 1

Koberwitz; 7 czerwca 1924

 

Z głęboką wdzięcznością nawiązuje do słów hrabiego Keyserlingka – jednak uważam, że do wdzięczności powinni poczuwać się nie tylko ci, którzy dzisiaj mogą coś przyjmować od antropozofii, lecz przede wszystkim ci, którzy, że tak powiem, reprezentują jej sprawę, gdyż przede wszystkim oni powinni dzisiaj – w tym trudnym czasie – okazywać wdzięczność tym, którzy uczestniczą w przedsięwzięciach antropozoficznych, a taką wdzięczność odczuwa się bardzo głęboko. Zatem raz jeszcze chciałbym najserdeczniej podziękować za słowa wypowiedziane przed chwilą.

Sprawia nam to rzeczywiście ogromną radość, że możemy ten kurs przeprowadzić właśnie tutaj, w domu hrabiostwa Keyserlingk. Z moich wcześniejszych odwiedzin wiem, jak cudownie działa tutejsza atmosfera. Mam na myśli duchową atmosferę [Koberwitz] i również myślę, że atmo­sfera ta jest najpiękniejszym tłem dla sprawy, jaką chcielibyśmy poruszyć w ramach tego kursu.

Pan hrabia zwrócił uwagę na to, że być może istniejące w Koberwitz niewygody mogą się dać we znaki tej lub innej osobie – w tym wypadku uwaga ta może odnosić się zarówno do pań eurytmistek, jak i do innych przybyłych gości. Z drugiej strony należy także powiedzieć, że gospodarstwo rolne w Koberwitz – tak znakomicie, tak wzorowo prowadzone – jest chyba najodpowiedniejszym miejscem dla wykładów takich, jak te. Prócz tego jest już tak zawsze, że z inicjatywami antropozoficznymi, [np. taki­mi, jak ta] związane jest również to, że można wówczas przebywać w tak bardzo nam potrzebnej atmosferze serdeczności, a niewątpliwie tak będzie również tutaj.

Wszystko to sprawia, że chciałbym domowi hrabiego Keyserlingk wyrazić najgłębsze podziękowanie za to, że w tych świątecznych dniach[2], a sądzę, że będą to również dni intensywnej pracy, możemy być właśnie tutaj, – przy czym wdzięczność tą podziela również pani dr Steiner. Chciałbym także zauważyć, że właśnie dzięki temu, że znajdujemy się w Koberwitz, w tych świątecznych dniach będzie już tutaj panować duch rolnictwa związanego z ruchem antropozoficznym. Ale przecież to właśnie hrabia Keyserlingk swoją mądrością i ofiarną pracą już od samego początku wspierał działania, jakie mogliśmy wówczas prowadzić w Sztutgarcie dla naprawy rolnictwa – to znaczy wspierał on to, co mogliśmy realizować w oparciu o Kommender Tag[3]. Dzięki tym staraniom – już wtenczas – z najgłębszej sfery naszego antropozoficznego ruchu uaktywniły się siły, które – jakby to była rzecz zrozumiała sama przez się – przywiodły nas teraz do Koberwitz w momencie, w którym pan hrabia chciał nas tu mieć. Dlatego jestem przekonany, że każdy z nas przyjechał do Koberwitz z dużą przyjemnością. Ale właśnie dlatego musimy tym bardziej dziękować całemu domowi Keyserlingk, mianowicie dziękować za to, że w tych dniach zechciał nas przyjąć wraz z naszymi dążeniami.

Jeśli o mnie chodzi, to odczuwam tą wdzięczność całym sercem i mam prośbę do domu Keyserlingk, żeby zechciał ją przyjąć ode mnie w sposób szczególny. Wiem, co znaczy gościć tylu ludzi przez tyle dni i w taki sposób. Dlatego – tak myślę – mogę sobie również pozwolić na dodanie do słów wdzięczności pewnej nieodzownej uwagi, którą proszę zrozumieć tak, że ja również jestem świadomy, jak trudno jest w domu położonym daleko od miasta zorganizować przedsięwzięcie takie jak to. Jestem jednak głęboko przeświadczony, że niezależnie od tego, jak dadzą się odczuć owe niedogodności, których mówił pan hrabia – w tym wypadku jako przedstawiciel nie wewnętrznej, lecz zagranicznej polityki naszych wykładów – każdy z nas odjedzie stąd niezmiernie kontent zarówno z przyjęcia, jak i z ugoszczenia.

To, czy państwo będziecie mogli odjechać stąd tak samo zadowoleni z samego kursu, jest naturalnie czymś, co się dopiero okaże, jednakże uczynimy wszystko, żebyśmy mogli się wzajemnie dobrze zrozumieć, co do poruszonych tutaj zagadnień. Będzie to możliwe dzięki dyskusjom, które będziemy prowadzić w następnych dniach. Musicie państwo również uwzględnić to, że po raz pierwszy podejmuje się zadania wygłoszenia wykładów takich jak te – jakkolwiek ich potrzeba była już podnoszona od dawna z wielu stron. Wymagają one wzięcia pod uwagę wielu różnych rzeczy, gdyż – jak to zobaczymy – sprawy rolnictwa pod niejednym względem zrośnięte są z najszerszą sferą ludzkiego życia. Właściwie nie ma takiej dziedziny ludzkiego życia, która w jakiś sposób nie byłaby związana z rolnictwem, gdyż z którejkolwiek strony nie popatrzylibyśmy, wszystko, co związane jest z życiem ludzkim, związane jest także bezpośrednio z rolnictwem. Oczywiście, podczas tych wykładów mogę poruszyć tylko te sprawy, które dotyczą centralnego obszaru rolnictwa. Doprowadzą nas one jednak – jak gdyby same z siebie – do kilku pobocznych wątków, które mogą okazać się konieczne właśnie dlatego, że o rzeczach, o których tutaj mówimy, należy mówić wyłącznie na gruncie antropozofii. Proszę mi wybaczyć, że to dzisiejsze wpro­wadzenie musiało zrazu tak daleko odbiec od zasadniczego tematu, i że być może niektórzy z państwa nie od razu zauważyli jego związek z tym, o czym będziemy musieli tutaj mówić w sposób specjalistyczno rolniczy. Jest jednak tak, że to, co powinniśmy tutaj zbudować, musimy oprzeć właśnie na tym, co dzisiaj także musiałem powiedzieć, to znaczy na tym pozornie nieco oderwanym wątku.

Właśnie rolnictwo jest tą dziedziną ludzkiego życia, która w pewien sposób ucierpiała, a nawet dotkliwie ucierpiała z winy nowożytnego życia naukowego. Widzą państwo, całe to nowożytne życie naukowe zaczęło oddziaływać niszcząco zwłaszcza na te rzeczy, które posiadają charakter gospodarczy, przy czym dzisiaj wielu ludzi w ogóle nie uświadamia sobie jeszcze, jakie znaczenie posiada to jego niszczące oddziaływanie. Przeciwdziałać temu chciały te inicjatywy gospodarcze, które wyrosły z naszego ruchu antropozoficznego. Były one dziełem przemysłowców i handlowców, jednakże nie mogły zrealizować tego, co było ich początkowym zamysłem. Nie mogły one tego zrealizować po prostu, dlatego, że obecnie działa już za dużo sił o nastawieniu przeciwstawnym. Dzisiaj jest tych sił zbyt dużo, by w ludziach mogło obudzić się w jakieś szersze zrozumienie dla tej sprawy i pojedynczy człowiek jest dzisiaj wobec nich właściwie bezsilny. Właśnie z tego powodu do tej pory nie doszło do szerszej dyskusji na temat tego, co w inicjatywach tego rodzaju jest rzeczą najistotniejszą. Ale, o co w nich praktycznie chodziło?

To, o co w nich chodziło, przedstawię na przykładzie rolnictwa, żebyśmy nie mówili o tym ogólnikowo, ale konkretnie. Otóż możemy dzisiaj spotkać różne książki oraz inne publikacje, które z punktu widzenia tzw. ekonomii socjalistycznej mówią także o rolnictwie. Ich autorzy zastanawiają się, w jaki sposób należy dzisiaj prowadzić gospodarkę rolną z punktu widzenia ekonomii socjalistycznej (aus sozialökonomischen Prinzipien). Istnieją dzisiaj publikacje, które z punktu widzenia ekonomii socjalistycznej (von den sozialökonomischen Ideen) wykładają nam, jak dzisiaj należy rozwijać rolnictwo. Wszystko to jest oczywiście jednym wielkim absurdem i oto ten oczywisty absurd uprawiany jest dzisiaj w najszerszych kręgach naszego społeczeństwa. Jest to oczywiście absurd, gdyż o rolnictwie w sposób kompetentny może mówić tylko ten, – nawet o jego socjalnej formie, – kto najpierw sam doświadczył, co właściwie naprawdę oznacza uprawa buraków, ziemniaków, zboża itd. Kiedy tych rzeczy nie zna się z autopsji, – nie można również wykładać o socjalistyczno ekonomicznych zasadach uprawy buraków i ziemniaków. Tutaj ma prawo zabierać głos właściwie tylko ten, kto wychodzi z samej rzeczywistości, a nie z jakichkolwiek teoretycznych spe­kulacji. Gdy jednak dzisiaj mówimy o tym ludziom, którzy wysłuchali kilku uniwersyteckich wykładów o rolnictwie z punktu widzenia socjalistycznej ekonomii, to zauważamy, że są oni tak głęboko przekonani o słuszności owej teorii, że wydaję się im, że to my mówimy absurdy, a nie oni. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej, albowiem o rolnictwie może wypowiadać się kompetentne tylko ten, kto może oprzeć się na własnym doświadczeniu – na doświadczeniu, które wyniósł z pracy na roli, w lesie, przy zwierzętach itd. Właściwie należałoby skończyć z całą tą pustą gadaniną o rolnictwie z punktu widzenia ekonomii socjalistycznej, gdyż nie ma ona oparcia w rzeczywistości. Jak długo ludzie nie zrozumieją, że to, co się tam mówi, jest tylko pustą gadaniną, tak długo również nie dojdą do niczego pozytywnego, i to zarówno na obszarze rolnictwa, jak i na każdym innym.

To, że tak właśnie jest, a mianowicie, że niektórym ludziom wydaje się, że o jakiejś sprawie mogą mówić z najróżniejszych punktów widzenia, nawet wtedy, gdy sprawy tej nie rozumieją, wynika stąd, że nie potrafią oni dotrzeć do jej prawdziwego podłoża. Na przykład, kiedy patrzymy na roślinę korzeniową (eine Rübe) możemy powiedzieć, że wygląda ona tak i tak, że daje się łatwiej lub trudniej kroić, że ma taką lub inną barwę oraz takie lub inne składniki. Niewątpliwie wszystko to możemy o niej powiedzieć, jednakże, jeśli w ten sposób będziemy o niej mówić, nie zrozumiemy, czym jest ona naprawdę, a przede wszystkim nie zrozumiemy, na czym polega jej współżycie z glebą i z porą roku, w której dojrzewa, itd., a człowiek powinien jednak coś o tym wiedzieć.

Już parokrotnie mówiłem: Spójrzmy na igłę magnetyczną. Widzimy, że jednym końcem wskazuje ona na północ, a drugim na południe. Zastanawiamy się, dlaczego tak jest, lecz przyczyny tego zjawiska nie szukamy w igle, lecz w całym globie ziemskim, którego jedna strona tworzy północny biegun magnetyczny, a druga biegun południowy. Naturalnie byłby to jakiś absurd, gdybyśmy w igle magnetycznej szukali przyczyny, dlaczego ustawia się ona zawsze w sposób tak osobliwy. A więc zjawisko to możemy zrozumieć tylko wtedy, gdy wiemy, jak igła magnetyczna powiązana jest z całym globem ziemskim.

Ale oto dzisiaj ludzie w sposób podobnie absurdalny usiłują wytłumaczyć sobie również inne zjawiska i uważają, że myślą rozumnie. Popatrzmy na przykład na roślinę korzeniową Otóż gdybym teraz twierdził, że jej byt można zrozumieć tylko na podstawie tego, co znajduje się w niej samej, to znaczy w ciasnych granicach jej organizmu, to przecież byłby to pogląd tak samo absurdalny. Oddziałuje na nią bowiem wiele różnych czynników, które działają nie tylko z Ziemi, lecz także z jej otoczenia kosmicznego. Ale w ten absurdalny sposób ludzie wyjaśniają dzisiaj wiele różnych rzeczy, a wnioski, do których dochodzą, następnie realizują w życiu praktycznym. Postępują tutaj tak, jak gdyby roślina była tylko tym, co znajduje się w ciasnych granicach jej organizmu, jak gdyby nie działały tu również siły z całego kosmosu. Poszczególne sfery życia bardzo ucierpiały już z tego powodu. Szkody te były by zapewne jeszcze większe, gdyby wbrew całej racjonalnej nauce naszych czasów, nie pozostał jeszcze w ludziach pewien instynkt z owego czasu, w którym ludzkość kierowała się jeszcze instynktem, a nie nauką. Na przykład, gdyby instynktem nie kierowali się dzisiaj również ci ludzie, którym lekarze dokładnie określają ilość gramów kapusty i mięsa, które powinni spożywać, tak żeby pozostawało to w zgodzie z fizjologią organizmu ludzkiego. Niektórzy z tego powodu noszą nawet ze sobą wagę, aby odmierzać wszystko, co kładą sobie na talerzu. Można to nawet dobrze zrozumieć, ponieważ człowiek powinien to wiedzieć. Ale dobrze jest rów­nież, że ci, którzy są na takiej diecie, czują instynktownie głód i dobrze jest, że nie wystarcza im to, co sobie w ten sposób odmierzają, że działa tu jeszcze instynkt.

Dawniej, zanim do rolnictwa nie wkroczyła nauka, było tak, że właściwie wszystko opierało się w nim na instynkcie. Trwało to dopóty, dopóki jego miejsca nie zajęła nauka nowożytna. Zazwyczaj taka instynktowna mą­drość działała w sposób niezawodny i dzisiaj ciągle jeszcze zdumiewają nas przysłowia i mądrości chłopskie w starych rolniczych kalendarzach. Zdumiewa nas, jak niezwykle mądre jest to, co one mówią. Ci, którzy wówczas kierowali się taką instynktową mądrością, potrafili jednak także ustrzec się przed niedorzecznymi przesądami, albowiem można tam znaleźć nie tylko wnikliwe uwagi odnoszące się do pory wysiewu i zbiorów, ale również przysłowia służące do odpierania wszelkiego rodzaju nonsensów, np. w ro­dzaju: "Gdy kogut pieje na grzędzie, to będzie deszcz albo deszczu nie będzie". A więc było w nich również dużo nieodzownego humoru, którym posługiwano się właśnie po to, żeby przeciwdziałać zabobonom.

Nie chodzi nam jednak teraz o to, żeby zawracać do owej starej instynktownej mądrości, lecz o to, żeby znaleźć to, czego coraz mniej dać nam dzisiaj mogą instynkty, które stały się już czymś niepewnym. Chodzi nam o to, żeby znaleźć te rzeczy przez naukowe badanie nadzmysłowej, duchowej dziedziny świata. Jednakże znajdziemy je tylko wtedy, gdy nasze badania życia roślin, życia zwierząt i także życia samej ziemi, poszerzymy w kierunku kosmicznym.

Zapewne jest to słuszne, żeby w trywialny sposób nie łączyć pogo­dy deszczowej z fazami Księżyca, ale z drugiej strony występują również przypadki takie jak ten, który rzeczywiście zdarzył się pewnego razu. Już parokrotnie – w innych gremiach – opowiadałem, że w Lipsku działało niegdyś dwóch profesorów. Pierwszy z nich, Gustav Theodor Fechner[4] – człowiek mający w swoim dorobku naukowym niejedno trafne spostrzeżenie – na podstawie obserwacji doszedł do wniosku, iż nie jest tak całkiem przesądem to, że pewne okresy deszczowe i bezdeszczowe powiązane są w jakiś sposób z Księżycem i jego obiegiem dookoła Ziemi. Wynikało to z jego badań statystycznych. Mianowicie zauważył, że występuje tu stała zależność między tymi dwoma zjawiskami. Jednakże temu wszystkiemu zaprzeczał stanowczo jego kolega, słynny profesor Schleiden[5]. Było to w czasie, kiedy ludzie odwracali się już od takich spraw i profesor Schleiden przeczył temu, oczywiście z powodów racjonalno-naukowych. Ale obaj profesorowie mieli żony i Gustav Theodor Fechner, który był człowiekiem z poczuciem humoru, zaproponował żeby ten spór rozstrzygnęły ich małżonki. W owym czasie panował jeszcze w Lipsku zwyczaj zbierania wody deszczowej do mycia i prania, gdyż było o nią trudno. Ludzie wystawiali beczki i zbierali do nich deszczówkę. Czyniła tak zarówno pani profesorowa Schleidenowa, jak i pan i profesorowa Fechnerowa. Obok ich domu było jednak za mało miejsca, by można było tam równocześnie postawić dwie beczki. Profesor Fahner powiedział wówczas: Jeżeli Księżyc nie odgrywa tutaj żadnej roli i mój czcigodny kolega ma słuszność, to profesorowa Schleidenowa nie powinna mieć nic przeciwko temu, żeby beczkę wystawiać w dniach, w których według moich obliczeń spada mniej deszczu. Ale wtedy okazało się, że pomysł profesora Fechnera bardzo nie spodobał się pani Schleidenowej, a nie spodobał się dlatego, że sama kierowała się raczej tym, co mówił profesor Fechner, a nie tym, co twierdził jej mąż.

Tak to już bywa. To, co twierdzi nauka, może nawet być słuszne, ale samo życie może tej słuszności nie zaakceptować. Ale dosyć żartów, ponieważ chcemy teraz mówić o rzeczach poważnych. Mówiąc o tym, chciałem tylko wskazać na to, że ludzie powinni swój wzrok kierować dalej, niż przyzwyczaili się to czynić dzisiaj, a zwłaszcza wówczas, gdy zajmują się tak poważną dziedziną życia, jak rolnictwo.

Wprawdzie nie wiem, czy to, co może już dzisiaj powiedzieć o rolnictwie antropozofia, zadowoli Was pod każdym względem, ale sądzę, że taką próbę należy podjąć – próbę przedstawienia tego, co może dać rolnictwu ktoś, kto poznanie swoje czerpie właśnie z antropozofii.

Na wstępie chciałbym wskazać na coś, co w naszym ziemskim bycie posiada dla rolnictwa niezwykle istotne znaczenie. Nieprawdaż, dzisiaj przyzwyczailiśmy się największą wagę przykładać do składników chemiczno-fizycznych. Naszym punktem wyjścia nie powinny być jednak składniki chemiczno-fizyczne, lecz to, co znajduje się poza nimi i posiada zasadnicze znaczenie zarówno dla życia roślin z jednej strony, jak i dla życia zwierząt z drugiej strony. Otóż, gdy przyglądamy się życiu człowieka, a do pewnego stopnia również życiu zwierzęcia, zauważamy zjawisko ich du­żego uniezależnienia się od świata zewnętrznego, – a im bardziej, idąc w górę, zbliżamy się do człowieka, tym bardziej się ono nasila, tym bardziej jest ono większe. Zauważamy bowiem w życiu ludzi i zwierząt pewne procesy (Erscheinungen), które, jak się nam wydaje, uniezależniły się już całkowicie od wpływów pozaziemskich [komicznych], a nawet od wpływów atmosferycznych i podobnych wpływów. Ale nie tylko się nam tak wydaje, lecz jest tak rzeczywiście, gdyż [w ewolucji] takie uniezależnienie się miało naprawdę miejsce i jest ono najbardziej prawidłowym zjawiskiem w odniesieniu do wielu rzeczy w ludzkim życiu. Niewątpliwie, wierny o tym, że przy niektórych schorzeniach mogą się nasilać bóle pod wpływem pewnych oddziaływań atmosferycznych. Mniej już jednak wiemy o tym, że pewne procesy chorobowe, a nawet zdrowe procesy życiowe przebiegają w czło­wieku w taki sposób, że w swoich przebiegach pokrywają się z procesami zachodzącymi w przyrodzie zewnętrznej, jakkolwiek na swoim początku i końcu nieco od nich odbiegają. Przypomnę tu, że jedno z najważniejszych tego rodzaju zjawisk, mianowicie kobieca menstruacja, naśladuje w swoim przebiegu fazy Księżyca, chociaż na początku i końcu nie pokrywa się z nimi. W organizmie kobiety i mężczyzny istnieje również dużo innych podobnych subtelnych zjawisk, które w gruncie rzeczy naśladują, kopiują naturalne rytmy przyrody.

Gdyby ludzie badali te sprawy bardziej wnikliwie i lepiej rozumieli zjawisko periodyczności plam na Słońcu, mogliby również lepiej zrozumieć to, co na przykład rozgrywa się w życiu społecznym. Dzisiaj jednak na takie rzeczy nie zwraca się uwagi. Nie zwraca się na nie uwagi dlatego, że to, co w życiu społecznym może odpowiadać zjawisku periodyczności plam na Słońcu, bynajmniej nie pojawia się wtenczas, gdy zaczynają się pojawiać plamy na Słońcu, i również nie kończy się, gdy owe plamy znikają, lecz już się od nich uniezależniło. Wykazuje wprawdzie tą samą periodyczność i ten sam rytm, lecz nie wykazuje zbieżności czasowej. Zatem trzyma się wewnętrznie mocno przebiegu periodycznego oraz rytmu, lecz równocześnie je usamodziel n ia. Mógłby teraz przyjść ktoś, kto usłyszał, że życie ludzkie jest mikrokosmosem, że naśladuje makrokosmos i w swoich wewnętrznych procesach podąża za makrokosmosem, – i mógłby tak powiedzieć: "Jest to jakiś absurd, gdy twierdzi się, że dla pewnych schorzeń istnieją siedmiodniowe okresy gorączkowe. Gdyby było tak rzeczywiście, to wraz z pojawieniem się zjawisk zewnętrznych musiałaby pojawiać się również gorączka i musiałaby się ona rozwijać równolegle z nimi i również wraz z nimi znikać ". My jednak mówimy w ten sposób: Wprawdzie gorączka tego nie czyni, jednakże trzyma się ona pewnego wewnętrznego rytmu, jakkolwiek jej początkowe stadium i końcowe stadium nie pokrywa się z przebiegiem zjawisk zewnętrznych.

Otóż takie uniezależnienie się od zewnętrznych wpływów urzeczywistniło się w kosmosie niemal całkowicie jedynie w odniesieniu do człowieka. Zwierzęta uniezależniły się od przyrody już w skromniejszym zakresie, natomiast królestwo roślin jest jeszcze głęboko zanurzone w ogólnym życiu przyrody ziemskiej i także tej pozaziemskiej przyrody. Toteż nie można w ogóle zrozumieć życia roślin, nie uwzględniając faktu, że wszystko, co występuje na ziemi, jest właściwie tylko odblaskiem tego, co zachodzi w otaczającym nas kosmosie. U człowieka rzeczy te są tylko dobrze ukryte, a jest tak dlatego, że człowiek uniezależnił się od otaczającej przy rody i nosi w sobie tylko pewien wewnętrzny rytm. Natomiast owa zależność od otaczającej przyrody występuje w najwyższym stopniu w królestwie roślin. Właśnie na ten ważny fakt chciałem Państwu zwrócić uwagę w tych wstępnych rozważaniach.

Widzą państwo, najbliżej wokół Ziemi krąży Księżyc, a dalej krążą pozostałe planety naszego systemu planetarnego. W starej instynktownej nauce, w której do planet zaliczano jeszcze Słońce i Księżyc, kolejność planet przedstawiała się następująco: Księżyc, Merkury, Wenus, Słońce, Mars, Jowisz i Saturn. A teraz – bez odwoływania się do starych traktatów astronomicznych – chciałbym wskazać na to, co w życiu planetarnym powiązane jest z życiem ziemskim. Przyglądając się ogólnie ziemskiemu życiu musimy zwrócić uwagę na to, że – ogólnie rzecz biorąc – największą rolę odgrywa w nim wszystko to, co chciałbym tu określić jako życie substancji krzemowych w świecie. Substancję tą znajdziecie państwo na przykład w kryształach kwarcu [Si O2]. Znajdziecie ją tam zamkniętą w bryle graniastosłupa. Krzem jest tam połączony z tlenem. Gdy sobie go wyobrazicie bez tlenu, będziecie mieć krzem jako pierwiastek (Silizium). Dzisiejsza chemia zalicza krzem do pierwiastków, tak jak zalicza do nich tlen, azot, wodór, siarkę itd. Mamy tam zatem krzem jako pierwiastek chemiczny. Nie powinniśmy zapominać o tym, że to, co żyje w kwarcu jako krzem, rozpowszechnione jest na powierzchni ziemi aż w dwudziestu ośmiu procentach[6]. Pozostałych substancji jest tam procentowo mniej i tylko tlenu jest więcej, gdyż jest go od czterdziestu siedmiu do czterdziestu ośmiu procent. Na powierzchni ziemi mamy więc bardzo dużo krzemu.

Otóż, gdy krzem znajduje się w takim minerale jak kwarc[7], to wystę­puje on w takiej postaci, która dla roślin nie posiada jakiegoś szczególnego znaczenia. Krzem bowiem nie rozpuszcza się w wodzie i woda przenika przez krzemowy piasek. A więc zrazu może się wydawać, że niewiele ma on do czy nienia z życiem. Jeśli jednak popatrzymy np. na skrzyp polny, to znajdziecie w nim aż do 90% kwasu krzemowego[8]. Jest to ta sama substan­cja, która znajduje się również w kwarcu, tyle że tutaj występuje w bar­dzo subtelnym rozcieńczeniu. Z tego wszystkiego wynika, że k rzem musi w przyrodzie odgrywać jakąś niezwykle ważną rolę, gdyż niemal połowa tego, z czym spotykamy się na ziemi, zbudowana jest z krzemu.

Jest rzeczą znamienną, że ludzie tak mało uwagi poświęcają dzisiaj krzemowi, a często nawet usuwają go z takich rzeczy, w których może on działać niezwykle dobroczynnie. W medycynie antropozoficznej krzem jest jednym z najważniejszych składników wielu leków. Istnieje wiele schorzeń, które leczy się w niej właśnie kwasem krzemowym, przy czym podaje się go albo doustnie albo w formie kąpieli leczniczych. Jest tak dlatego, że wpływowi krzemu w osobliwy sposób podlega niemal wszystko, co w schorzeniach uwidacznia się w nienormalnych stanach zmysłów, ale co nie leży w samych zmysłach, lecz tylko uwidacznia się w nich – również w zmysłach wewnętrznych, – i co w narządach tu i ówdzie wywołuje bóle. Krzem odgrywa również ważną rolę w tym, co nazywamy – posłużę się tutaj starym określeniem – gospodarką przyrody. Jest on w niej obecny nie tylko w kwarcu lub w jakimś innym minerale, ale w bardzo subtelnym rozcieńczeniu znajduje się również w atmosferze, tak że możemy go znaleźć właściwie wszędzie. Gleba, na której gospodarujemy jest bowiem aż w połowie krzemem, gdyż jest go w niej aż 48 procent. Ale na czym polega tam jego za­danie. Przypuśćmy, że na ziemi mielibyśmy tylko połowę tej ilości krzemu, którą mamy obecnie. Otóż, gdyby tak było rzeczywiście, to rośliny miałyby w mniejszym lub większym stopniu formy piramidalne, a wszystkie kwiaty miałyby formy skarłowaciałe i właściwie znajdowałyby się w zaniku. Wszystkie rośliny miałyby – do pewnego stopnia – formy osobliwe, formy kaktusowate. Np. śmiesznie wyglądałyby nasze rośliny zbożowe: mianowicie ich źdźbła – kierując się w dół – byłyby coraz grubsze – natomiast kłosy miałyby formy zanikające i nie byłoby w ogóle pełnych kłosów.

Z drugiej strony na ziemi – jakkolwiek w ilości mniejszej niż krzem – musi być również wapń i substancje pokrewne, a więc potas i sód. Otóż, gdyby substancji tych było mniej niż jest, mielibyśmy rośliny z cienkimi łodygami. Rośliny przeważnie miałyby wijące się łodygi i mielibyśmy tylko same pnącza. Wprawdzie kwiaty rozwijałyby się również, ale rośliny byłyby bezpłodne i nie dostarczałyby ważnych substancji odżywczych. Zatem życie roślinne w tej formie, w jakiej widzimy je dzisiaj, może rozwijać się prawidłowo tylko we współdziałaniu tych dwóch sił, czyli we współdziałaniu substancji wapno podobnych i krzemo podobnych.

Pójdźmy jednak dalej. Otóż wszystko to, co żyje w krzemowości (im Kieseligen) posiada w sobie siły, które nie wywodzą się z Ziemi, lecz z tzw. planet zewnętrznych, to znaczy z Marsa, Jowisza i Saturna. To, co wypromieniowuje z tych planet, oddziałuje na życie roślin właśnie za pośrednictwem krzemowości i substancji pokrewnych. Natomiast za pośrednictwem wapniowości na życie roślinne Ziemi – a również na życie zwierzęce Ziemi – oddziałują siły, które wywodzą się z tzw. planet wewnętrznych, to jest z Księżyca, Merkurego i Wenus. Zatem o każdym kawałku gleby powiedzieć możemy w ten sposób: W glebie działa krzemowość i działa wapniowość. W krzemowości działa Saturn, Jowisz i Mars, a w wapniowości działa Księżyc, Wenus i Merkury.

Przyjrzyjmy się teraz samym roślinom. Otóż przede wszystkim musimy zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Pierwszą jest to, że wszystkie rośliny, a również poszczególne gatunki roślin, utrzymują ciągłość swojego istnienia, rozwijają zdolność reprodukcji, zatem mogą wydawać na świat podobne so bie rośliny itd. To jest pierwsza rzecz. Drugą jest to, że roślina jako istota należąca do niższego królestwa przyrody, służy istotom wyższych królestw przyrody jako pokarm. Te dwie rzeczy zrazu mają niewiele ze sobą wspólnego, albowiem, gdy obserwujemy przebieg rozwoju rośliny od rośliny matki do rośliny córki, następnie wnuczki itd., to widzimy, że dla twórczych sił przyrody może być obojętne to, czy my spożywamy te rośliny i odżywiamy się nimi, czy też tego nie czynimy. Wyrażają się w tym dwa różne interesy – wszelako w owych powiązanych ze sobą procesach przyrody rzeczy te działają tak, że we wszystkim tym, co związane jest z wewnętrzną siłą reprodukcji, ze wzrostem, a więc z tym, co powoduje, że po jednym pokoleniu roślin przychodzi następne pokolenie – w tym działa to, co z kosmosu przedostaje się do ziemi za pośrednictwem wapniowości[9], – wypromieniowując z Księżyca, Wenus i Merkurego. Zatem gdy patrzymy na to, co uwidacznia się w tej grupie roślin, których nie spożywamy i które tylko wytwarzają wciąż nowe organizmy i wciąż nowe pokolenia, których nie spożywamy, to właściwie patrzymy tylko na tylko zewnętrzny wyraz oddziaływania sił płynących z Wenus, Merkurego i Księżyca.

Natomiast, kiedy roślina staje się pokarmem w ścisłym znaczeniu tego słowa, kiedy rozwijają się tak, że powstają w nich substancje odżywcze dla zwierząt i ludzi, to jest to proces, w którym za pośrednictwem krze­mowości uczestniczy Mars, Jowisz i Saturn. Krzemowość bowiem otwiera roślinę przed kosmosem, dzięki czemu może ona z niego przyjmować to, co wytwarzają tak zwane planety zewnętrzne. W procesie tym uczestniczą zatem [jako planety zewnętrzne] Mars, Jowisz i Saturn. Natomiast ze sfery Księżyca, Wenus i Merkurego roślina przyjmuje to, co [przede wszystkim] uzdalnia ją do wytwarzania nowych pokoleń. Może się zrazu wydawać, że wszystko to jest tylko przedmiotem zainteresowań pewnej nauki. Ale jest przecież tak, że to, co przyjmujemy dzięki poszerzeniu naszych horyzon­tów, następnie – samo przez się – prowadzi nas od poznania do praktycznej realizacji.

Widzą państwo, ponieważ na Ziemię i jej roślinność oddziałują siły płynące z Księżyca, Wenus i Merkurego, i ponieważ siły te wywierają wpływ na życie roślin, przeto musimy zadać sobie następujące pytanie: Jakie to czynniki wspierają ten proces, a jakie mogą go powstrzymywać w stopniu mniejszym lub większym? Zatem, co w tym oddziaływaniu wspiera [siły] płynące z Saturna, a co wspiera [siły] płynące z Księżyca, a co jeszcze siły te powstrzymuje.

Otóż, kiedy obserwuje się roczny przebieg opadów, można zauważyć, że w ciągu roku występują takie okresy, w których spada więcej deszczu oraz takie, w których spada mniej deszczu. Oczywiście, gdy fizyk dzisiejszy obserwuje deszcz, to właściwie interesuje go tylko to, że na ziemię spada wtedy więcej wody, przy czym dla niego woda jest substancją abstrakcyjną, substancją złożoną z wodoru i tlenu. Wie on, że woda po rozłożeniu rozpada się na dwie substancje, z których jedna zachowuje się tak, a druga znowu zachowuje się inaczej. Mówi to jednak jeszcze niewiele o wodzie. Woda kryje w sobie znacznie więcej niż to, co chemicznie objawia się jako tlen i wodór, albowiem kiedy znajdzie się glebie, wówczas wskazuje drogę siłom księżycowym. Jest ona w gruncie rzeczy tym, co je rozprowadza w glebie. Na Ziemi woda jest w szczególny sposób związana z Księżycem. Załóżmy na przykład, że minęły dni deszczowe, i że po nich nastąpiła pełnia Księżyca. Otóż w takich dniach dzieje się na Ziemi coś nadzwyczajnego z siłami księżycowym i, gdyż wtedy mogą one wnikać w całą wegetację świata roślinnego. Nie mogłyby one tam wnikać, gdyby nie było przedtem dni deszczowych. Dlatego będziemy musieli zastanowić się nad tym, czy ma to jakieś znaczenie, gdy nasiona wysiewa się po dniach deszczowych, po którym nastąpiła pełnia – czy też nie ma to znaczenia i można to robić w każdym czasie. Zapewne coś z tego także wyrośnie. Pytanie, które tu postawiliśmy brzmi jednak następująco: Czy przy wysiewaniu nasion dobrze jest kierować się deszczem i pełnią Księżyca? – Czy dobrze jest uwzględ niać takie rzeczy, gdyż oddziaływanie, które Księżyc wywiera w pełni, przy pewnych roślinach nasila się właśnie po dniach deszczowych, a słabnie po dniach słonecznych? O takich rzeczach mówiły stare przysłowia chłopskie. Posługiwać się dawniej przysłowiami wiedziano, co należy czynić. Jednakże przysłowia stały się dzisiaj przesądem, a nie mamy jeszcze o tych rzeczach wiedzy naukowej, – wiedzy, do której ludziom nie chce się jednak dążyć.

Pójdźmy jednak dalej. Naszą Ziemię otacza atmosfera. Atmosfera poza tym, że jest powłoką powietrzną, posiada przede wszystkim tę właściwość, że może być czasem cieplejsza, a czasem chłodniejsza – a więc pewnych okresach wykazuje znaczną kumulację ciepła, które w momentach swojego największego nasilenia rozładowuje się poprzez burze. Jak to jest jednak z tym ciepłem? Tutaj duchowa obserwacja spostrzega, że do łączenia się [do powinowactwa] z krzemem skłania się właśnie ciepło, a nie skłania się woda. Mianowicie ciepło doprowadza do szczególnej aktywności te kos­miczne siły, które mogą działać [w glebie] za pośrednictwem krzemowości, – a są to siły, które wypromieniowują z Saturna, Jowisza i Marsa. Siły te należy rozpatrywać zupełnie inaczej niż np. siły księżycowe. Musimy tu jeszcze wziąć pod uwagę, że Saturn potrzebuje aż trzydziestu lat na dokonanie jednego okrążenia Słońca, oraz że Księżyc na przejście przez wszystkie swoje fazy potrzebuje tylko trzydziestu l u b dwudziestu ośmiu dni. Saturn jest zatem widoczny tylko przez 15 lat i dlatego w zupełnie inny sposób musi być związany z wegetacją roślin. Jednakże Saturn nie działa tylko wtedy, gdy świeci w dół na Ziemię, ale również wtedy, gdy jego promienie muszą przechodzić przez ziemię[10].

Zatem gdy Saturn bardzo powoli wykonuje jedno okrążenie ciągu niemal 30 lat – to rysując to (Rys. 1) – będziemy mieć tutaj drogę Saturna i zauważymy, że Saturn czasem świeci bezpośrednio na jakiś kawałek Ziemi; ale wtedy może również ten kawałek ziemi opracowywać – świecąc przez Ziemię na wskroś. To, jak dalece siły Saturna mogą zbliżyć się do roślinne­go życia ziemi, zależy zawsze od temperatury powietrza. Nie mogą zbliżać się do niego w powietrzu zimnym, natomiast mogą to czynić w powietrzu ogrzanym. Gdzie jednak w życiu roślin uwidacznia się to, co one czynią? Otóż nie możemy tego zobaczyć w rozwoju tych roślin, które wyrastają i przemijają w ciągu jednego roku, zostawiając tu tylko swoje nasiona. Natomiast uwidacznia się to w korze i korowinie drzewa, czyli w tym, co roślinę czyni organizmem wieloletnim.

Wynika to z tego, że życie roślin jednorocznych – właśnie to ich ograniczanie się do krótkiego życia – związane jest z tymi planetami, które mają krótkie okresy obiegów. Natomiast to, co w roślinie wyłamuje się z tej przemijalności, co otacza się korą i co roślinie nadaje większą trwałość, to związane jest z siłami planet, które działają za pośrednictwem sił ciepła i zimna, a są to planety o długich okresach obiegów. Na przykład taką planetą jest Saturn, który na dokonanie jednego obiegu potrzebuje aż 30 lat lub Jowisz, który na dokonanie jednego obiegu potrzebuje 12 lat. Toteż nie jest to bez znaczenia, czy ktoś, kto chce zasadzić dąb orientuje się [np.] w okresach Marsa. Inaczej bowiem rośnie dąb zasadzony w odpowiednim okresie mar­sowym, a inaczej rośnie dąb zasadzony bezmyślnie, jak komu odpowiada. Sadzonki drzew iglastych, w których życiu tak dużą rolę odgrywają siły Saturna, będą się inaczej rozwijać wtedy, gdy je zasadzimy w jednym z tak zwanych wschodzących okresów Saturna, a inaczej, gdy zasadzimy je w innym okresie. Ktoś, kto ma wgląd w te rzeczy i potrafi wśród posadzonych roślin dokładnie rozróżnić takie, które chcą rosnąć i takie, które nie chcą rosnąć, może powiedzieć, które zostały zasadzone z uwzględnieniem sił kosmicznych, a które zostały zasadzone bez zastanowienia. To bowiem, czego na początku łatwo się nie zauważa, jednak później w daje o sobie znać w takich bardziej subtelnych sytuacjach.

Załóżmy na przykład, że na opał bierzemy drewno z drzewa, które zostało zasadzone bez uwzględnienia rytmów kosmicznych. Otóż drewno takie nie może nam dać tego zdrowego ciepła, jakie może nam dać drewno z drzewa zasadzonego w odpowiednim czasie. Znaczenie tych rzeczy uwidacznia się w sytuacjach związanych zwłaszcza z życiem codziennym. Jednakże dzisiaj życie stało się dla ludzi czymś, o czym oni już prawie nie myślą i są nawet zadowoleni, gdy nie muszą myśleć o tych rzeczach. Wyobrażają oni sobie, że życie musi funkcjonować podobnie jak maszyna. W maszynie znajdują się odpowiednie urządzenia i gdy się je odpowiednio nastawi, to maszyna pracuje. Ludzie ulegają materialistycznemu sposobowi myślenia i przez to wyobrażają sobie, że w całej przyrodzie również jest tak samo. Jednak na skutek tego zaczynają w życiu robić głupstwa, które póź­niej pociągają za sobą bardzo poważne konsekwencje w życiu praktycznym. Pojawiają się wtedy wielkie zagadki. Na przykład jest zagadką, dlaczego nie można już dzisiaj spożywać takich ziemniaków, jakie jeszcze jadłem w mojej młodości. Jest tak rzeczywiście, sprawdzałem to wszędzie. Nie ma już dzisiaj takich ziemniaków, a również nie ma ich tam, gdzie je kiedyś jadałem. Z biegiem czasu coś zanikło w ich właściwościach odżywczych. Wskazują na to szczególnie ostatnie dziesięciolecia. Dzieje się tak, gdyż ludzie nie rozumieją już intymnych oddziaływań kosmosu, których powinni poszukiwać właśnie na drodze, o której mogłem obecnie tylko wstępnie na­pomknąć. Chciałem dzisiaj tylko wskazać, gdzie leżą owe problemy, które wykraczają daleko poza horyzonty dzisiejszej percepcji. W następnych dniach będziemy nie tylko kontynuować nasze dzisiejsze rozważania, – ale zobaczymy również, jak to, o czym mówi my w tym kursie, można w sposób pogłębiony zastosować w życiu praktycznym.

 

 

 

Wykład 2

Koberwitz; 10 czerwca 1924

 

Na początku – czerpiąc z tego, co już wiemy o uwarunkowaniach pra­widłowego sposobu prowadzenia produkcji rolnej – zbierzemy wszystko to, co koniecznie należy wiedzieć o tej sprawie, aby później z tego wyprowadzić wnioski praktyczne, które należy bezpośrednio wcielać w życie, przy czym znaczenie ich polega właśnie na ich zastosowaniu w praktyce. Zatem najpierw przyjrzymy się temu, jak powstaje to, co wytwarza rolnictwo swoimi metodami oraz jak to żyje w całym otaczającym świecie. Otóż najpierw należy powiedzieć, że gospodarstwo rolne dopiero wtedy będzie najlepiej realizować to, co jest jego istotą i jego głównym zadaniem, gdy będziemy je rozumieć (auffassen) jako pewnego rodzaju indywidualność, jako indywidualność, która ma własne życie – gdy będziemy je rozumieć [postrzegać] jako organ izm rzeczywiście indywidualny, odrębny, zamknięty[11]. I chociaż nie można tego osiągnąć w pełni, to jednak powinniśmy dążyć do tego, by gospodarstwo funkcjonowało jako odrębna indywidualność[12]. Oznacza to, że wszystko, co jest niezbędne do prowadzenia produkcji rolnej, powinno znajdować się w obrębie jego organizmu – przy czym musimy do niego również zaliczyć odpowiednią ilość zwierząt. W gruncie rzeczy, wszystkie środki, jakie doprowadzamy do niego z zewnątrz – a więc nawozy oraz podobne rzeczy – należałoby traktować jako lekarstwo przeznaczone dla jego chorującego organizmu.

Zatem zdrowe gospodarstwo rolne właściwie powinno w sobie samym wytwarzać to, co jest mu potrzebne. Niebawem zobaczymy, dlaczego właśnie ten punkt widzenia odpowiada naturze zdrowego gospodarstwa. Dopóki w rzeczach nie uwzględnia się ich prawdziwej istoty, czyli tego, czym one są w rzeczywistości, dopóty można powątpiewać, czy jest tak rzeczywiście i na przykład można mówić: "Czy nie jest to obojętne, skąd bierzemy obornik?"Jak powiedziałem, dzisiaj jeszcze nie możemy tego realizować w ten sposób, niemniej, jeżeli chcemy te rzeczy uporządkować zgodnie z ich własną naturą, musimy być świadomi, że gospodarstwo rolne koniecznie musi być indywidualnością.

To, że tak właśnie jest przekonacie się wówczas, gdy z jednej strony dobrze przyjrzycie się glebie, z której nasze rośliny wyrastają, a z drugiej strony, gdy przyjrzycie się tym rzeczom, które oddziałują na nią z zewnątrz. Otóż dzisiaj ludzie najczęściej mówią o tym w sposób bardzo abstrakcyjny. Naturalnie, są oni świadomi tego, że światło i ciepło słoneczne, a również wszystko to, co meteorologiczne związane jest z ciepłem i światłem słonecznym, ma jakiś związek z u kształtowaniem gleby porośn iętej roślinami. Jednakże dzisiejsze poglądy nie potrafią dać im rzeczywistego wyjaśnienia tych rzeczy, a mianowicie dlatego, że nie potrafią wniknąć w istotę otaczającej nas rzeczywistości. Dlatego teraz za podstawę weźmiemy taki punkt widzenia, który najpierw uwagę zwraca na glebę, jako na podłoże gospodarki rolnej – jakkolwiek później będziemy musieli również spojrzeć na te rzeczy z jeszcze innych punktów widzenia.

Dzisiaj ludzie zazwyczaj postrzegają glebę – zaznaczam ją tutaj schematycznie linią kreskowaną (Rys. 2) – jako coś, co jest nieorganiczne, mineralne – do czego, co najwyżej, wnika tylko trochę resztek organicznych w wyniku procesu humifikacji lub dzięki temu, że w prowadza się do niej organiczny nawóz. Ale przecież gleba już sama w sobie zawiera pewien żywy element, a nawet element astralny[13]. Zawiera ona bowiem trochę elementu roślinnego, a nawet trochę sił astralnych. Jednakże ten jej żywy element jest dzisiaj czymś, o czym nawet się nie myśli – a jeszcze mniej poważnie się go traktuje. Gdy przyglądamy się, jak to wewnętrzne życie gleby – w jego bardzo subtelnym dawkowaniu – całkiem inaczej wygląda w lecie, a inaczej w zimie, wówczas wchodzimy na teren, który wprawdzie posiada duże znaczenie dla produkcji rolnej, ale na którego nie zwraca się dzisiaj uwagi. Zatem kiedy za podstawę bierzemy obserwację samej gleby, musimy najpierw uwzględnić to, że gleba jest pewnego rodzaju narządem w organizmie przyrody, który daje nam znać o sobie wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z jej wegetatywnymi procesami.

Gleba jest prawdziwym narządem [w organizmie ziemi]. Narząd ten możemy porównać do ludzkiej przepony. Właściwe wyobrażenie o tym, z czym mamy tutaj do czynienia, powstanie w nas dopiero wtedy – to, co teraz powiem, nie oddaje tego całkiem dokładnie i ma tylko dopomóc lepiej tą rzecz wyjaśnić; ale tutaj całkowicie wystarcza – gdy powiemy tak: u człowieka ponad przeponą mamy przede wszystkim głowę i te narządy, dzięki którym może on oddychać i może krążyć w nim krew, natomiast poniżej przepony mamy inne narządy. Natomiast u indywidualności, jaką jest gospodarstwo rolne, głowa znajduje się pod powierzchnią ziemi, a my wraz z wszystkimi zwierzętami żyjemy w jej brzuchu. Zatem to, co znajduje się tam nad powierzchnią ziemi, stanowi jej wnętrzności – żeby to jakoś nazwać. Kiedy więc chodzimy po gospodarstwie rolnym, to, mówiąc ściśle, poruszamy się w jej brzuchu i również rośliny rosną w jej brzuchu. A więc mamy tutaj do czynienia z indywidualnością, która – w porównaniu z człowiekiem – stoi na głowie, a my prawidłowo widzimy ją właściwie tylko wtedy, gdy w ten sposób na nią patrzymy. W dalszym ciągu zobaczymy jeszcze, że w odniesieniu do zwierzęcia, sprawa ta przedstawia się jeszcze inaczej. Ale dlaczego mówię, że indywidualność ta stoi na głowie?

Otóż mówię tak dlatego, że wszystko to, co znajduje się w bezpośredniej bliskości ziemi jako powietrze, opary wodne i ciepło – a więc to, w czym przebywamy, w czym oddychamy i gdzie znajduje się to, z czego czerpiemy wraz z roślinami zewnętrzne ciepło, zewnętrzne powietrze i zewnętrzną wodę – w gruncie rzeczy odpowiada temu, czym w organizmie człowieka są narządy podbrzuszne. Natomiast wszystko to, co działa w samej glebie, oddziałuje znowu na całą wegetację roślin w taki sposób, jak nasza głowa oddziałuje na nasz organizm, mianowicie w dzieciństwie, ale nie tylko: również w czasie całego życia. Zatem mamy tu do czynienia z ustawicznym i bardzo żywym, bardzo dynamicznym wzajemnym oddziaływaniem na siebie dwóch sfer, to znaczy sfery nadziemnej i sfery podziemnej. Zaś to, co swoją aktywność rozwija nad powierzchnią ziemi, jest bezpośrednio zależne od Księżyca, Merkurego i Wenus, czyli od planet, które wspomagają i modyfikują oddziaływania Słońca nad powierzchnią ziemi. Powyższe określenia proszę przyjąć jako określenia przede wszystkim rozmieszenia tych oddziaływań. Siły "planet wewnętrznych"działają tutaj nad powierzchnią ziemi, a siły "planet zewnętrznych"działają pod powierzchnią ziemi i także wspomagają Słońce w tych jego oddziaływaniach, jakie wywiera ono spod powierzchni ziemi. Czyli że w odniesieniu do wegetacji naszych roślin, musimy sił dalekiego kosmosu szukać pod powierzchnią ziemi, natomiast sił bliższego nam kosmosu musimy szukać nad powierzchnią ziemi.

Jednakże wszystko to, co wnika do rozwijającej się rośliny z dalekiego kosmosu, nie wnika do niej bezpośrednio, lecz w ten sposób, że najpierw zostaje przyjęte przez ziemię i dopiero stąd zostaje wypromieniowane do góry. Zatem wszystko to, co do rośliny dopływa z dołu, z samej gleby – pod postacią bądź dobroczynnych, bądź szkodliwych sif (oddziaływań) – jest w gruncie rzeczy odpromieniowanym elementem kosmicznym. Natomiast to, co działa w powietrzu i wodzie nad powierzchnią ziemi, czyli bezpośrednie promieniowanie [kosmosu], to znowu działa tak, że najpierw gromadzi się nad powierzchnią ziemi i dopiero stamtąd oddziałuje dalej. Właśnie od tego zależy, jak gleba w swoim wewnętrznym składzie oddziałuje na rośliny. Później będziemy musieli rozszerzyć to również do zwierząt.

W glebie mamy najpierw element, który, pod względem działających w niej sił, zależy od dalekiego kosmosu. Jest to element krzemowy gleby, a więc piasek, żwir i kamienie. Woda oczywiście nie może wniknąć do jego wnętrza. Dlatego element ten sam w sobie nie zawiera żadnych odżywczych          składników, niemniej w rozwoju rośliny jest równie istotny, jak pozostałe elementy gleby. Otóż element ten jest całkowicie zależny od oddziaływania najdalszych kosmicznych sił. Siły te, – chociaż może się to wydawać nieprawdopodobne, ale tak to widzimy – wnikają do gleby właśnie za pośrednictwem krzemowego piasku. W ten sposób do gleby wnika to, co nazywamy jej elementem biologiczno eterycznym i chemiczno dynamicznym[14]. Wnika on do gleby, aby z gleby oddziaływać na roślinę w promieniowaniu zwrotnym. Dlatego to, w jakim stopniu sama gleba ożywia się wewnętrznie, w jakim stopniu wykształca własny chemizm, zależy całkowicie od tego, w jakim stanie znajduje się to, co nazywamy [krzemowym] piaskiem, żwirem i kamieniami. Zatem to, co w glebie przeżywają korzenie roślin, w dużym stopniu zależy od tego, w jakiej mierze jej minerały wychwytują owe kosmiczne życie i kosmiczny chemizm, a co może zachodzić w glebie tylko na określonej głębokości. Należałoby więc przy każdej okazji badania rozwoju rośliny dobrze poznać podłoże geologiczne, na którym ona rośnie i nigdy nie zapominać o tym, że elementu krzemowego nie powinno brakować przede wszystkim tym roślinom, które uprawiamy głównie dla ich korzeni, nawet gdyby miał się on znajdować tylko w jej głębszej warstwie.

Dzięki Bogu, krzem, w formie kwasów krzemowych i innych związków krzemu, występuje na ziemi w ilości sięgającej 47–48 %, przeto dla tej ilości, która jest tutaj potrzebna, możemy właściwie niemal wszędzie liczyć na jego działanie. Ale teraz chodzi również o to, żeby roślina mogła skierować do góry to, co za pośrednictwem krzemu związało się z jej korzeniem. Musi to bowiem płynąć dalej w górę. To, co za pośrednictwem krzemu wciągane jest do rośliny z kosmosu, musi ustawicznie współdziałać z tym, co rozgrywa się ponad glebą w owym "brzuchu"– a co w dole musi otrzymywać "głowa"[czyli pod powierzchnią ziemi]. "Głowę"musi bowiem zaopatrywać kosmos – ale musi to jednak rzeczywiście współdziałać z tym, co rozgrywa się nad powierzchnią ziemi w owym "brzuchu". Zatem to, co w dole wychwytuje element krzemowy, to następnie musi płynąć w górę i musi mieć taką możliwość. Otóż, aby mogło to płynąć w górę, w glebie musi znajdować się również glina i substancje pokrewne. Cały glinowy element gleby jest właściwie nośnikiem sił istności kosmicznych, czyli przenosi je z dołu do góry.

Dzięki temu, że wiemy o tym, będziemy później – gdy przejdziemy do rzeczy praktycznych – także wiedzieć, jak należy uprawiać rośliny na glebie ilastej, a jak na glebie krzemowej. Najpierw jednak musimy wiedzieć, co się tutaj dzieje. W następnej kolejności omówimy, jak należy przetwarzać glinę, by można było na niej uprawiać rośliny. Ale najpierw powinniśmy wiedzieć o tym, że glina jest nośnikiem sił "istności kosmicznych"i przenosi "je"z dołu do góry.

Wszelako ten jeden prąd kosmiczny tutaj nie wystarcza i do gleby musi również wpływać drugi prąd, który teraz nazwę prądem elementu ziemskiego, albowiem również to, co znajduje się w owym "brzuchu"musi być także wciągnięte do gleby. To bowiem, co w owym "brzuchu"podlega pewnego rodzaju zewnętrznemu trawieniu – gdyż wszystko to, co przez lato i zimę dzieje się w przyrodzie nad powierzchnią ziemi [a więc wszystkie zachodzące tu procesy], jest dla królestwa roślin pewną formą trawienia – musi zostać znowu wciągnięte do gleby. Mamy tutaj rzeczywiście do czynienia ze współdziałaniem. Do gleby wciągane są wszystkie te siły, które wytwarzane są nad powierzchnią ziemi za sprawą wody i powietrza, a również wciągane są owe niezwykle subtelne substancje, które powstają tam w sposób homeopatyczny – przy czym wszystko to wciągane jest do gleby za pośrednictwem glebowego wapna. Zarówno bowiem to wapno, które znajduje się w glebie, jak i to, które w ilościach homeopatycznych rozpościera się bezpośrednio nad powierzchnią ziemi, jest tam właśnie po to, by doprowadzać do niej [do gleby] ów bezpośredni ziemski element.

Kiedyś, gdy ludzie będą mieć prawdziwą naukę, a nie tylko dzisiejsze "naukowe bajanie", będzie się te rzeczy inaczej postrzegać. Będzie je można ujmować w formie dokładnych danych. Na przykład będzie wiadomo, że to ciepło, które znajduje się pod ziemią – to znaczy w sferze oddziaływania Jowisza, Marsa i Saturna – bardzo się różni od tego, które znajduje się nad powierzch­nią gleby – to znaczy w sferze oddziaływania Słońca, Wenus, Merkurego i Księżyca. Te dwa rodzaje ciepła bardzo się różnią, – przy czym jedno możemy nazwać ciepłem kwiatów i liści, a drugie ciepłem korzeni. Są one tak zupełnie inne, że ciepło nadziemne możemy nazwać ciepłem martwym, a ciepło podziemne ciepłem żywym. Szczególnie zimą ciepło podziemne zawiera w sobie coś z wewnętrznej zasady życia, zawiera pewien żywy element. Otóż, gdyby­śmy mieli do czynienia w naszym życiu tylko z tym ciepłem, które działa w ziemi, bylibyśmy bardzo nierozgarnięci, albowiem człowiek może być istotą rozumną dzięki temu, że do swojego organizmu doprowadza ciepło martwe. Gdy jednak owo zewnętrzne, martwe ciepło zostanie wciągnięte do ziemi przez wapniowy element gleby oraz przez inne jej substancje, wówczas przemienia się w ciepło wewnętrzne, a zarazem lekko ożywa. Wprawdzie ludzie wiedzą dzisiaj o tym, że powietrze znajdujące się nad powierzchnią ziemią różni się od tego, które znajduje się pod ziemią, jednak nie uwzględniają już tego, że również ciepło znajdujące się nad powierzchnią ziemi różni się od tego, które znajdują się pod powierzchnią ziemi. Wprawdzie wiedzą oni, że pod powierzchnią ziemi powietrze zawiera więcej dwutlenku węgla, a nad powierzchnią ziemi zawiera więcej tlenu, ale już nie wiedzą, dlaczego tak jest. Otóż jest tak dlatego, że powietrze wchłonięte i wessane do ziemi, zostaje tam przeniknięte przez subtelne tchnienie życia. Tak to jest z ciepłem i powietrzem, które zawsze zostają lekko oży wione, gdy tylko wejdą do ziemi.

Jednak inaczej jest już z wodą i elementem ziemnym, to znaczy z elementem stałym, gdyż pod powierzchnią ziemi tracą one coś ze swojego życia i stają się one jeszcze bardziej martwe. Tracą tam one rzeczywiście coś z swojego zewnętrznego życia, ale to właśnie sprawia, że mogą się teraz wystawiać na oddziaływanie sił z dalekiego kosmosu [sił tak zwanych "planet zewnętrznych"]. A substancje mineralne, – jeżeli rzeczywiście chcą się wystawić na oddziaływanie sil z dalekiego kosmosu, – muszą się uniezależnić od tego, co znajduje się bezpośrednio nad powierzchnią gleby. Najłatwiej mogą to czynić od 15 stycznia do 15 lutego, a więc w zimie. Kiedyś ludzie będą inaczej patrzyć na te rzeczy, gdyż przekonają się, że mają one wartość dokładnych danych. Jest to właśnie ten okres, w którym w ziemi może się rozwijać największa siła krystalizacyjna, największa siła formotwórcza w związku z substancjami mineralnymi. Jest to sam środek zimy. Czymś charakterystycznym dla wnętrza ziemi jest wówczas to, że z jednej strony w swoich mineralnych substancjach chce ono jak najmniej zależeć od samego siebie, a z drugiej strony pragnie wystawiać się na oddziaływanie kryształo­twórczych sił z dalekiego kosmosu.

Otóż owe mineralne substancje ziemi najbardziej pragną przybrać postać kryształ u w "gospodarce przyrody"właśnie w końcu stycznia. Im głębiej wchodzi się wówczas do wnętrza ziemi i, tym bardziej nasila się w niej pragnienie stania się czymś krystalicznie czystym, – przy czym w tym okresie rośliny nie przejawiają najmniejszego zainteresowania tym, co dzieje się z substancjami mineralnymi. Są one wtedy w najwyższym stopniu pozostawione samym sobie i równocześnie – w najmniejszym stopniu – wystawione są na oddziaływanie substancji mineralnych. Inaczej wygląda to krótko przed tym okresem, gdy minerały dopiero przygotowują się do wystawiania się na oddziaływanie sił kryształotwórczych z dalekiego kosmosu, – i krótko po tym okresie. Mają one wtedy dla roślin szczególne znaczenie, gdyż wypromieniowują siły niezwykle dla nich ważne. Wobec powyższego możemy powiedzieć tak: mniej więcej w listopadzie i aż do grudnia pojawia się [w ciągu roku] taka chwila, w której wszystko to, co znajduje się pod powierzchnią ziemi, szczególnie aktywnie oddziałuje na świat roślin. Ale w związku z tym wyłania się pytanie: Jak można to wykorzystać w u prawie roślin? Wkrótce zobaczymy, jak jest to ważne przy kierowaniu rozwojem rośliny.

Chciałbym tu od razu zwrócić uwagę na to, że gdy mamy do czynienia z glebą, która wskutek swojego składu może tylko z trudem wyprowadzać w górę to, co w zimie powinno właśnie działać w górę, wówczas dobrze jest wprowadzić do niej trochę gliny w odpowiednich dawkach, które podam Państwu później. W ten sposób przygotujemy glebę do transportowania w górę tego, co zrazu znajduje się jeszcze w jej wnętrzu, a właśnie tam działa wówczas owa kryształotwórcza siła, którą widzimy patrząc po prostu na krystalizujący się śnieg, – przy czym jej intensywność wzrasta im głębiej się wchodzi do wnętrza ziemi. W ten sposób przygotowujemy glebę do transportowania jej w górę, przy czym wówczas jeszcze nie osiągnęła ona swojego najwyższego stadium, swojego najwyższego natężenia, gdyż osiągnie to dopiero w styczniu, lutym. Teraz chodzi o to, żebyśmy mogli ją zastosować w obrębie procesów wegetacyjnych.

Widzą państwo, w ten sposób z tych na pozór odległych wyników naszych obserwacji wyłaniają się bardzo konkretne zalecenia, które mogą dopomóc rolnikowi, podczas gdy bez nich byłby skazany na ustawiczne eksperymentowanie. Musimy być zatem świadomi tego, że cały teren gospodarstwa rolnego wraz z wszystkim tym, co znajduje się pod powierzchnią gleby, jest pewnym rodzajem indywidualności, która ma swoje życie, – życie toczące się w czasie, – oraz że życie ziemi nasila się szczególnie w zimie, podczas gdy w lecie w pewien sposób zamiera.

Chodzi teraz o to, aby rozpoznać, co przy uprawie ziemi jest rzeczą najważniejszą. Otóż to, co jest tutaj najważniejsze polega na tym – wśród antropozofów mówiłem już o tym wielokrotnie – żeby wiedzieć w jakich warun­kach może kosmos oddziaływać swoimi siłami na element ziemski. Aby to lepiej zrozumieć, wyjdźmy od nasiona. Ludzie zazwyczaj postrzegają na­siono jako twór pod względem molekularnym niezwykle skomplikowany i również przykładają dużą wagę do tego, żeby je w ten sposób ujmować. Mówią tak: Molekuły posiadają pewną strukturę. Przy molekułach prostych jest ona również prosta, potem jednak komplikuje się coraz bardziej, aż w molekule białka osiąga niezwykle wysoki stopień skomplikowania. Ogarnia mnie zdumienie, gdy patrzę, jak ludzie wyobrażają sobie tą skomplikowaną strukturę białka w nasionie, gdyż wyobrażają ją sobie w ten sposób:

Mówią bowiem tak: jeżeli gdzieś występuje molekuła białka, to musi to być struktura niezmiernie skomplikowana, albowiem tylko z takiej bardzo skomplikowanej struktury może wyrosnąć nowy organizm. Ten nowy organizm musi również mieć strukturę bardzo skomplikowaną, ponieważ otrzymał już takie założenie w swoim stadium embrionalnym i wyobrażają sobie, że ta mikroskopijna lub hipermikroskopijna substancja musi być rów­nież zbudowana w sposób niezwykle skomplikowany. Do pewnego stopnia jest to prawda, gdyż struktura molekularna tworzącego się białka komplikuje się w najwyższym stopniu. Jednakże z tak bardzo skomplikowanej struktury nigdy nie mógłby wyłonić się nowy organizm – nigdy.

Rys. 3.

Organizm nie powstaje bowiem z nasiona w ten sposób, że to, co ukształtowało się jako nasiono i dalej rozwija się jako dziecię rośliny matki lub zwierzęcia matki, jest tylko ich kontynuacją. Tak nie jest. Natomiast jest tak, że gdy budowa [nasiona] zostanie doprowadzona do najwyższego stadium komplikacji, wówczas rozpada się ono i w końcu mamy w nim mały chaos. Zatem mamy mały chaos w tym, co w sferze ziemskiej zostało najpierw doprowadzone do najwyższego stadium komplikacji[15]. Wszystko to rozpada się, a można by było byłoby również powiedzieć: rozpada się w kosmiczny pył. A gdy już powstanie w nasionie mały chaos, wówczas na nie zaczyna oddziaływać cały otaczający kosmos i wytwarza w nim swój własny odcisk. Teraz kosmos z tego małego chaosu – ze wszystkich stron kosmosu – buduje to, co może w nim zbudować swoimi siłami. (Rys. 3) W ten sposób w nasionie dostajemy odbitkę kosmosu. Zawsze jest tak, że ziemski proces organizacyjny w nasionie doprowadzony zostaje do końca, to znaczy aż do chaosu, i również zawsze jest tak, że w tym chaosie powstaje z całego kosmosu nowy organizm. Stary organizm pragnie tylko doprowadzić nasiono do takiego układu w kosmosie – doprowadzić właśnie dzięki swojemu powinowactwu z tym układem – żeby z właści wych kierunków kosmosu mogły zadziałać właściwe siły, tak żeby z nasion ka mniszka, nie rozwinął się, na przykład berberys, lecz znowu mniszek.

To, co odciska się w roślinie, jest zawsze odbiciem określonej konstelacji kosmicznej i zostało zbudowane z kosmosu. A więc gdy chcemy, żeby kosmos zadziałał swoimi siłami w obrębie naszego ziemskiego świata, musimy najpierw element ziemski wpędzić w chaos (ins Chaos hineintreiben). Musimy go tak mocno wpędzić w chaos, jak jest to tylko możliwe. Wszę­dzie tam, gdzie chcemy, żeby zadziałał kosmos, musimy jak najsilniej element ziemski wpędzić w chaos. W świecie roślin, troszczy się już o to sama przyroda. Musimy koniecznie utrzymać w organizmie [rośliny] ów element kosmiczny i musimy go utrzymać w nim tak długo, aż znowu pojawi się w nim nasiono, gdyż każdy nowy organizm budowany jest – oczywiście – z kosmosu.

Załóżmy, że zasadziliśmy w ziemi nasiono jakiejś rośli ny. Mamy w nim odbicie, mamy odcisk całego kosmosu z określonego kierunku wszechświata. Teraz zaczyna w nim działać [określona] konstelacja i dzięki temu otrzymuje ono swoją określoną formę. Jednak równocześnie zaczyna na nie również mocno oddziaływać otoczenie ziemskie i jednocześnie również pragnienie rozrastania się we wszelkich możliwych kierunkach. To bowiem, co działa nad powierzchnią ziemi, bynajmniej nie jest zainteresowane tym, żeby zachowało ono formę, jaką otrzymało z kosmosu. Trzeba teraz koniecznie przeciwstawić się temu posuwaniu się w kierunku chaosu – jakkolwiek nasiono musimy (najpierw) prowadzić w tym kierunku. Dlatego, gdy wyłonią się z niego pierwsze pędy rośliny, musimy wprowadzać do nich element ziemski – przy czym działamy tu w kierunku przeciwnym do kierunku działania elementu kosmicznego, który żyje w nim jako forma rośliny. Musimy teraz roślinę w jej rośnięciu przybliżyć ziemi. Będziemy mogli to wykonać idko w ten sposób, że do jej życia wprowadzimy to życie, które już znajduje się na ziemi i które nie doszło jeszcze do stadium wytwarzania nasion – a więc nie pogrążyło się jeszcze w całkowitym chaosie, lecz zatrzymało się na stopniu tworzenia organizmu rośliny. Tutaj bardzo człowiekowi pomaga naturalna humifikacja, którą przyroda wytwarza na pewnych szczególnie pod tym względem uprzywilejowanych terenach. Człowiek bowiem może tylko w ograniczonym stopniu zastąpić przyrodę pod tym względem.

Rys. 4.

Ale na czym właściwie polega humifikacja? Otóż polega ona na tym, że procesy natury przyjmują to, co dostarcza im życie roślinne. Jest to element roślinny, który nie doszedł jeszcze do stadium chaosu i który w pewien sposób odpiera od siebie element kosmiczny. Jeśli teraz wykorzystamy to w rozwoju rośliny, to trwale zatrzymamy w niej element ziemski, a element kosmiczny działać [w niej] będzie tylko w tym prądzie, który wznosi się w górę aż do nasiona. Element ziemski działać będzie wówczas [w roślinie] w rozwoju liści, kwiatów i itd., natomiast element kosmiczny będzie tylko wpromieniowywał w to wszystko swoje siły. Można to dokładnie obserwować.

Załóżmy, że mamy roślinę, która wyrasta z korzenia. Na końcu łodygi powstają nasionka. Rozwijają się liście i kwiaty. A teraz popatrzcie państwo: w jej liściach i kwiatach elementem ziemskim jest to, co jest ich formą (Gestaltung) oraz to, co wypełnia tę formę jako materia ziemska, tak, że przyczyna – dlaczego liść względnie nasiono nabiera wagi – tkwi w tym, co doprowadzamy do rośliny jako element ziemski, jako element, który nie doszedł jeszcze do stadium chaosu.

Natomiast nasiono całą swoją siłę rozwija przez łodygę, ale w kierunku wertykalnym, a nie w tym kierunku, w którym rosną liście. Można to bezpośrednio obserwować.

Przyjrzyjcie się Państwo zielonym liściom rośliny (Rys. 5) Element ziemski noszą one w swojej formie, to znaczy w swojej grubości, w zielonej barwie. Jednakże liście nie byłyby zielone, gdyby nie żyła w nich również kosmiczna siła Słońca. Przyjrzyjcie się jej barwnym kwiatom. Tutaj działa nie tylko kosmiczna siła Słońca, lecz również jest obecne owo wsparcie, które kosmiczną siła Słońca otrzymuje od "planet zewnętrznych" (Marsa. Jowisza i Saturna). Gdy pod tym kątem będziecie obserwować rośliny, wówczas zobaczycie siłę Marsa w czerwonej barwie róży.

Rys. 5.

Albo popatrzcie państwo na żółte kwiaty słonecznika. Roślina ta nie całkiem słusznie została nazywana słonecznikiem. Została ona tak nazwana tylko ze względu na [słoneczną] formę swoich kwiatów. Natomiast ze względu na ich żółtą barwę należałoby nazwać ją jowisznikiem, a to dlatego, że żółtą i białą barwę wytwarza w kwiatach siła Jowisza, która wspiera tutaj kosmiczną siłę Słońca. Zaś w niebieskawej barwie kwiatów cykorii powinniśmy widzieć wyraz obecności siły Saturna, która wspiera tutaj siłę Słońca. Zatem w czerwonej barwie kwiatów powinniśmy widzieć siłę Mar­sa; w żółtej i białej barwie kwiatów powinniśmy widzieć siłę Jowisza; w niebieskiej barwie kwiatów powinniśmy widzieć siłę Saturna, a znowu w barwie zielonej liści powinniśmy widzieć siłę samego Słońca.

Jednakże to, co objawia się w barwach kwiatów, działa również jako siła ze szczególną mocą w korzeniu rośliny. Jest tak dlatego, że w glebie działają te same siły, które żyją i rozwijają się w "planetach zewnętrznych". Zatem musimy powiedzieć: Kiedy roślinę wyrywamy z ziemi, to mamy w niej – idąc od dołu – najpierw korzeń, a w nim mamy element kosmiczny. Na­stępnie w kwiatach mamy najwięcej elementu ziemskiego, zaś element kosmiczny mamy tam tylko w ich subtelnych, zróżnicowanych barwach.

Otóż, gdyby element ziemski miał żyć w korzeniu rośliny, gdyby miał w nim żyć intensywnie, to znalazłoby to wyraz w jego formie, gdyż roślina swoją formę otrzymuje od tego, co może się rozwinąć w sferze ziemskiej. “Ziemskim"jest to, co rozprzestrzenia formę. Gdy korzeń rozdziela się, gdy rozgałęzia się, wówczas taka cecha wskazuje na to, że w roślinie element ziemski działa w dół, że działa w dół tak, jak element kosmiczny w barwie działa do góry. Dlatego korzeniami kosmicznymi są te korzenie, które posiadają formę jednolitą, zwartą. A więc rozgałęzione korzenie wskazują zawsze na wnikanie elementu ziemskiego do gleby, zaś barwy kwiatów wskazują na wnikanie elementu kosmicznego, a pośrodku mamy element słoneczny. Element słoneczny działa przede wszystkim w zielonych liściach, i działa we wzajemnym oddziaływaniu na siebie kwiatów i korzeni wraz z wszystkim tym, co znajduje się pomiędzy nimi. A więc słonecznością jest tutaj właściwie to, co przyporządkowane jest samej glebie jako owa "przepona", podczas gdy kosmiczność przyporządkowana jest wnętrzu ziemi i [stamtąd] oddziałuje na górną część rośliny. Element ziemski działa nad glebą i działa również w dół, przy czym ściągany jest w dół do rośliny z pomocą wap­niowości. Przyjrzyjcie się roślinom, u których wapniowość bardzo mocno ściąga ów element ziemski aż do korzeni. Są to rośliny, które swoje korzenie wypuszczają na wszystkie strony niczym gałęzie, mniej więcej tak, jak to robią nasze poczciwe rośliny pastewne, ale nie buraki: tak jak np. czyni to esparceta [onobrychis]. Wobec tego możemy powiedzieć tak: żeby zrozumieć roślinę, trzeba dobrze przyjrzeć się jej formie i barwie jej kwiatów. Chodzi o to, żeby zobaczyć, jak dalece działa w niej element kosmiczny i jak dalece działa w niej element ziemski.

Załóżmy, że z pomocą jakiegoś środka uda nam się w znacznym stopniu zatrzymać w roślinie element kosmiczny. Wówczas nie będzie się on objawiał szczególnie w kwiatach, lecz będzie działał głównie w części łodygowej. W czym jednak żyje w roślinie element kosmiczny? Otóż żyje w elemencie krzemowym. Przyjrzyjcie się skrzypowi. Posiada on tę szcze­gólną właściwość, że przyciąga do siebie kosmiczność i zarazem nasyca się krzemowością. Posiada on w sobie aż do 90 procent kwasów krzemowych. W skrzypie element kosmiczny, że tak powiem, dominuje, ale nie przejawia się w kwiatach, lecz w rejonie niższym. Popatrzmy teraz na coś innego.

Przyjmijmy, że w korzeniowości rośliny chcemy zatrzymać to, co po­ przez łodygę chce przedostać się do góry, do liści. Nieprawdaż, dla dzisiej­szej ziemskiej epoki coś takiego nie ma już tak dużego znaczenia jak dawniej, a to dlatego, że utrwaliliśmy już gatunki naszych roślin przez różnego rodzaju zabiegi. Dawno temu było jednak inaczej, gdyż można było jeszcze dość łatwo przemieniać jedne rośliny w inne. Wtedy miało to bardzo duże znaczenie. A le jeszcze dzisiaj odgrywa to pewną rolę, zwłaszcza wtedy, gdy musimy poszukiwać optymalnych warunków do u prawy określonych roślin.

Na co więc powinniśmy dzisiaj zwracać uwagę i jak powinniśmy postępować z rośliną, gdy chcemy, żeby owa kosmiczna siła nie przechodziła w niej ustawicznie do kwiatów i owoców, lecz pozostała w dole, tak żeby można było siłę łodygo-twórczą i liścio-twórczą do pewnego stopnia zatrzymać w korzeniu? Co musi my tutaj przedsięwziąć? Otóż taką roślinę musimy dać do gleby piaszczystej, krzemowej, a to dlatego, że w takiej glebie odbywa się wręcz wychwytywanie sił kosmicznych. Dlatego chcąc siłę kwiato-twórczą zatrzymać w dole, na przykład w ziemniakach, musimy umieścić ziemniaki w glebie piaszczystej, gdyż w przeciwnym razie nie zatrzymamy jej w ziemniakach. Ziemniak jest bowiem kłączem i tutaj liścio-twórcza i kwiato-twórcza siła zostaje zatrzymana w samym ziemniaku. Ziemniak nie jest korzeniem, lecz zatrzymaną w rozwoju łodygą.

Z wszystkiego tego wynika, że o całej roślinnej wegetacji można powiedzieć coś sensownego dopiero wtedy, gdy się wie, co jest w niej kosmiczne, a co ziemskie, – gdy się wie, jak przy wykorzystaniu różnych właściwości gleby można ją skłonić do zagęszczania elementu kosmicznego, tak żeby można go było zatrzymać bardziej w korzeniach i liściach. A następnie, gdy się wie, jak element kosmiczny można rozcieńczyć, tak żeby w tym rozcieńczonym stanie został wessany do kwiatów, żeby je zabarwił lub żeby wniknął aż do owoców i przeniknął je swoim subtelnym smakiem. Na przykład, kiedy spożywacie śliwkę lub morelę powinniście być świadomi tego, że zarówno ich subtelny smak, jak i barwa ich kwiatów są wyrazem elementu kosm icznego, który wzniósł się tutaj aż do samego owocu, który wniknął aż do samego owocu. W jabłku spożywacie w rzeczywistości [siłę] Jowisza; w śliwce spożywacie w rzeczy wistości [siłę] Saturna. Gdyby ludzkość ze swoją dzisiejszą mądrością postawiona została przed koniecznością wyhodowania owej różnorodności gatunków owoców, które posiadamy dzisiaj – to znaczy wyhodowania ich z tych niewielu roślin, które istniały na ziemi w praczasach – zapewne niewiele mogłaby na tym polu osiągnąć. Zaprawdę, ludzkość niewiele mogłaby osiągnąć na tym polu, gdyby dzisiejsze owoce nie były już form­ami odziedziczonymi, gdyby nie powstały one w owym czasie, gdy ludzie, dzięki instynktownej pramądrości, wiedzieli jeszcze coś o tych sprawach, to znaczy o uszlachetnianiu gatunków prymitywnych, które tutaj kiedyś były. Zatem gdyby ludzie nie mieli już tych wszystkich gatunków owoców [które obecnie mają] i gdyby ich ustawicznie nie rozmnażali, przenosząc cechy przodków na potomków, wówczas zapewne niewiele mogliby na tym polu osiągnąć, to znaczy gdyby jeszcze raz musieli to wszystko powtórzyć ze swoją dzisiejszą mądrością. Dzisiaj ludzie przeprowadzają wszystko na drodze eksperymentowania, nie wnikając racjonalnie w to, co stanowi samą istotę tego procesu. Jest to jednak podstawowy warunek, który musi zostać spełniony, jeśli chcemy to dalej rozwijać na ziemi.

Jest coś trafnego w tym, co powiedział nasz przyjaciel Stegmann. Mianowicie powiedział on, że dzisiaj daje się zauważyć pogorszenie się jakości naszej żywności. Otóż to pogorszenie się – możecie te słowa przyjąć jak chcecie – podobnie jak i przemiany, które dokonują się obecnie w duszy ludzkiej, związane są z upływem kali jugi[16] we wszechświecie w ostatnich dziesięcioleciach oraz w tych dziesięcioleciach, które nadchodzą. Stoimy dzisiaj przed wielką przemianą wnętrza natury. Swoje znaczenie traci dzisiaj to, co przeszło do nas z dawnych epok i co nieustannie pokazywaliśmy z pokolenia na pokolenie. Dotyczy to zarówno naszych naturalnych uzdolnień, naturalnie odziedziczonych umiejętności i tym podobnych rzeczy, ale również przejętych środków leczniczych. Musimy obecnie po to zdobywać nowe umiejętności, żebyśmy mogli zrozumieć naturalne powiązania i zależności między tymi rzeczami. Ludzkość nie ma jednak dzisiaj innego wyboru, jak tylko ten, że albo nauczy się znowu czegoś z obserwacji wszystkich procesów zachodzących w przyrodzie i kosmosie, albo tę przyrodę, a wraz z nią również życie ludzkie, doprowadzi do uwiądu i degeneracji. Podobnie jak niegdyś ludzie z konieczności musieli posiadać pewne umiejętności (Kenntnisse), dzięki którym mogli rzeczywiście wnikać w duchowe podłoże przyrody, tak muszą je posiadać także dzisiaj. Dzisiaj ludzie potrzebują zno­wu tych umiejętności – potrzebują znowu tej wiedzy.

Człowiek współczesny właściwie bardzo niewiele wie o tym, jak zachowuje się powietrze we wnętrzu ziemi – mówiłem już o tej sprawie – a już niemal nic nie wie o tym, jak zachowuje się tam światło. Na przykład nie wie, że krzem jest tym minerałem kosmicznym, który przekazuje światło do ziem i i następnie doprowadza je do uaktywnienia się w ziemi. Nie wie on także tego, że to, co znajduje się tak bardzo blisko elementu ziemsko żywego, czyli próchnica, nie przyjmuje światła i nie doprowadza światła do uaktywnienia się w ziemi i dlatego wytwarza aktywność afotoniczną (lichtloses Wirken). Są to jednak rzeczy, o których trzeba wiedzieć i które należy dogłębnie poznać.

Jednakże na ziemi mamy nie tylko rośliny, ale jeszcze coś więcej, mianowicie do określonego obszaru ziemi należą również określone zwierzęta. Człowieka możemy tutaj pominąć z powodów, o których będziemy jeszcze mówić. Nie możemy jednak pominąć zwierząt. W przyrodzie dokonuje się bowiem coś niezwykle osobliwego. Otóż przyroda w najlepszy, kosmiczny, jakościowy sposób bada i analizuje samą siebie – jeżeli mogę to tak określić[17]. Proces ten dokonuje się we współżyciu zwierząt żyjących na jakimś określonym obszarze ziemi z jego roślinnością. Zachodzi tu tego rodzaju osobliwe zjawisko, że gdy w jakimś gospodarstwie rolnym mamy odpowiednią proporcję krów, koni i innych zwierząt, wówczas wszystkie te zwierzęta dają razem akurat tyle obornika, ile musi go tam być, żeby można było prowadzić gospodarkę rolną, to znaczy tyle, żeby można było jeszcze coś dołożyć do tego, co osiągnęło stadium chaosu. Byłbym bardzo rad, gdyby te rzeczy zostały poddane badaniu, ponieważ takie badanie powinno to potwierdzić. Dlatego gdy mamy właściwą proporcję koni, krów i świń, to w mieszaninie pochodzącego od nich obornika zachowane zostają również właściwe proporcje. Wiąże się to z tym, że zwierzęta zjadają właściwą ilość tego, co wychodzi im naprzeciw z rosnących tam roślin, albowiem zwierzęta zawsze zjadają właściwą ilość tego, co może dać ziemia w roślinach. Z tego powodu rozwijają również w toku swoich procesów organicznych taką ilość obornika, jaka jest niezbędna, aby oddać to znowu ziemi. W sytuacji, gdyby obornik trzeba by było koniecznie sprowadzić do gospodarstwa rolnego z zewnątrz, wówczas taki obornik należałoby traktować i stosować tylko jako środek leczniczy przeznaczony dla jego chorej gospodarki. Wprawdzie nie można tego przeprowadzić w całej pełni, ale jednak odpowiada to modelowi zdrowego, idealnego gospodarstwa. Gospodarstwo rolne może być bowiem zdrowe tylko w takim stopniu, w jakim może się zaopatrywać w obornik od własnych zwierząt. Naturalnie, wymaga to rozwinięcia właściwych badań, które powinny najpierw określić ile zwierząt i jakich zwierząt potrzebuje określone gospodarstwo rolne. Okaże się to jednak dopiero wtedy, gdy najpierw dowiemy się, jakie to wewnętrzne siły tutaj działają.

Otóż to, co powiedzieliśmy tu o bytowaniu owego "brzucha"[gospodarstwa rolnego] nad powierzchnią ziemi oraz [jego] "głowy"pod powierzchnią ziemi, naturalnie, należy połączyć ze zrozumieniem zwierzęcego organizmu – organizmu związanego z gospodarką całej otaczającej go przyrody. Jest on z nią tak bardzo związany, że w odniesieniu do swojej formy i barwy, a również w odniesieniu do struktury i konsystencji swojej substancji – idąc od przodu do tyłu, czyli tutaj od głowy (von der Schnauze) do serca, – ma w sobie siły (Wirkungen) Saturna, Jowisza i Marsa. W sercu ma siły Słońca, natomiast z tyłu za sercem, w kierunku ogona, ma siły Wenus, Merkurego i Księżyca (Rys. 6). Ci, których interesują te tajemnicze sprawy, powinni w przyszłości prowadzić badania mające za podstawę obserwację formy zwierzęcego organizmu.

Jest to bardzo ważne, żeby można było rozwijać właśnie taki rodzaj badania, które opiera się na wnikliwej obserwacji formy zwierzęcego or­ganizmu. Wybierzcie się do muzeum [przyrodniczego] i przyjrzyjcie się tam szkieletowi jakiegokolwiek ssaka, ale idźcie tam ze świadomością, że w formie głowy przejawia się przede wszystkim promieniowanie Słońca, że widać w niej, jak owe bezpośrednio promieniujące siły słoneczne wpływają do pyska. Głowa zwierzęcia oraz to, co się z nią bezpośrednio łączy, formuje się stosownie do tego, jak zwierzę wystawia się na Słońce – np. lew wystawia się na Słońce inaczej niż koń – a także stosownie do innych czynników, które będziemy tu jeszcze omawiać. Zatem w przedniej części zwierzęcego organizmu mamy do czynienia z bezpośrednim promieniowaniem Słońca i to właśnie z nim związany jest proces formowania się zwierzęcej głowy.

Rys. 6. Napis na rysunku: Przód zwierzęcia

Weźcie teraz pod uwagę, że światło słoneczne może wnikać do otoczenia ziemi jeszcze w ten sposób, że zostaje odbite od Księżyca. W takim odbitym świetle nie mamy już do czynienia z [bezpośrednim] światłem słonecznym, lecz ze światłem słonecznym odbitym od Księżyca. Otóż odbite od Księżyca światło słoneczne nie przejawia żadnej aktywności wtedy, gdy świeci na głowę zwierzęcia. Tutaj nie podejmuje ono żadnego działania. Dotyczy to mianowicie życia embrionalnego[18]. Natomiast takie działanie podejmuje ono wtedy, gdy pada na tylną część zwierzęcego organizmu. Przyjrzyjcie się tylnej części szkieletu jakiegoś zwierzęcia oraz porównajcie ją z głową. Starajcie się przy tym jak najgłębiej odczuć szczególne przeciwieństwo tych dwóch form. Starajcie się odczuć formy, które tutaj występują, mianowicie jak osadzają się kości udowe, jak zostało ukształtowane ujście systemu trawiennego, w przeciwieństwie do tego, co powstało po drugiej stronie jako przeciwny biegun głowy, a wówczas dostrzeżecie w "przodzie zwierzęcia"i "tyle zwierzęcia"przeciwieństwo Słońca i Księżyca. Idąc zaś dalej zauważycie, że siły słoneczne dochodzą aż do serca i zatrzymują się przed nim. Zauważycie, że Mars, Jowisz i Saturn wywierają wpływ na głowę i krew zwierzęcia i zauważycie, że Wenus i Merkury swoimi siłami wspierają kosmiczną siłę Księżyca – idąc od serca ku tyłowi. Zatem gdy szkielet zwierzęcia ustawicie sobie ten sposób, że będzie głowę pochylać ku ziemi, i przeciwną, zadnią stronę będzie wystawiać do góry, to będzie to taki układ, który w sposób niewidoczny posiada również indywidualny organizm gospodarstwa rolnego.

W ten sposób – wychodząc z formy organizmu zwierzęcego – moż­na znaleźć powiązanie między tym, co np. dostarcza zwierzę pod postacią obornika, i tym, czego potrzebuje gleba, której rośliny ono zjada. Oczywiście, musicie wiedzieć, że do góry należy prowadzić te siły kosmiczne, które wnikają do rośliny z głębi ziemi, a które w życiu rośliny odgrywają niezwykle ważną rolę. Gdy rośliny będą mieć dużo takich sił, wówczas od­żywiające się nimi zwierzęta będą dawać obornik, który będzie korzystnie wpływać na glebę, z której one wyrosły.

Widzą państwo, gdy rzeczy te będziemy badać pod względem ich formy, dojdziemy do tego wszystkiego, czego potrzebuje ta indywidualność, jaką jest gospodarstwo rolne. Tyle, że do takiego gospodarstwa musimy również zaliczyć zwierzęta.

 

 

 

Wprowadzenie do 3 wykładu

 

Aby ułatwić czytelnikowi zrozumienie niniejszego wykładu, chciałbym go poprzedzić krótkim wstępem. Otóż w dotychczasowych niemieckich wydaniach Kursu Rolniczego za ostatnim ósmym wykładem z 16 czerwca pojawiało się w kolejności przemówienie R. Steinera datowane na 11 czerwca 1924. Przemówienie to w gruncie rzeczy jest jednak wykładem – wykła­dem w całym znaczeniu tego słowa, tyle że nieco krótszym od innych wy­kładów. Treścią jego są ogólne wytyczne oraz warunki niezbędne dla wcielenia w życie propozycji hrabiego Keyserlingk’a. Chodziło o to, że hrabia Keyserlingk zwrócił się do Steinera z propozycją, żeby zalecenia z Kursu Rolniczego najpierw wypróbować w doborowym zespole fachowców, który należało jeszcze powołać do życia. Należało bowiem najpierw zebrać do­wody potwierdzające trafność impulsu biologiczno-dynamicznego, zanim wyjdzie się z nim do szerokiej społeczności rolników. Następnie R. Steiner mówił o współpracy owego zespołu z przyrodoznawczą sekcją, która dzia­ła przy Goetheanum w Dornach, – a kiedy kończył przemawiać, zwrócił uwagę na doniosłe znaczenie drobnych gospodarstw rolnych.

Prócz tego uważny czytelnik zauważy jeszcze, że wykład ten R. Steiner wygłosił w środę 11 czerwca, zatem nie wygłosił go na końcu kursu. Ostatni wykład odbył się bowiem 16 czerwca 1924. Właściwie należałoby go umiejscowić środku Kursu Rolniczego i dlatego w niniejszym wydaniu następuje on w kolejności jako wykład trzeci, gdzie też w gruncie rzeczy jest jego właściwe miejsce. Nadto R. Steiner wygłosił go rano jako pierwszy wykład tego dnia i tylko w tym jednym dniu wygłosił dwa wykłady bezpośrednio związane z ramówką kursową. Dlatego organicznie wiąże się on z wtorkowym wykładem, czyli (w obecnym wydaniu) drug m z 10 czerwca 1924. Musimy tu także uwzględnić, że właśnie odpowiada to środzie – gdyż środa jest dniem Merkurego, a tym samym archanioła Rafaela – że jednocześnie w jednym dniu dały o sobie znać dwa impulsy duchowe. Z jednej strony impuls ukierunkowany na praktykę, na praktyczną realizację, a z drugiej strony impuls związany ze światem myśli, że światem idei, czyli światem obdarzającym człowieka ogółem wiedzy dla jego praktycznej dzia­łalności na ziemi (GA 287, 19.X.1914). Właśnie to zaniedbanie chcieliśmy w niniejszym drugim wydaniu odrobić i dlatego Kurs Rolniczy zaokrągliliśmy do dziewięciu wykładów, a to znaczy, że teraz przedstawiliśmy go w całości[19].

W drugim, środowym wykładzie R. Steiner mówił o znaczenie azotu o powstawaniu białka, wskazał na to, że substancje [azot, węgiel, tlen itd.] są nośnikami sił istot duchowych i tłumaczył, czym właściwie jest tworzenie się chaosu w nasieniu. A ponieważ był to w kolejności czwarty wykład, przeto Kurs Rolniczy w rzeczywistości składa się z dziewięciu wykładów. W ich środku, czyli w wykładzie piątym z 12 czerwca, Rudolf Steiner tłumaczył, czym w gruncie rzeczy jest odżywianie; mówił, że nawożenie jest ożywianiem gleby i przedstawił dwa ważne preparaty, mianowicie preparat krowieńcowy i krzemowy. Po wykładzie piątym słuchacze po raz pierwszy zadawali R.Steinerowi pytania i ogółem zadali mu 35 pytań.

Dzięki temu, że w obecnym wydaniu Kursu Rolniczego pod datą 11 czerwca znajdują się dwa wykłady, można lepiej poczuć i lepiej uchwycić jego myśl przewodnią, jego myślową budowę i wewnętrzną architekturę. Chciałbym także powiedzieć, że Kurs Rolniczy Rudolfa Steinera jest właściwie pod każdym względem dziełem wybitnym. Przede wszystkim, dlatego jest on dziełem wybitnym, że został ukształtowany podług praw kosmicznych – stąd każdy kolejny wykład wyłania się z poprzedniego wykładu w podobny sposób, jak rozwijają się organy w żywym organizmie rośliny. wszystko to sprawia, że w jego treści i w jego metodzie wyczuwamy i przeżywamy wielką, kosmiczną mądrość.

D. J. Dürich

 

 

 

Wykład 3

Koberwitz 11 czerwca 1924

 

Bardzo się cieszę, że oto zawiązała inicjatywa, z którą wystąpił hrabia Keyserlingk. Cieszy mnie również, że inicjatywa ta rozszerzyła się, gdyż przyłączyli się do niej następni rolnicy, którzy po raz pierwszy uczestniczyli w takim zebraniu. Jeśli chodzi o kolejność zdarzeń związanych z jej powstaniem, to przedstawia się ona następująco. Najpierw pan hrabia Stegemann – przychylając się do wielu próśb – zgodził się udostępnić coś z treści rozmów, jakie przez kilka ostatnich lat prowadził ze mną.

Rozmawialiśmy o różnych metodach produkcji rolnej, które potem pan Stegemann wszech­stronnie i w sposób godny podziwu wypróbowywał w swoim gospodar­stwie. Z tego następnie wyniknęła dyskusja między panem Stegemann'em i naszym czcigodnym hrabią Keyserlingk 'iem. Dyskusja ta doprowadziła do tego, że najpierw odbyła się rozmowa, a następnie została podjęta rezolucja, którą właśnie dzisiaj odczytano, i która z kolei doprowadziła do tego, że oto teraz zebraliśmy się tutaj ponownie.

Rzeczywiście radość budzi to, że oto kil k unastu doświadczonych rolników zdecydowało się zawiązać kolektyw, by wypróbować zalecenia i wskazówki podane w tym kursie, przy czym na razie mogły to być tylko ogólne wskazówki. Chodzi o to, żeby potwierdzić ich zasadność oraz pokazać rolnikom, jak można je z pożytkiem wykorzystać w praktyce rolniczej. Jednakże jest również konieczne, żebyśmy dzisiaj, czyli w momencie, w którym sprawa wzięła tak pozytywny obrót, byli świadomi tego, że w tej sprawie powinniśmy także wykorzystać wszystkie te doświadczenia, jakie zgromadziliśmy w ruchu antropozoficzny m na konkretnych obszarach praktycznego życia. Mianowicie powinniśmy uniknąć błędów, jakie wystąpiły w naszym ruchu antropozoficznym wówczas, kiedy zaczęl iśmy przechodzić od działalności, że tak powiem, centralnej, do działalności peryferyjnej, czyli do wprowadzania w różne dziedziny życia tego, czym powinna i czym może być antropozofia. Otóż w związku z zadaniami, jakie stanęły teraz przed Wami, zapewne zainteresuje Was to, czego doświadczyliśmy i czego nauczyliśmy się podczas wprowadzania antropozofii do ogól nej nauki.

Widzą państwo, jeśli chodzi o wprowadzanie antropozofii do ogólnej nauk i, to dotychczas sprawa ta przedstawiała się tak, że po jednej stronie stali antropozofowie, którzy na swój sposób i z wewnętrznym oddaniem zajmowali się sprawami centralno-antropozoficznymi[20], a po drugiej stronie stali znowu ci antropozofowie, którzy antropozofię chcieli wcielać w poszczególne dziedziny życia i działali bardziej na jej peryferiach. Z reguły te dwie grupy nie darzyły się wzajemnie pełnym zrozumieniem. Doświadczyliśmy tego pod dostatkiem zwłaszcza w związku ze współpracą z naszymi instytutami naukowymi. Zatem po jednej stronie mieliśmy antropozofów, którzy wyżywali się w sprawach, że tak powiem, centralno – antopozoficznych, jako w swoim światopoglądzie. Ludzie ci kochają antropozofię, uczy­nili ją oni treścią swojego życia i teraz niosą ją przez świat z całym swoim intensywnym życiem wewnętrznym.

Jednakże z reguły, ale nie zawsze, wyobrażają sobie, że mogą zrobić coś pożytecznego, coś wielkiego, jeśli tu lub tam pozyskają kogoś dla antropozofii.

Gdy działają oni na zewnątrz, wówczas przede wszystkim chcą dla antropozofii pozyskiwać nowych ludzi i wyobrażają sobie, że muszą się oni dać pozyskać dla antropozofii – darujcie mi to wyrażenie – od głowy do stóp (init Haupt und Haar). Na przykład, jeśli dajmy na to jakiś profesor uniwersytetu został członkiem koła antropozoficznego o kierunku przyro­doznawczym, wówczas chcą oni, żeby działał on w nim tak, jak zazwyczaj działa on w zakładzie naukowym, w którym pracuje. Ludzie ci w swojej dobroduszności wyobrażają sobie, że w ten sposób można również dla antropozofii pozyskać rolnika, to znaczy pozyskać go od stóp do głowy wraz z jego ziemią i wszystkim tym, co się z tym wiąże, a więc także z tym, co wprowadza on w świat jako swoje produkty. Wyobrażają sobie oni, że wszystko to, tak po prostu, z dziś na jutro, można przestawić na metody antropozoficzne. Tak sądzą owi dobroduszni "centralni"antropozofowie. Rzecz jasna – mijają się oni z prawdą. A nawet jeśli wielu z nich mówi, że są moimi wiernymi zwolennikami, to najczęściej wygląda to tak, że wprawdzie są oni nimi w swojej dobroduszności, lecz niestety mimo uszu puszcza­ ją to, co im muszę mówić w ważnych momentach. Jakoś nie słyszą oni, że na przykład mówię: naprawdę człowiekiem naiwnym jest ten, kto wyobraża sobie, że można od razu dla antropozofii pozyskać profesora lub kogoś podobnego. Jest to niemożliwe. Człowiek taki musiałby wówczas zerwać ze swoją 20 – 30 letnią przeszłością, a do tego jeszcze musiałby za sobą wykopać przepaść. Dlatego do takich rzeczy należy podchodzić realistycznie.

Wielu antropozofów uważa, że w życiu najważniejszą rzeczą jest myślenie [to znaczy takie myślenie, jakie cechuje dzisiejszą naukę][21]. Jednak w życiu nie wszystko zależy tylko od takiego oni z błędnego założenia i wyobrażają sobie, że mogą tutaj postępować w taki sam sposób, jak się to robi w dzisiejszej nauce o orientacji materialistycznej. Na przykład na polu medycyny działa w naszym ruchu grupa sympatycznych antropozofów, którzy wyobrazili sobie, że również w medycynie antropozoficznej należy trzymać schematów, jakie dotychczas panowały w medycynie zdominowanej przez materialistyczny sposób myślenia. Pod tym względem pani dr Wegman stanowi prawdziwy wyjątek – ona bowiem tylko dostrzegła ową konieczność wewnątrz naszego Towarzystwa.

A co jest znamienne dla naszego stanowiska? – O co nam chodzi? Otóż nie chodzi nam tak bardzo o szerzenie spraw centralno-antropozoficznych [to znaczy, nie chodzi w nam o szerzenie impulsu antropozoficznego w świecie przez zawężanie się na sprawach centralno-antropozoficznych, uw. tłum.], lecz o wcielanie antropozofii w poszczególne dziedziny życia [medycyna, przyrodoznawstwo, pedagogika, sztuka, technika itd.]. Jed­nakże wówczas antropozofowie [to znaczy ci antropozofowie, którzy wy­obrażają sobie, że tutaj można postępować w taki sam sposób, jak się to robi w dzisiejszej materialistycznej nauce powiadają: "Ale przecież my to także czyniliśmy i pod tym względem jesteśmy fachowcami; możemy to również osiągnąć z zastosowaniem naszych metod, a niewątpliwie znamy się na tym". Jed nak to, co oni w ten sposób realizują, zaprzecza temu, do czego doszliśmy za pomocą naszych metod [tzn. metod, które mają za swoją podstawę obserwację żywej rzeczywistości]. Mówią oni wtedy, że my postępujemy niewłaściwie. A kiedy w naszej pracy naukowej postępujemy dokładnie w ten sam sposób, jak czynią to naukowcy, wówczas on i powia­dają, że mogliby to lepiej zrobić. Niewątpliwie, w tym wypadku nie można zaprzeczyć, że mogliby to lepiej zrobić już z tego powodu, że ostatnio w nauce metody pożarły naukę. Poszczególne dyscypliny nauki mają metody, lecz już nie wnikają one w samą istotę badanych przedmiotów. Niejako zostały wyjałowione przez swoje metody, tak, że wprawdzie można dzisiaj prowadzić różne badania, lecz w tym nie ma już niczego głębszego. Ale zauważyliśmy także, że znowu ci naukowcy, którzy jako naukowcy akademiccy ze wzorową dokładnością trzymają się swoich metod, oczywiście bardzo się oburzyli się, gdy antropozofowie w swoich referatach powiedzieli, że w pierwszej części swoich badań zastosowali te same metody, jakie oni stosują, a więc, że w pierwszej części swoich badań właściwie nie czynili oni niczego innego, tylko zastosowali te same metody. I co się wówczas okazało? Okazało się, że najpierw oburzali się oni, albowiem usłyszeli, że oto ktoś inaczej mówi o rzeczach, o których oni mieli swoje własne, utarte wyobrażenia.

Ale zauważyliśmy jeszcze coś innego, co także jest ważne. Miano wicie zauważyliśmy, że ci, którzy się na nas tak bardzo oburzyli, że nawet zaczęli mówić: "Co to wszystko m a znaczyć? (…) "Ci pseudouczeni chcą do naszej nauki wprowadzać jakieś rozważania pseudonaukowe!", – zmienili trochę swoje nastawienie, gdy nasi naukowcy w drugiej części swoich referatów przeszli do czegoś żywego, czego nie można osiągnąć za pomocą starych materialistycznych metod, a co wzięli z metody antropozoficznej. Mianowicie zaczęli uważniej przyglądać się całej sprawie i nawet zaciekawili się. Chcieli dowiedzieć się czegoś więcej, a nawet zaczął się w nich budzić pewien entuzjazm. Otóż ludzie ci w gruncie rzeczy chcieli antropozofii, lecz nie mogli ścierpieć – a nawet słusznie, jak to sam przyznałem – owej mętnej mikstury sklejonej z antropozofii i materialistycznej nauki. W ten sposób nie można bowiem badań posunąć naprzód.

Dlatego z uznaniem witam dzisiaj inicjatywę hrabiego Keyserlingk’a. Cieszy mnie, że grupa doświadczonych rolników chce razem pracować na fundamencie założonym w Dornach przez Sekcję Przyrodoznawczą. Otóż zarówno sekcja przyrodoznawcza, jak i to, co teraz staje przed nami, po­ wstały za sprawą Zjazdu Bożonarodzeniowego. Zatem z Dornach będzie wychodziło to, co powinno z niego wychodzić. Znajdziemy w tym zarówno najdokładniejszą metodykę badań naukowych, jak i praktyczne wskazówki, jakie wypływają z samej antropozofii. Tylko naturalnie nie mogę się zgodzić z tym, co powiedział hrabia Keyserlingk, mianowicie, że wspomniana grupa rolników ma być tylko organem wykonawczym. Przekonacie się Państwo, że z Dornach wychodzi pewien rodzaj informacji i zaleceń, które od każdego współpracownika wymagają, żeby na swoim stanowisku pracy był współpracownikiem w pełnym znaczeniu tego słowa, jeśli chce rzeczywiście z nami współpracować. Nawet podstawowe dane do naszych pierwszych dornachijskich badań – będzie to można wyraźnie zobaczyć już na końcu niniejszych wykładów, gdy przedstawię pierwsze zalecenia – będziemy musieli najpierw otrzymać od Państwa. Musimy pracować w ten sposób. Dopiero po otrzymaniu od Państwa odpowiedzi na nasze zalecenia i po uwzględnieniu wynikających z nich wniosków, będziemy mogli cokolwiek z tym zrobić. Zatem już od samego początku potrzebujemy współ pracowników samodzielnych, najbardziej samodzielnych, a nie organu wykonawczego, – gdyż popatrzcie Państwo, że wspomnę tylko o jednej rzeczy: gospodarstwo rolne może być indywidualnością tylko w takim znaczeniu, że rzeczywiście nigdy nie jest gospodarstwem takim samym jak inne. Zaś najgłębszym, najbardziej zasadniczym podłożem, na którym zasadza się jego indywidualność, to struktura (skład) jego gleby oraz klimat. Gospodarstwo rolne na Śląsk u n ie jest takie samo, jak w Turyngii lub Niemczech południowych. Są to rzeczywiście indywidualności. Otóż właśnie antropo­zofia ustawicznie mówi, że ogólniki i abstrakcje w ogóle nie mają żadnej wartości, a nie mają jej zwłaszcza wtedy, kiedy chce się wejść w praktykę. Bo na przykład jakiż ma sens mówić ogólnikami wówczas, gdy chodziło ta­kie praktyczne zagadnienie, jak funkcjonowanie konkretnego gospodarstwa rolnego?

Na ogół wówczas zwraca się uwagę na to, co jest konkretne, a wtedy również dostrzega się to, co należy zastosować w określonej sytuacji. Otóż z wszystkim tym, co przedstawię w niniejszych wykładach, będziecie mu­sieli Państwo postępować, naturalnie, trochę w taki sposób, jak postępuje z trzydziestu dwoma literami [alfabetu], z których składacie różne słowa i zdania, gdyż dopiero wtedy będziecie mogli z pożytkiem wykorzystać. Kiedy w przyszłości będziemy pracować nad praktycznymi zagadnieniami na podstawie danych dostarczonych przez naszych sześćdziesięciu współpracowników, wówczas rzeczywiście chodzić będzie o to, żeby dla owych sześćdziesięciu konkretnych gospodarstw znaleźć wytyczne określające kierunki i sposoby praktycznego działania, a także jego racjonalne uzasadnienie. A więc będziemy musieli mieć o n ich podstawowe informacje. Wówczas dopiero wynikną z tego najpierwsze badania, a wtedy będzie chodzić o to, żebyśmy pracowali rzeczywiście praktycznie – a do tego będą nam potrzebni współpracownicy najbardziej przedsiębiorczy. W ogóle w Towa­rzystwie Antropozoficznym potrzebujemy prawdziwych praktyków, którzy nie odejdą od zasady, że praktyka właśnie wymaga czegoś, czego nie można urzeczywistnić z dziś na jutro. I właśnie mijają się z prawdą ci, których na­zwałem "centralnymi"antropozofami, gdy wyobrażają sobie, że profesor, że wykwalifikowany rolnik lub lekarz przekonają się do antropozofii wówczas, jeśli tylko będą przebywać w określonym środowisku. Prawda ta wyraźnie uwidoczni się zwłaszcza w rolnictwie. Rolnik stosujący metody antropozoficzne mógłby – oczywiście, jeśli tylko do sprawy będzie podchodzić idealistycznie – w pełni przestawić się na kierunek antropozoficzny pomiędzy 29 i 30 rokiem życia [czyli w tych dwóch latach] tzn. przestawić się wraz z całym swoim gospodarstwem; ale czy wraz z nim uczynią to również ludzie pośredniczący pomiędzy nim i konsumentami. Ludzi tych przecież nie można natychmiast uczynić antropozofami z roku 29 na rok 30. Gdy człowiek uświadamia sobie, że jest to niemożliwe, traci często chęć do działania.

Ale właśnie rzecz w tym, aby chęci do działania nie tracić przy każdej okazji, a nadto, żeby wiedzieć, że tutaj nie chodzi o szybkie osiągnięcia, lecz o pracę, którą trzeba koniecznie wykonać. Naturalnie, robi się jednak tylko tyle, ile można; jeden może więcej, i nny może mniej. Musimy tu także uwzględnić, że – chociaż brzmi to paradoksalnie – im iejsze jest gospodarstwo, tym szybciej można osiągnąć dobre wyniki. A poza tym na mniejszym terenie nie niszczy się tak wiele, jak na dużym terenie. Rów­nież w mniejszym gospodarstwie szybciej uwidaczniają się pozytywne zmiany wynikające z metody antropozoficznej, gdyż nie trzeba aż tak dużo poprawiać. A więc na mniejszym terenie można szybciej osiągnąć dobre wyniki. Jeśli jednak ów zespół ma rzeczywiście osiągnąć dobre wyniki, należy najpierw zmiany te rzeczywiście zaakceptować, zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z tak bardzo praktyczną dziedziną życia, jak rolnictwo. Jednakowoż w związku z naszym pierwszym zebraniem chciałbym zwrócić uwagę na pewne kuriozum. Otóż jest dziwne, że tak dużo mówiło się na nim o różnicach, jakie wystąpiły między hrabią Keyserlingk’iem i panem Stegemann'em, – ale przecież mówiło się z życzliwością i bez ironii, gdyż cieszono się z inicjatywy dopiero co powstałej. Jednak taka rzecz później subtelnie się nasi la, tak, że myślę, czy nie należało już podczas owego wieczornego zebrania poprosić kogoś Zarządu [Towarzystwa Antropozoficznego] lub kogoś innego, aby był przy tym obecny i pojednać zwaśnione duchy. Ale też zwolna dochodziłem do całkiem innego przekonania, mianowicie do przekonania, że ów dziwny spór właściwie stanowi podłoże pod wspólne wypracowanie głębokiej tolerancji w społeczności rolników, mianowi cie pod wypracowanie umiejętności szanowania poglądów odmiennych od własnych – ma się tylko nieco szorstką zewnętrzną stronę.

Chodzi rzeczywiście o to, że rolnik, bardziej niż ktokolwiek inny, musi bronić swojej skóry, a przecież jest tak, że często nakłania się go do uwierzenia w coś, do czego powinien on dojść samodzielnie. Niewątpliwie w tych sprawach odkrywa się później potrzebą pewnej tolerancji dla poglądów odmiennych od własnych. W społeczności takiej jak ta, należy do wszystkich spraw podchodzić z odpowiednim wyczuciem i umiarem. Zwracam na to uwagę tylko dlatego, iż rzeczywiście uważam, że jest niezbędne, żebyśmy już na samym początku odpowiednio rozpoczęli naszą współpracę. Dlatego myślę, że powinienem jeszcze raz wyrazić moją wielką radość z inicjatywy, która może się tutaj rozwijać dzięki zaangażowaniu państwa. Również uważam, że dobrze zostały tutaj uwzględnione doświadczenia Towarzystwa Antropozoficznego i myślę że to, co tutaj zostało zainicjowane, okaże się wielkim błogosławieństwem i także myślę, że Dornach uczyni wszystko to, co do niego należy, aby na tym polu prężnie współpracować z tymi którzy chcą z nami współpracować. Powinniśmy tylko cieszyć się z tego: co zostało tutaj w Koberwitz zapoczątkowane. A jeśli hrabia Keyserlingk często mówi, że wziąłem na siebie jakiś dodatkowy wielki ciężar, kiedy zdecydowałem się przyjechać do Koberwitz, to chciałbym jednak – lecz nie w tym celu, by wywołać dyskusję – odpowiedzieć na to w ten sposób: Jakiż to dodatkowy wielki ciężar wziąłem na siebie? Musiałem tutaj przyjechać i teraz żyję sobie w najpiękniejszych i najprzyjemniejszych warunkach, zaś całą nieprzyjemną stronę życia wzięli na siebie inni. Muszę tylko codziennie mówić. Oczywiście, muszę wygłaszać mowy, do których odnoszę się jednak z dużym respektem, gdyż jest to nowa dziedzina. Ów ciężar, jaki na siebie wziąłem, nie jest wcale tak duży. Kiedy jednak patrzę na ciężar, jaki wziął na siebie hrabia Keyserlingk i cały ten dom; kiedy patrzę na wszystko to, co przedsięwzięto, aby przyjąć i nakarmić owych nieco natarczywie wpychających się do domu gości, wtedy muszę powiedzieć: wydaje mi się, że wszystko to, co aż do szczegółów należało tutaj przedsięwziąć, żebyśmy mogli być tutaj razem, a co wykonali ci, którzy pomagali przy tym, – że wszystko to ogromnie przewyższa mój osobisty wysiłek, tak że właściwie już wszystko zostało zrobione bez mojego udziału. I właśnie w tym punkcie nie mogę zgodzić się z panem hrabią. Dlatego bardzo – Was proszę, żebyście nie łączył i ze mną wszystkiego tego, co wydaje się Wam godne podziwu w związku z dojściem do skutku tego kursu, lecz żebyście łączyli to właśnie z panem hrabią, gdyż przede wszystkim jemu ten kurs zawdzięczacie. Nadto powinniście być świadomi tego, że gdyby przedtem pan hrabia nie dążył do niego żelazną konsekwencją, gdyby nie wysłał swojego przedstawicie­la[22] do Dornach i gdyby nie był tak nieustępliwy pod tym względem, wówczas Kurs Rolniczy – w tym oddalonym wschodnim zakątku [Niemiec] – prawdopodobnie w ogóle by nie doszedł do skutku z przyczyny ogromu pracy, jaką musimy wykonać z Dornach. W ogóle nie zgadzam się z tym, że za to wszystko należy okazywać wdzięczność mojej osobie, gdyż należy ją przede wszystkim okazy wać hrabiemu Keyserlingk’owi i jego całemu domowi. To jest właśnie to, co chciałem jeszcze dodać do tej dyskusji.

Jeśli zaś chodzi o to, czego będziemy później w Dornach oczekiwać od każdego, kto chce z nam i w owym zespole współpracować, to na razie wystarczy, że powiem tylko: będziemy oczekiwać, żeby przedstawił nam podstawowe dane o swoim gospodarstwie, czyli co ma pod ziemią, co ma ponad ziemią oraz jak te dwie rzeczy ze sobą współpracują. Nieprawdaż, wszystkie te podstawowe dane najpierw należy dokładnie poznać, jeśli póź­niej chce się je z pożytkiem wykorzystać. O wszystkich tych rzeczach wie­cie ze swojej praktyki niewątpliwie więcej niż my w Dornach. Mianowicie chodzi o tak ie rzeczy jak: skład gleby poszczegól nego gospodarstwa; ile ma ono lasu na swoim terenie oraz podobnych rzeczy; co produkowało w ostatnich latach; jakie były plony – mówiąc krótko: musimy wiedzieć o poszczegól nym gospodarstwie w zasadzie wszystko to, co każdy rolnik po­ wi nien wiedzieć o swoim gospodarstwie, jeśli chce nim zarządzać w sposób roztropny – właśnie w ów chłopsko – roztropny sposób. Są to pierwsze podstawowe dane, jakie będą nam potrzebne: – czyli chcemy wiedzieć, co posiada gospodarstwo na swoim terenie oraz jakie doświadczenia zgroma­dził rolnik w ciągu swojej rolniczej praktyki w odniesieniu do tych rzeczy. Ująłem to na razie w największym skrócie. W ciągu tego kursu jeszcze się okaże, jak wszystko to należy zestawić i połączyć. Przy czym sposób, w jak i wówczas popatrzymy na rolnictwo, umożliwi Państwu lepiej zrozumieć, na czym polega związek między tym, co daje nam gleba i tym, czym ona jest wraz z całym swoim otoczeniem.

Sądzę, że już dostatecznie scharakteryzowałem to, czego pan hrabia Keyserlingk oczekuje od członków waszego zespołu. Jednak w jego wielce sympatycznych słowach skierowanych do nas wszystkich, znajdowało się coś, z czym nie mogę się zgodzić. Mianowicie pan hrabia subtelnie nas znowu podzielił na dwie różniące się między sobą grupy: chłopów i naukowców. Według niego, po jednej stronie, czyli w zespole, znajdują się chłopi, a po drugiej stronie, czyli w Dornach, znajdują się naukowcy. Nie wolno nam i nie możemy w ten sposób podchodzić do tej sprawy. Musimy, że tak powiem, tworzyć jeden organizm, a w Dornach musi być także tyle chłop­skości, ile tylko może jej tam być, – mimo że ludzie pracują tam nauko­wo. To zaś, co z Dornach wychodzi jako nauka, musi posiadać taką postać, żeby było to zrozumiałe nawet dla najbardziej konserwatywnej chłopskiej głowy. Mam nadzieję, że gdy pan hrabia Keyserlingk powiedział, że mnie nie rozumie, to w tych słowach wyraziła się tylko jego wielkoduszność i życzliwe nastawienie do mnie. Jest to szczególny rodzaj łaskawości. Dlatego myślę, że będziemy związani jak para bliźniąt: Dornach i Wasz kolektyw. Na końcu pan hrabia łaskawie nazwał mnie ziemianinem (Großbauer). Ale czy to nie świadczy o tym, że także on czuje, że jesteśmy całością. Popatrzcie Państwo, właściwie można mnie uważać za chłopa i to nie tylko z tego powodu, że mieszałem rogowo-krowieńcowy preparat, gdyż przed wyjazdem do Koberwitz z konieczności musiałem również mieszać preparat rogowo-krowieńcowy, a co następnie ktoś inny musiał kontynuować, gdyż nie mogłem zbyt długo tego robić. Mogłem czynność tą tylko rozpocząć, a przecież należało ją z oddaniem ciągnąć dalej.

Naturalnie, są to drobnostki, – ale przecież nie z nich wyrosłem. Wyrosłem naprawdę z chłopstwa i w nim pozostałem w moim sposobie myślenia. W mojej autobiografii wspomniałem, że – wprawdzie nie na takiej połaci ziem i jak tutaj [w Koberwitz], ale na mniejszym terenie – sadziłem ziemniaki i chociaż nie zajmowałem się końmi, to jednak obrządzałem świnie lub przynajmniej pomagałem przy tym, a w bezpośrednim sąsiedztwie pracowałem także przy krowach. W moim życiu wszystkie te rzeczy były mi długo szczególnie bliskie i sam w nich bezpośrednio uczestniczyłem. Dzięki temu, przynajmniej w sercu, skłaniam się ku rolnictwu, gdyż z niego wyrosłem.

Zatem z rolnictwem łączy mnie znacznie więcej niż tylko mieszanie rogowo-krowieńcowego preparatu. A le w związku z tym chcę powiedzieć, że z jednym jeszcze określeniem pana hrabiego nie całkiem się zgadzam, albowiem, gdy teraz patrzę na moje życie, to wid zę, że reprezentantem tra­dycyjnej, najwartościowszej mądrości chłopskiej nie był dla mnie bogaty ziemianin, lecz drobny chłop, który już jako podrostek pracował w rolnictwie. A jeśli ten sposób myślenia ma się teraz dalej rozwijać, przeniesiony na teren nauki, to – mówiąc językiem, jakim mówi się w Dolnej Austrii – będzie to rzeczywiście wyrastać z chłopskiej głowy (aus der Baue­rnschadligkeit) Da mi to korzyści więcej niż to, co w życiu przyswoiłem sobie później. Dlatego patrzcie na mnie jak na chłopa, ale nie jak na chłopa ziemianina [to znaczy: chłopa posiadającego majątek ziemski], lecz jak na drobnego włościanina zakochanego w rolnictwie, który wciąż myślą wraca do swojej drobno-chłopskości (Kleinbauerlichkeit) i właśnie dzięki temu może teraz zrozumieć to, co obecnie żyje w chłopach uprawiających rolnictwo. W Dornach zostanie to zrozumiane – możecie być tego pewni. Na tzw. "głupotę"chłopską miałem zawsze własny pogląd, który nie zapatruje się na nią tak szyderczo, tak drwiąco, jak, jak się mi wydaje, ludzie zapatrują się na nią. Mianowicie uważałem zawsze, że dla Boga, d a Ducha tzw. "głupota"chłopska jest mądrością. Zawsze uważałem, że to, co o tych rzeczach myśleli chłopi, jest mądrzejsze od tego, co myśleli o nich naukowcy. Zawsze tak uważałem i dzisiaj również uważam, że w tych sprawach chłopi są mądrzejsi. Dlatego słucham ich chętniej niż statystyk arymańskich, jakie tworzy nauka [to znaczy: dyscypliny naukowe związane z rolnictwem]. Zawsze sprawiało mi ogromną radość, gdy mogłem się im przysłuchiwać, gdyż dostrzegałem w tym dużo niezwykłej, praktycznej mądrości.

A dostrzegałem również, że właśnie na polu praktycznej działalności, dyscypliny naukowe związane z rolnictwem postępowały niezwykle głupio. Ba, nawet wszystko to, co powinny one realizować z roztropnością, realizują roztropnie właśnie dzięki owej “głupocie"mądrej chłopskiej tradycji i dlatego w Dornach staramy się coś z tej “głupoty"chłopów wprowadzić do nauki. A wówczas owa “głupota"będzie mądrością przed Bogiem. Dlatego jeśli teraz będziemy w tym duchu współpracować, to będzie początek prawdziwie konserwatywny, ale równocześnie będzie to także początek radykalnie progresywny. Kurs ten pozostawi we mnie najpiękniejsze wspomnienie wówczas, jeśli rzeczywiście stanie się on początkiem wprowadzania prawdziwie mądrej tradycji chłopskiej do dzisiejszej metodyki badań naukowych. Być może nie należy mówić: do zgłupiałej metodyki badań naukowych, gdyż jej zwolennicy mogliby się na nas obrazić, – lecz do skostniałej metodyki badań naukowych. A dr Wachsmuth również odrzucił naukę, która właściwie zamarła, zesztywniała i zapragnął nauki żywej, którą prawdziwa mądrość chłopów dopiero powinna zapłodnić. Zatem starajmy się realizować nasze zadania jak dwa organizmy, ale jednak organizmy zrośnięte ze sobą jak syjamskie bliźnięta: Dornach i Wasz kolektyw. Przecież o bliźniętach mówi się, że czują i myślą tak samo, i my również czujmy i myślmy tak samo, a wówczas będziemy mogli najlepiej kroczyć drogą postępu na naszym polu pracy.

 

 

 

Wykład 4

Koberwitz, 11 czerwca 1924

 

Oczywiście, siły ziemi i kosmosu, o których państwu mówiłem, działają w obrębie gospodarstwa rolnego za pośrednictwem pewnych substancji ziemi. Dzisiaj będziemy musieli dokładniej przyjrzeć się temu zagadnieniu, to znaczy, przyjrzymy się, jak siły kosmosu i ziemi działają przez pewne substancje ziemi – gdyż dopiero wtedy będziemy mogli znaleźć przejście do różnych aspektów praktycznych. Toteż odejdziemy teraz od głównego wątku, aby przyjrzeć się, w jaki sposób działa przyroda.

Pytanie o znaczenie azotu i jego wpływ na całą produkcję rolną jest chyba jednym z najważniejszych pytań, jakie w ogóle można postawić w związku z produkcją rolną. Otóż nagromadziło się dużo niejasności wokół pytania: jak działa azot? Dzisiaj jest tak, że ludzie zauważają tylko najbardziej zewnętrzne przejawy jego aktywności[23] i nie wglądają w procesy przy­rody, w których on działa – a nawet n ie mogą tego czynić, gdyż przez cały czas pozostają tylko w obrębie jednej sfery przyrody. [To, jak działa w przyrodzie azot] można zrozumieć dopiero, gdy bada się także, jak działa on w jej dalekich regionach; gdy bada się, jak działa on we wszechświecie. Można nawet powiedzieć tak: być może, w życiu roślin azot nie odgrywa roli najważniejszej, jednakże jeśli jej nie poznamy, w ogóle nie będziemy jej mogli zrozumieć.

Jednak w przyrodzie azot nie działa sam, lecz koło siebie ma czwórkę rodzeństwa. Toteż jeśli chcemy zrozumieć jego zadania i jego znaczenie w gospodarce przyrody, musimy także zapoznać się z tym, co robi jego rodzeństwo oraz jakie są jego zadania. Otóż w roślinnym białku azot jest z nim związany w taki sposób, który dla dzisiejszej materialistycznej nauki jest jeszcze sprawą bardzo tajemniczą, – przy czym należą do niego węgiel, tlen, wodór i siarka.

Nie poznalibyśmy całego znaczenia białka w gospodarce przyrody, gdybyśmy do jego najważniejszych składników zaliczali tylko wodór, tlen, azot i węgiel. Musimy jeszcze uwzględnić tutaj jedną substancję, która pracuje dla niego i wspiera go sposób naprawdę szczególny. Jest to mianowicie [wspomniana] siarka. Jest ona w białku tą substancją, która pośred nici między elementem duchowym i elementem fizycznym, – pośredniczy między rozprzestrzenionym wszędzie w świecie elementem duchowym, między kształtującą siłą elementu duchowego i elementem fizycznym. Można nawet powiedzieć: Ten, kto w materialnym świecie chce badać ślady, jakie pozostawia w nim duch, powinien najpierw przyjrzeć się, jak pracuje w nim siarka. A jeśli nawet ta jej praca w świecie materialnym nie rzuca się w oczy tak bardzo, jak np. działania innych substancji, to jednak dla przyrody ma ona ogromne znaczenie, – mianowicie dlatego, że świat duchowy wnika do fizycznej strony przyrody właśnie za jej pośrednictwem. Siarka jest wręcz jego nośnikiem. Jej dawna nazwa brzmi sulfur i spokrewniona jest z nazwą fosfor. Otóż w świetle, w rozprzestrzeniającym się świetle, w świetle słonecznym postrzegano w starożytności rozprzestrzeniający się element duchowy i dlatego siarkę i fosfor – a więc dwie substancje związane są z procesem wnikania światła do materii – nazywano wówczas po prostu "substancjami światłonośnymi". [gr. phösphóros = światłonośny]

To, czym są te substancje w szeroko rozumianej aktywności przyrody, ukaże się nam jednak dopiero wtedy, – ponieważ siarka działa w gospodarce przyrody tak niezwykle subtelnie, – gdy najpierw przyjrzymy się wspomnia­nemu rodzeństwu, czyli wodorowi, węglowi, azotowi i tlenowi, i gdy substancje te nauczymy się właściwie rozumieć. Dzisiejszy chemik wie o nich niewiele. Wie, jak wyglądają one zewnętrznie, gdy je ma w laboratorium, ale już nie wie, na czym polega ich wewnętrzne znaczenie w całokształcie gospodarki kosmosu. To, co może on o nich powiedzieć, opierając się na chemii, właściwie niewiele różni się od tego, co np. moglibyśmy powiedzieć o człowieku jedynie na tej podstawie, że zobaczyliśmy jego zewnętrzną postać podczas mijania go na ulicy – nawet gdybyśmy zrobili mu kilka zdjęć fotograficznych. To bowiem, co z substancjami tym i czyn i nauka – to znaczy z substancjami, które powinna ona poznawać dogłębnie – właściwie niewiele różni się od procedury obfotografowania jakiegoś przedmiotu i dlatego niewiele na ich temat znajdziemy w naszych naukowych rozprawach i książkach.

Popatrzmy najpierw na węgiel – a niebawem zobaczymy jak można zastosować to również do roślin. Otóż węgiel – który ostatnio tak dużo utracił z swojej szczególnej arystokratycznej pozycji i spadł do stanu plebejskiego, ale, mój Boże, przecież taką pozycję utraciło później również wiek innych rzeczy, – otóż węgiel ludzie współcześni kojarzą po prostu z tym co wkładają do pieca, czyli z węglem kamiennym. Kojarzą go jeszcze z tym, czym piszą, czyli z grafitem. Jednak pewną jego odmianę cenią sobie szcze­gólnie. Oczywiście, jest to diament, jakkolwiek przez wzgląd na jego cenę, nie każdy może go mieć. Ta skąpa wiedza współczesnych o węglu bardzo kontrastuje z niezwykłą rolą, jaką spełnia on we wszechświecie. Otóż ten czarny jegomość – nazwijmy go teraz tak – jeszcze stosunkowo me tak dawno, a mianowicie jeszcze przed paru stuleciami, nosił bardzo szlachetne miano, gdyż nazywano go "kamieniem mędrców".

Wypowiedziano już dużo mądrych myśli, próbując odgadnąć zagadkę "kamienia mędrców". Jednak z tej całej gadaniny wyniknęło niewiele, albowiem kiedy alchemicy mówili o "kamieniu mędrców'', zawsze mieli na myśli węgiel w jego różnych postaciach i tylko dlatego jego nazwę utrzymy­wali w tajemnicy, żeby nie każdy mógł go posiadać. Jednak był to zawsze węgiel, ale dlaczego węgiel?

Gdy teraz wskazuję na ów stary pogląd, to właściwie wskazuję na coś, co należałoby wiedzieć o węglu również dzisiaj. Widzą państwo, gdy pominiemy teraz jego kruche odmiany, – takie jak węgiel kamienny lub granit, z którymi mamy do czynienia w przyrodzie i do których doszedł on poprzez pewne procesy, – i gdy ujmiemy go w jego żywym dynamicznym działaniu (obserwując jak przechodzi przez organizm człowieka, jak przechodzi przez organizm zwierzęcia i jak dzięki swoim szczególnym właściwościom buduje organizmy roślin), – to ukaże się on nam w swojej odmianie amorficznej, w odmianie bezpostaciowej. Natomiast te jego formy, z którymi ludzie najczęściej go kojarzą, są tylko najbardziej zewnętrznym przejawem jego aktywności, są właściwie tylko zwłokami tego, czym jest on naprawdę w gospodarce przy­rody.

Węgiel jest mianowicie nośnikiem wszystkich procesów formują­cych [formo-twórczych] w przyrodzie, toteż tworzy w przy rodzie niczym rzeźbiarz. Tworzy wszędzie tam, gdziekolwiek powstaje jakaś forma – czy będzie to stosunkowo krótkotrwała forma organizmu roślinnego, czy nieustannie zmieniająca się forma organizmu zwierzęcego. Węgiel jest rzeczywiście wielkim rzeźbiarzem, – ale gdy tak tworzy, gdy znajduje się w stanie pełnej aktywności, w stanie wewnętrznej dynamiki, wówczas nie nosi tylko swojej czarnej substancjalności, lecz formujące obrazy kosmiczne, potężne imaginacje kosm iczne. Z tych imaginacji muszą się bowiem wyłaniać owe wszystkie formy, które powstają w przyrodzie. W węglu zatem pracuje tajemniczy rzeźbiarz. Rzeźbiarz ten przy pracy zawsze posługuje się siarką. Ktoś, kto chce zrozumieć, jak naprawdę pracuje w przyrodzie węgiel, powinien przyjrzeć się, jak duchowe siły kosmosu "nawilżają się siarką"i jak kształtują formy, właśnie niczym rzeźbiarz. Powinien przyjrzeć się, jak z jednej strony tworzą one bardziej trwałą formę rośliny, a z drugiej strony mniej trwałą (vergehende) formę człowieka, który właśnie dlatego jest człowiekiem, a nie rośliną, że może tą powstającą formę nieustannie natychmiast niszczyć. Czyni to w ten sposób, że wydala ze swojego organizmu węgiel, przy czym węgiel jest wtedy związany z tlenem w CO2. Ale właśnie dlatego, że węgiel formuje nas ludzi za silnie i za sztywno, niczym jakąś palmę – usiłuje nas bowiem utwardzić, usztywnić – nasz oddech natychmiast burzy tę sztywną strukturę. Wyrywa z niej węgiel, łączy go z tlenem i wydala na zewnątrz. Tak właśnie jesteśmy formowani w owych zmiennych, dynamicznych stanach, których jednak potrzebujemy jako istoty ludzkie.

Natomiast, gdy pracuje on w roślinie, zostaje w niej w pewien sposób zatrzymany w owej stabilnej, sztywnej formie, którą w pewnym stopniu posiadają nawet rośliny jednoroczne. Pewien stary aforyzm powiada w związku z człowiekiem: "Krew jest płynem szczególnym". Zgodnie z prawdą należałoby powiedzieć: faktycznie, w krwi pulsuje jaźń ludzka i wyraża się [w niej] na sposób fizyczny. Wyrażając się ściślej, należałoby tę prawdę ująć jeszcze inaczej i powiedzieć: To właśnie ów przędzący, formujący i ustawicznie znowu rozpuszczający swoje formy węgiel jest tą substancją, po drogach której – drogach nawilżonych siarką[24] – porusza się w krwi ta duchowość [człowieka], którą nazywamy jego jaźnią (Ich).

I tak, jak ludzka jaźń (jako właściwy człowieczy duch) żyje w węglu, tak poniekąd żyje w nim także Jaźń światów (Walten-Ich) – [albowiem także ona] (w duchowym elemencie kosmosu) żyje w formującym się i ustawicz­ nie znowu rozpuszczającym swoje struktury węglu – posiłkując się siarką (auf dem Umwege durch den Schwefel).

W archaicznych epokach naszego ziemskiego rozwoju węgiel był pierwszą substancją, która została [nim] wydzielona. Dopiero później doszła do niego wapniowość[25], którą człowiek wykorzystuje do budowania swojego stabilnego fundamentu, czyli szkieletu. Żeby jednak owa duchowość, która żyje w węglu, mogła się uaktywnić, człowiek musi w swoim wapniowym szkielecie wytworzyć dla niej stabilne podłoże. Tak postępują również zwierzęta, przynajmniej wyższe zwierzęta. W ten sposób z pomocą ruchliwego węgla wydobywa się człowiek z mineralnego wapna, które posiada ziemia i które on również wczłonowuje w siebie, aby mieć w sobie stabilną ziemię(die feste `erde), którą ma w wapnie [swoich] kości.

Widzą państwo, na podstawie powyższego można już zrozumieć, że u podłoża wszystkich żywych procesów leży węglowa konstrukcja nośna (Gerüste), której drogami porusza się w świecie element duchowy, przy czym jest ona albo mniej lub bardziej stała (stabilna), albo mniej lub bardziej podlega fluktuacjom. Pozwólcie, że że narysuję to w największym schemacie, tak żebyście mogli to zobaczyć w obrazie. Zaznaczę teraz kolorem niebieskim owo rusztowanie, które buduje dach z pomocą siarki i zaznaczę je w ten sposób. (Na rysunku kolor niebieski) Jest to więc albo ów ustawicznie falujący, ustawicznie zmieniający się węgiel, który porusza się w siarce w subtelnych dawkach (in feiner Dosierung), – albo też jest to (tak, jak jest w roślinie) owa mniej lub bardziej stabilna konstrukcja węglowa nośna – zmieszana z innymi substancjami, z innymi ingrediencjami.

Rys. 7.

A teraz popatrzcie państwo: Kiedy obserwujemy człowieka lub inną żywą istotę, widzimy, że to, co jest w nim żywe, musi przenikać element eteryczny, który sam w sobie jest właściwym nośnikiem życia. Mówiliśmy już o tym niejednokrotnie. Zatem ów żywy [eteryczny] element musi przenikać także węglową konstrukcję nośną, którą przedstawiłem na rysunku. Eteryczność musi się bowiem uchwycić belek tego rusztowania, tak żeby mogła się tam poruszać – falując i wibrując raz słabiej, raz mocniej. Musi się ona rozpościerać, musi się rozszerzać wszędzie tam, gdzie w przyrodzie znajdują się węglowe [organiczne] struktury. (Na rysunku kolor zielony) Możemy więc powiedzieć: Element eteryczny musi być wszędzie tam, gdzie '"przy rodzie znajdują się węglowe [organiczne] struktury nośne.

Otóż, gdyby w świecie fizyczno ziemskim eteryczność nie posiadała swojego nośnika materialnego i żyła w nim sama, wówczas poruszałaby się, w nim niczym widmo, nie mogąc uchwycić się tego, czego musi się w świecie fizycznym uchwycić. Widzimy tutaj coś, co jest niezwykle znamienne dla wszystkiego, co mamy na ziemi. Mianowicie element duchowy musi zawsze mieć tutaj swojego nośnika materialnego. Jest to właśnie ta rzecz, na której skupili uwagę materialiści, zapominając o duchowej stronie świata. Niewątpliwie mają oni słuszność, gdyż ów nośnik materialny jest tą rzeczą. która [w tym świecie] jako pierwsza wychodzi nam naprzeciw. Nie zauważają jednak, że element duchowy musi mieć tutaj swojego nośnika. Także swojego nośnika materialnego musi mieć ten element duchowy, który działa w eteryczności, a możemy powiedzieć, że w eteryczności działa najniższy element duchowy (das niederste Geistige). Otóż jego nośnikiem jest tlen. Zadanie tlenu polega na tym, że musi siły życia wprowadzać do świata fizycznego, przy czym czyni on to z pomocą siarki. Zatem wprowadza on do świata fizycznego to, co musi wprowadzić do owych węglowych konstrukcji nośnych, ale co musi do nich wprowadzić w stanie nieustannej ruchliwości i witalności, a nie przez tworzenie i budowanie szkieletów – przy czym przenika go wówczas eteryczność. To znaczy, przenika go w taki sposób, że eter poniekąd nawilża się siarką. Toteż to, co tutaj naszkicowałem w kolorze zielonym, przedstawia zarówno tlen, jak i ową falującą, przędącą i wibrującą jestestwowość eteryczności (Wesenheit des Ätherischen), która tutaj porusza się wraz z tlenem

Zatem eteryczność porusza się z tlenem z pomocą siarki [posiłkując się siarką] – to znaczy, porusza się drogami tlenu. Toteż proces oddychania posiada znaczenie szczególne, gdyż przez oddychanie wchłaniamy tlen. Współczesny materialista mówi wyłącznie o tlenie, który pojawia się w retorcie podczas elektrolizy wody. Jednakże w tlenie żyje najniższy element nadzmysłowy, czyli eteryczność, o ile nie została w nim całkowicie zabita, tak jak musi być zabita w powietrzu, którym oddychamy. Otóż w powietrzu musi być ona zabita po to, żebyśmy nie zapadli w omdlenie, a w omdlenie zapadamy wtedy, kiedy do naszego organizmu wniknie jakiś wyższy żywy element [żywy tlen]. Takie przytłumianie świadomości, a nawet coś więcej niżeli tylko samo jej przytłumianie, wywołuje w nas już nawet zwykły wybujały proces życia, jeśli pojawia się w takim miejscu, w którym nie powinien występować. Zatem gdyby w otaczającym nas powietrzu znajdował się żywy tlen, musielibyśmy żyć z przytłumioną świadomością. Dlatego tlen wokół nas musi być zabity. Ale chcę powiedzieć, że już od naszych narodzin tlen jest nośnikiem życia, jest nośnikiem eteryczności. Takim nośnikiem życia staje się on również wówczas, kiedy przekracza sferę przydzielonych mu zadań. Tlen bowiem musi nas ludzi otaczać, musi otaczać nasze zmysły – i to jest jego zadaniem. Gdy jednak przez oddech wniknie on do naszego organizmu, czyli tam, gdzie może ożyć, to rzeczywiście (od nowa) nabiera życia i już nie jest tym samym tlenem, którym był. Jest teraz tlenem żywym. Podobnie ożywa on także wtedy, gdy z powietrza, którym oddychamy, wejdzie do gleby, nawet jeśli jego życie w glebie nie jest tak intensywne, jak w organizmie człowieka lub zwierzęcia. Zatem tlen pod powierzchnią ziemi nie jest już tym samym tlenem, co nad powierzchnią ziemi.

Bardzo trudno jest znaleźć w tej sprawie zrozumienie u fizyków i chemików, gdyż zgodnie z metodami, które oni stosują, tlen należy najpierw zawsze wyciągnąć z elementu ziemskiego. Dlatego mają oni zawsze do czynienia tylko z tlenem martwym. Nie może też być inaczej. Ale na coś takiego narażona jest właściwie każda nauka, która pole swoich zainteresowań zawęża wyłącznie do badania fizycznego [materialnego] aspektu świata. W ten sposób może ona zrozumieć jedynie zwłoki substancji. Tlen jest jednak w rzeczywistości nośnikiem żywego eteru i ten żywy eter podporządkowuje sobie tlen, ale nie czyni tego wprost, lecz za pośrednictwem siarki.

Teraz po jednej stronie mamy: (i w pewnym sensie jeszcze obok siebie) węglową konstrukcję nośną, w której swoją działalność objawia najwyższy dostępny nam na ziemi element duchowy, czyli jaźń ludzka i mamy eteryczność, czyli ten kosmiczny element duchowy, który działa w roślinach. Natomiast, kiedy patrzymy na procesy przebiegające w ludzkim organizmie, to mamy tam: proces oddychania i żywy tlen, który występuje w człowieku i który jest nośnikiem eteru; następnie mamy tam ową konstrukcję nośną z węgla, która tutaj za tym stoi [na której się to wspiera] i która u człowieka znajduje się w ruchu. Te dwie rzeczy muszą się do siebie zbliżyć. Tlen musi mieć bowiem możliwość poruszania się po drogach, które mu wytyczyła duchowość pracująca w węglu. W całej przyrodzie element etryczno tlenowy musi mieć możliwość znalezienia drogi do duchowości węgla (zu dem Geistig­-Kohlenstofflichen). Ale jak on [tlen] to czyn i? – i kto jest tutaj pośrednikiem?

Otóż tym pośrednikiem jest azot. Mianowicie wprowadza on życie do formy, która wcieliła się w węglu. Gdziekolwiek w przyrodzie występuje azot, ma on zadanie łączenia życia z tym elementem duchowym, który najpierw przybiera formę w węglowości. Azot właściwie wszędzie pośredniczy pomiędzy tlenem i węglowością. Takie połączenia tworzy on w królestwie zwierząt i roślin, a również we wnętrzu ziemi – przy czym ową duchowość która z pomocą siarki gospodaruje [pracuje] w azocie, nazywamy też astralnością [duchowością astralną]. Jest to astralna duchowość w ludzkim ciele astralnym i jest to astralna duchowość w otoczeniu Ziemi, gdzie astralność działa również w życiu roślin, w życiu zwierząt i tak dalej.

Można to również tak wyrazić: pomiędzy tlenem i węglem pracuje element astralny, ale ten element astralny działa w świecie fizycznym w ten sposób, że posiłkuje się azotem, aby w ogóle móc działać w świecie fizycznym, działać fizycznie. Wszędzie tam, gdzie znajduje się azot, rozprzestrzenia się również astralność. Gdyby azot nie odczuwał tak ogrom­nego pociągu do owych węglowych konstrukcji nośnych [w żywych organizmach], to żywy element eteryczny unosiłby się wszędzie niczym obłok – nie zwracając na nie uwagi. Gdzie tylko zostały wytyczone owe węglowe linie i drogi, tam również azot ciągnie za sobą tlen, tam astralność w azocie ciągnie element eteryczny. (Patrz kolor żółty na rysunku 7.) Azot jest zatem potężnym "holownikiem"żywego elementu (des Lebendigen) i doprowadza go do elementu duchowego [czyli do duchowości węgla]. Dlatego azot ma tak istotne znaczenie dla ludzkiej duszy (für das Seelische im Menschen), to znaczy dla elementu, który pośredniczy między samym życiem i duchem. Azot jest kimś nadzwyczajnym. Obserwując drogę azotu w organizmie człowieka można zauważyć, że jest on [w nim] znowu całym człowiekiem. Istnieje bowiem coś takiego jak człowiek azotowy. Gdybyśmy mogli go wyłuskać z człowieka, ujrzelibyśmy najpiękniejszego upiora, najpiękniejszego, jakiego w ogóle można zobaczyć, albowiem azot w pełni naśladuje to, co znajduje się w stabilnym szkielecie człowieka, a z drugiej strony natychmiast rozpływa się w życiu. Wglądacie tutaj w proces oddychania. Dzięki niemu czło­wiek przyjmuje tlen, a to znaczy, że przyjmuje również eteryczne życie. I oto teraz przychodzi tutaj azot wewnętrzny, który ciągnie za sobą tlen i wciąga go wszędzie tam, gdzie znajduje się węgiel, czyli tam, gdzie działa owa formująca, przędząca i przekształcająca siła. Właśnie wszędzie tam azot wprowadza teraz tlen i wprowadza go po to, żeby zabrał stamtąd węgiel i wydalił go na zewnątrz organizmu. A więc azot pośredniczy w procesie zawiązywania się CO2 i czyni to w tym celu, żeby w wydechu organizm mógł go wydalić.

Azot otacza nas właściwie wszędzie. Jest nawet tego nośnika astralności wokół nas więcej niż nośnika życia, czyli tlenu. Oczywiście, więcej uwagi poświęcamy tlenowi, gdyż jest on nam ustawicznie potrzebny. Azotowi po­święcamy już mniej uwagi. Jednakże z azotem łączy nas pewien duchowy związek. Można by było w związku z tym przeprowadzić następujący eksperyment.

W tym celu należałoby jedną osobę zamknąć małym pomieszczeniu. Następnie należałoby wyciągnąć z tego małego pomieszczenia trochę azotu, to znaczy tyle, żeby jeszcze go tam trochę pozostało. Przekonalibyście się wówczas – oczywiście, gdybyście eksperyment przeprowadzili bardzo ostrożnie – że ubytek azotu natychmiast zostałby wyrównany przez inny azot, mianowicie przez azot pochodzący z organizmu człowieka. Mianowicie człowiek [siedzący tam] musiałby oddać swój własny azot, żeby przywrócić taką ilościową proporcję azotu w powietrzu, do której jest przyzwyczajony. Jako lu­dzie jesteśmy skazani na to, aby wytwarzać właściwy stosunek procentowy między całym wnętrzem naszego organizmu i otaczającym nas azotem. Nie jest tutaj istotne to, że azotu wokół nas może być mniej, gdyż i tak będzie go jeszcze tyle, że będziemy mogli oddychać. Azot nie jest nam bowiem potrzebny do oddychania i dlatego będzie go jeszcze tyle, że ciągle będzie nam jeszcze wystarczał. Natomiast chodzi o pewien duchowy związek, któ­ry tutaj istnieje. Otóż, żeby ten duchowy związek utrzymać, wystarcza nam tylko taka ilość azotu w powietrzu, do której jesteśmy przyzwyczajeni.

Widzą państwo, azot silnie wnika do duchowego elementu. Z tego można już wyprowadzić wniosek, że jest on roślinie niezbędnie potrzebny do życia. Jakkolwiek roślina posiada tylko ciało fizyczne i eteryczne, a nie posiada [w swoim wnętrzu] ciała astralnego [tak, jak zwierzę], to jednak ów element astralny musi ją otaczać od zewnątrz. Roślina nie mogłaby w ogóle zakwitnąć, gdyby astralność nie dotykała jej od zewnątrz, tyle że roślina nie wpuszcza jej do swojego wnętrza, tak jak czyni to zwierzę i człowiek – ale jednak element astralny musi się do niej zbliżyć aż do zetknięcia, musi jej dotknąć.

Astralność jest wszędzie i również wszędzie jest jej nośnik: azot. Przędzie on w powietrzu, lecz jest w nim martwy, natomiast ożywa, gdy wejdzie do ziemi. Ożywa tam tak samo, jak tlen. Jednakże nie tylko tam ożywa, lecz również zaczyna odczuwać i to musimy w naszym rolnictwie uwzględnić, mimo że dla dzisiejszego intelektu jest to absurd. Azot jest rzeczywiście nośnikiem pewnej tajemniczej wrażliwości, która została rozciągnięta nad całym życiem ziemskim. Azot na przykład czuje, czy na jakimś terenie znajduje się odpowiednia ilość wody, i jeśli jest tak rzeczywiście, wówczas sprawia m u to przyjemność. Natomiast jeśli wody jest tam za mało, to odczuwa przykrość. Podobnie sprawia mu przyjemność, gdy na jakimś terenie wyrastają z gleby odpowiednie dla niej rośliny itd. Zatem azot nad całą naturą rozpościera pewien rodzaj wrażliwości.

Wobec tego możemy powiedzieć: Z tego wszystkiego, co przedstawiłem wczoraj i przed paru godzinami wynika, że Saturn, Słońce, Księżyc itd. wywierają pewien określony wpływ zarówno na kształt rośliny, jak i na jej życie. Naturalnie, ludzie o tym nie wiedzą, ale o tym wie azot, który jest właściwie wszędzie. Wie on dobrze, co wypływa z planet i następnie pracuje w życiu roślin i w życiu ziemi. Jest to bowiem niezwykle wrażliwy "pośrednik". Ale również w systemie nerwowym człowieka azot jest tym, co człowiekowi umożliwia odczuwanie. Jest on rzeczywiście nośnikiem od­czuwania.

Kiedy w ten sposób nauczymy się obserwować azot, będziemy mogli wglądać w subtelne życie przyrody i przekonamy się, że właśnie w sposobie obchodzenia się z azotem kryje się coś niezwykle ważnego dla życia roślin. Naturalnie, sprawą tą będziemy zajmować się jeszcze w dalszym toku naszych rozważań. Teraz jednak potrzebujemy tu jeszcze czegoś innego.

Popatrzcie państwo, tutaj w samym środku działa życie w tlenowo­ści [w tlenie]. Życie to swoją aktywność rozwija w żywym współdziałaniu dwóch elementów: mianowicie tego elementu, który płynie z ducha i w węglowości przybiera postać konstrukcji nośnej oraz tego elementu, który płynie z astralności i w azotowości [posiłkując się azotem] przenika tą węglową konstrukcję życiem i jednocześnie obdarza ją zdolnością odczuwania, wrażliwością.

Otóż wszystko to współdziała z sobą w świecie ziemskim (im Irdischen) dzięki temu, że przenika się jeszcze czymś innym, mianowicie przenika się tym, co świat fizyczny łączy z dalami kosmosu. Naturalnie, nie może być tak, żeby nasza Ziemia odcinała się od otaczającego ją kosmosu i wędrowała we wszechświecie niczym bryła gęstej materii. Gdyby nasza Ziemia rzeczywiście postępowała w ten sposób, to przypominałaby kogoś, kto, żyjąc w gospodarstwie rolnym, chciałby być niezależny od swojego otoczenia i nie zwróciłby uwagi na to, co wokół niego rośnie na polu. Oczywiście człowiek rozważny w taki sposób nie postępuje, to też na polach możemy zobaczyć różne uprawy. Jednakże po upływie pewnego czasu to, co rosło na polach, możemy znaleźć w przewodzie pokarmowym różnych czcigodnych osób, a następnie po upływie pewnego czasu, w jakiś sposób, powraca to znowu na te same pola, na których wyrosło. Nie możemy więc powiedzieć, że jako ludzie możemy się oddzielić od naszego otoczenia. Nie możemy tak powiedzieć dlatego, że jesteśmy z nim związani. W końcu przecież należymy do niego. Podobnie jak mój mały palec należy do mnie, tak też znajdujące się wokół nas rzeczy należą do całej ludzkości. Musi się bowiem odbywać nieustanna wymiana materii (Stoffaustausch). Ale to samo musi się również odbywać między Ziemią z wszystkimi jej istotam a całym wszechświatem. Wszystko, co żyje na Ziemi w postaci fizycznej, musi mieć możliwość powrotu do wszechświata. Musi mieć w pewnym sensie możliwość oczyszczania się we wszechświecie.

Zatem mamy następującą sytuację: (Rys. 7). Mamy tu najpierw to, co przedtem zaznaczyłem kolorem niebieskim, czyli węglową konstrukcję nośną, a dalej marny to, co widzicie tutaj jako kolor zielony, czyli związaną z tlenem eteryczność i wreszcie mamy coś, co wyłania się wszędzie z tlenu i z pomocą azotu przechodzi dalej do owych różnych linii. Zatem mamy tutaj coś, co rozwija się jako element astralny (kolor żółty) i co tworzy tutaj owo przejście między węglowością i tlenowością. Mógłbym jeszcze pokazać, jak w obręb tych niebieskich linii wciąga azot to, co zaznaczyłem schematycznie liniami zielonymi.

Otóż wszystko to, co w istotach żywych zostało zbudowane tak bar­dzo strukturalnie (w tej bardzo subtelnej siatce), powinno mieć także moż­ ność zniknięcia. Jednakże nie znika tutaj duch, lecz to, co duch wbudował w węgiel i do czego przyciąga sobie życie z tlenu. To wszystko musi zniknąć i musi mieć możliwość zniknięcia. Jednak musi zniknąć nie tak, jak znikają rzeczy na ziemi, ale musi mieć możność zniknięcia przez zanurzenie się w kosmosie. Jest to możliwe dzięki substancji, która z jednej strony spokrewniona jest z elementem fizycznym tak blisko, jak jest to tylko możliwe, a z drugiej strony jest również tak samo blisko spokrewniona z elementem duchowym. Substancją tą jest wodór. Otóż w wodorze, mimo że on sam jest najsubtelniejszym elementem świata fizycznego – ta bardzo już rozproszo­na fizyczność wpływa do niezróżnicowanego elementu wszechświata, przy czym przenosi ją siarka.

Można zatem powiedzieć: W takich strukturach, jak ta, duch właściwie stał się już czymś fizycznym. Żyje on tutaj w ciele [fizycznym] na spo­sób astralny; żyje w swoim odbiciu jako duch, jako jaźń. Na sposób fizyczny żyje tutaj duch, który przeobraził się i przyjął postać fizyczną. Jednakże po pewnym czasie nie czuje się tutaj dobrze. Chce się od tego uwolnić. Potrzebuje teraz znowu pewnej substancji, wewnątrz której może pozostawić wszystko, co go ogranicza i determinuje, przy czym znowu nawilża się z pomocą siarki. Pozostawia tutaj całą strukturę i udaje się do nieokreślonego, chaotycznego elementu wszechświata, do elementu, w którym nie ma już niczego z takiej czy innej organizacji. Substancją tą jest wodór. Wodór jest z jednej strony bardzo bliski duchowi, a z drugiej strony jest również bliski materialnej stronie świata. Przenosi on znowu w dale kosmosu to, co jest ukształtowaną i ożywioną astralnością, tak, że teraz może ona przybrać taką postać, w której może zostać znowu przyjęta przez wszechświat, tak jak to opisałem. Wodór właściwie wszystko rozpuszcza.

A więc widzą państwo, mamy tu pięć substancji, które właściwie są przede wszystkim tym, co tutaj pracuje i przędzie – przędzie zarówno w elemencie ży wym, jak i w tym pozornie martwym elemencie, który jest jednak tylko przejściowo elementem martwym. Mamy siarkę, węgiel, wodór, tlen i azot. Wszystkie te substancje powiązane są wewnętrznie z pew­nym elementem duchowym o bardzo szczególnym charakterze. Są one zatem czymś całkiem innym niż to, o czym mówi nasza chemia. Nasza chemia mówi właściwie tylko o zwłokach substancji. Nie mówi o rzeczywistych substancjach, które należy badać jako coś, co nie tylko żyje, ale również czuje. Właściwie tylko w wodorze znajduje się to, co jest najmniej duchem, gdyż wodór jest, jak się wydaje, najrzadszą substancją – substancją o najmniejszym ciężarze atomowym.

Co my właściwie czynimy, kiedy uprawiamy medytację? – Muszę tu wspomnieć o tym, żebyście zobaczyli, że takich rzeczy nie należy traktować jako fantasmagorii. Ludzie Wschodu uprawiali medytację na swój własny sposób, a my, mieszkańcy Zachodu, uprawiamy ją znowu w inny sposób. Mianowicie uprawiamy taką medytację, która tylko pośrednio opiera się na procesie oddychania, tak, że właściwie bardziej żyjemy i przędziemy w koncentracji i medytacji. Jednakże wszystko to, co w tej materii czynimy, oddając się ćwiczeniom duszy, posiada przecież swoją solidną cielesną przeciwwagę, nawet jeśli jest ona tak bardzo przyciszona i dyskretna. Medytacja doprowadza zawsze do tego, że miarowy rytm oddechu ulega pewnej zmianie, nawet jeśli przebiega to w tak bardzo subtelny sposób. Zmienia się tutaj to, co tak ściśle związane jest z naszym życiem. Zatem kiedy medytujemy, zawsze zatrzymujemy w sobie trochę więcej dwutlenku węgla niż przy zwykłym, rozbudzonym procesie świadomościowym. Zawsze wtedy pozostaje w nas trochę więcej dwutlenku węgla i to sprawia, że nie wydalamy go w takiej ilości, w jakiej wydalamy go w naszym zwyczajnym życiu. Trochę dwutlenku węgla zatrzymujemy w nas. A więc tam, gdzie otacza nas azot, nie wydalamy całego dwutlenku węgla – trochę go zatrzymujemy.

Widzą państwo, gdy człowiek uderzy o coś głową, powiedzmy, że jest to stół, to właściwie, uświadamia sobie tylko swój ból. Natomiast jest już inaczej, gdy tylko otrze się o jego powierzchnię, bowiem wtedy dopiero uświadamia sobie, że ma przed sobą powierzchnię stołu, i tak dalej. Tak dzieje się również wtedy, gdy medytujecie. Wrastacie wówczas stopniowo w przeżywanie tego azotu, który znajduje się wokół was. Jest to realny proces, który występuje przy medytacji. Wszystko staje się wtedy poznaniem, a zatem poznaniem staje się wtedy również to, co żyje w azocie. A ponieważ azot jest niezwykle mądrym indywiduum, przeto może was pouczyć o tym, co czyni Merkury lub Wenus itd. Może to czynić dlatego, że o wie i odczuwa. Wszystko to opiera się na najbardziej realnych procesach. Sprawy te później poruszę jeszcze dokładniej. Tutaj istotnie duchowość zaczyna się już wiązać z rolnictwem w owej wewnętrznej aktywności. Jest to ta sprawa, która zawsze wzbudzała zainteresowanie naszego drogiego przy­jaciela Stegmanna, mianowicie współdziałanie elementu duszno-duchowe­go z tym, co znajduje się wokół nas. Widzą państwo, nie jest źle, jeśli. może medytować ktoś, kto prowadzi gospodarstwo rolne, albowiem dzięki temu może obudzić w sobie pewną szczególną wrażliwość na objawienia azotu i stopniowo zaczyna je spostrzegać coraz wyraźniej. Dzięki temu może się on przemienić do tego stopnia, że zacznie swoje gospodarstwo prowadzić już w zupełnie innym stylu, to znaczy inaczej niż wtedy, gdy jeszcze.nie medytował. Zaczyna uświadamiać sobie różne rzeczy. Wszystko to bowiem wyłania się przed nim. Dowiaduje się o tajemniczych sprawach, które rozgrywają się na polach i w zagrodach.

Wprawdzie nie mogę teraz powtarzać czegoś, o czym mówiłem tu przed godziną, ale mogę to w pewien sposób jeszcze raz scharakteryzować. Weźmy na przykład chłopa, którego wykształcony człowiek uważa za prostaka. Wyobraźmy sobie teraz, że oto ten prostak idzie przez swoje pole. Oczywiście, człowiek wykształcony może powiedzieć, że chłop właściwie jest głupi. Twierdzenie to mija się jednak z prawdą, a mija się z prawdą dlatego, że chłop – wybaczcie, ale tak właśnie jest – jest właściwie człowiekiem medytującym. Chłop bardzo dużo medytuje podczas nocy zimowych. Zachodzi w nim wówczas proces, który można określić jako pozyskiwanie duchowego poznania. Nie może tylko tych rzeczy wypowiedzieć. Jest to rodzaj poznania, który pojawia się w nim nagle. Na przykład, idzie przez pole i nagle zaczyna sobie coś uświadamiać, a następnie wypróbowuje to w praktyczny sposób. Byłem zawsze świadomy tych rzeczy w czasie moich młodych lat, gdy żyłem wśród chłopów.

Do takich rzeczy należy nawiązywać. Intelektualistyczny punkt widzenia wyklucza coś takiego i dlatego nie może nas doprowadzić do rzeczy głębszych. Do tych rzeczy należy jednak nawiązywać. W końcu przecież owo życie, które przędzie i rozwija się w przyrodzie jest procesem tak bardzo subtelnym, że nie można go ująć grubo ciosanymi, intelektual nymi pojęciami. Niestety, taki błąd popełniła w naszych czasach nauka. Chce ona bowiem grubo ciosanym i pojęciami intelektualnymi uchwycić rzeczy, które posiadają subtelniejszą naturę.

Popatrzcie państwo, wszystkie te substancje, a więc siarka, węgiel, tlen, azot i wodór połączone są razem w białku. Możemy teraz lepiej zro­zumieć, czym naprawdę jest proces tworzenia się nasiona. Otóż, gdy takie substancje, jak węgiel, wodór i azot występują w liściach, kwiatach, kieli­chach kwiatów i korzeniach, wówczas zawsze w jakiejś formie połączone są one z innymi substancjami i są od nich zależne, a więc nie są samodzielne. Samodzielnymi mogą się stać one tylko na dwa sposoby, mianowicie, albo wtedy, gdy wodór wyniesie je w dale wszechświata i pozbawi je ich wszyst­kich właściwości, gdy pozwoli się im rozpuścić w ogólnym chaosie, albo wtedy, gdy wodorowość [wodór] wpędzi te pierwotne substancje białkowe do małego nasionka rośliny i tak je tam usamodzielni, iż staną się podatne na oddziaływanie kosmosu. A wtedy będziemy mieć chaos w małym nasionku i w makrokosmicznym otoczeniu [Ziemi] – i tutaj chaos w małym nasionku musi oddziaływać na chaos w owej dalekiej sferze świata. Właśnie wtedy powstaje nowe życie.

A teraz popatrzmy, w jaki sposób w przy rodzie działają [pracują] te substancje materialne, w których powinniśmy widzieć nośniki elementu duchowego. Jak powstają te działania? Popatrzcie państwo, również to, co we wnętrzu człowieka pracuje jako tlen i z drugiej strony jako azot, właściwie zachowuje się tam dość porządnie; mianowicie we wnętrzu człowieka żyją właściwości (Eigenschaften) tlenu i azotu. Zwykła nauka nie dociera do nich, gdyż takie rzeczy skrywają się we wnętrzu natury bardzo głęboko. Wszelako tak porządnie nie potrafi się już zachowywać to, co można określić jako poboczne linie aktywności węgla i wodoru (als Ausläufer des Kohlenstoffartigen und...). Weźmy najpierw substancję w rodzaju węgla. Otóż, gdy substancja ta w swojej aktywności przechodzi z królestwa roślin do organizmu człowieka i zwierzęcia, musi się najpierw przejściowo uaktywnić, musi się przejawić. Ale żeby mogła się ona przejawić w swojej stabilnej formie, musi ją sobie najpierw zbudować na konstrukcji nośnej leżącej głębiej, a jest to właśnie ta konstrukcja, która leży bardzo głęboko w naszym wapniowym kośćcu, – ale także leży w elemencie krzemowym, który zawsze w nosimy w sobie. Toteż węgiel poniekąd maskuje w organizmie człowieka i zwierzęcia swoją formującą siłę. Pnie się on w nim w górę, wspierając się na formo­ twórczej ile wapnia i krzemu. Wapń daje mu ziemską siłą formotwórczą; krzem daje mu kosmiczną siłą formotwórczą. Zatem węgiel w organizmie człowieka i zwierzęcia nie zawsze zachowuje się jak ktoś, kto chce: wszystko robić samodzielnie, lecz wspiera się na tym, co formują [w nim] wapno i krzem.

Zatem także wapno i krzem musimy postrzegać jako podłoże rozwoju rośliny. Teraz zaś będziemy musieli przyjrzeć się temu, co rozwija węgiel w całym ludzkim procesie trawienia, oddychania i krążenia oraz jak jest to związane z budową kości i ze strukturami krzemowymi. A więc będziemy musieli zapoznać się z tym, co zachodzi we wnętrzu organizmu, a co mo­gliśmy do pewnego stopnia zobaczyć wówczas, gdybyśmy mogli do niego wejść i z systemu krążenia obserwować, jak wypromieniowuje tam formo­ twórcza aktywność węgla i jak to promieniowanie wnika w wapniowość i krzemowość. Musimy rozwinąć tutaj taką obserwację, jeśli rzeczywiście chcemy obserwować, co rozgrywa się nad powierzchnią ziemi, którą okrywają rośliny i która ma pod sobą wapno i krzem. Wprawdzie nie możemy w ten sposób wglądać w człowieka, niemniej musimy tutaj rozwinąć takie poznanie, gdyż musimy widzieć, jak azotowość wyłapuje tlenowość i jak wprowadza ją do węglowości, ale tylko o tyle, o ile węglowość wspiera się na wapniowości i krzemowości. Możemy również powiedzieć: Ponieważ przechodzi to tylko przez węgiel. Ale można również powiedzieć: Tutaj do ziemi musimy wprowadzać to, co żyje w [jej] otoczeniu, a co następnie ożywa w niej jako tlenowość. Musimy to z pomocą azotu wprowadzać głęboko do ziemi, tak żeby mogło się to tam wesprzeć na krzemowości, podczas przybierania kształtu w wapniowości.

Ktoś, kto te rzeczy czuje, może to wszystko w najcudowniejszy sposób obserwować w roślinach motylkowatych, to znaczy w roślinach, które nazywamy w rolnictwie zbieraczami azotu, a które w gruncie rzeczy skazane są właśnie na to, aby przyciągać azot z powietrza i przekazywać go czemuś, co znajduje się pod nim i w glebie. Patrząc na rośliny motylkowate możemy powiedzieć: Tam w dole, w glebie, znajduje się coś, co jest tak bardzo spragnione azotu, jak ludzkie płuca spragnione są tlenu, a jest to wapniowość. Otóż jest ona tam faktycznie zdana na pewnego rodzaju wdychanie azotu, podobnie jak ludzkie płuca zdane są na wdychanie tlenu. To, co realizują rośliny motylkowate przypomina właściwie to, co dzieje się na naszych komórkach nabłonkowych. Przechodzi to w dół [jak gdyby] przez wdech. Rośliny motylkowate są właściwie jedynymi takimi roślinami, u których wdech przeważa nad wydechem, albowiem wszystkie inne rośliny skłaniają się bardziej ku wydechowi. Gdy dobrze przyjrzymy się, jak całe królestwo roślin ustosunkowuje się do azotowości, a zwłaszcza, gdy uwzględnimy to co można nazwać pewnego rodzaju azotowym oddychaniem, to zauważymy, że cały organizm królestwa roślin dzieli się pod tym względem na dwie części. Jest tak dlatego, że wszędzie tam, gdzie spotykamy rośliny motylkowate, widzimy w pewnym sensie drogi oddechowe [organizmu królestwa roślin], a znowu wszędzie tam, gdzie spotykamy inne rośliny – które mają właściwie inne funkcje i zadania – widzimy znowu inne narządy [organizmu królestwa roślin], które oddychanie to realizują w sensie bardziej utajonym.

Powinniśmy nauczyć się tak patrzeć na rośliny, żeby w każdym ich gatunku widzieć pewnego rodzaju narząd, który tak został umieszczony w ogólnym organizmie roślinnego świata, jak poszczególny ludzki organ umieszczony jest w całym organizmie człowieka. Musimy zatem nauczyć się widzieć w poszczególnych roślinach części pewnej całości, a gdy tak będziemy na nie patrzeć, to zauważymy również ową szczególną rolę roślin motylkowatych. Zatem przy obserwacji i badaniu roślin musimy przyjąć nastawienie, które bierze pod uwagę podłoże duchowe, o którym tutaj mówiliśmy, – gdyż inaczej grozi nam niebezpieczeństwo, że przy wdrażaniu "nowości" pójdziemy drogą niewłaściwą, w sytuacji, gdy coraz bardziej zanikają rzeczy tradycyjne.

Popatrzmy teraz, jak zachowują się rośliny motylkowate. Otóż mają one tę szczególną właściwość, że siły owoco-twórcze utrzymują w rejonie liści [że owocują w rejonie liści], a więc zatrzymują w rejonie liści to, co inne rośliny wysuwają bardziej w górę. Chcą one bowiem owocować zanim jeszcze rozwiną kwiaty. Rośliny motylkowate zachowują się w ten sposób dlatego, że to, co wyżywa się w azotowości, zwraca się u nich bardziej ku ziemi – gdyż oczywiście doprowadzają one azot do ziemi. A więc wszystkie procesy związane z azotem zwracają się u nich bardziej ku ziemi, bardziej niż u innych roślin, gdzie rozwijają się w większym oddaleniu od niej. Za­ pewne zauważyliście, że nie zabarwiają one swoich liści zwykłym odcieniem zieleni, lecz odcieniem nieco głębszym, że właśnie mają taką skłonność i także zapewne zauważyliście, że w ich owocach występuje pewna słabość, która przejawia się w tym, że nasiona zachowują zdolność kiełkowania stosunkowo krótko. Mają one jeszcze tę właściwość, że rozwijają zwłaszcza te zdolności, które świat roślin otrzymuje od zimy, a nie od lata, i tę właściwość rozwijają one w sposób szczególny. Powiem tak: Rośliny te poniekąd czekają na zimę z tym, co rozwijają. Toteż ociągają się ze swoim rozwojem, gdy tylko wokół siebie znajdują dostatecznie dużo tego, czego właściwie potrzebują, mianowicie dostatecznie dużo azotu w powietrzu.

A więc widzą państwo, metody te pokazują, w jaki sposób można wglądać w żywe procesy, jakie zachodzą w glebie i nad glebą. Wszystko jest tam organicznie powiązane i żywe. Należy tu jeszcze uwzględnić, że wapniowość w cudowny sposób spokrewniona jest ze światem ludzkich pożądań. Otóż, kiedy wapno jest jeszcze substancją prostą, to znaczy wapniem, n ie może się uspokoić, gdyż chce poczuć siebie, chce stać się wapnem, chce się połączyć z tlenem. Ale potem, gdy już się z nim połączy, jest w dalszym ciągu niespokojne, ponieważ dalej trawi je żądza posiadania wszelkich możliwych rzeczy, wszelkich możliwych kwasów metalicznych aż do niemineralnego bitumu. Chce to wszystko mieć. Chce to przyciągnąć do siebie i rozwija w glebie swoją pożądliwe naturę. Ktoś, kto głębiej wyczuwa te procesy, zauważa, jak bardzo wapno pod tym względem różni się od innych substancji. Wapno bowiem wysysa drugą istotę. Można to wyraźnie odczuć wszędzie tam, gdzie znajduje się wapniowość, która przyciąga również element roślinny, albowiem w roślinności żyje to, co czego ono pożąda. Dlatego należy jej [wapniowości] ten element roślinny nieustannie wydzierać. Ale jak się to robi? Otóż można to robić z pomocą pewnej znakomitości, która nie chce już mieć niczego więcej.

Istnieje taka znakomitość, która nie pragnie już niczego i chce być tylko w sobie. Jest to mianowicie krzemowość [krzem]. Jest to ktoś taki, kto osiągnął spokój w samym sobie. Mylą się jednak ci, którzy sądzą, że krze­mowość można zobaczyć tylko w czymś stwardniałym, mineralnym. Tak nie jest, gdyż znajduje się ona w całym otaczającym nas świecie w dawkach homeopatycznych i jest kimś, kto nie chce już niczego więcej, kto zadowala się w pełni samym sobą. Wapno pragnie mieć wszystko, krzemowość właściwie niczego już nie chce. Zachowuje się podobnie, jak nasze zmysłowe narządy, które postrzegają tylko otaczającą je zewnętrzność, a nie postrze­gają niczego, co należy do nich samych. Dlatego w ziemskiej rzeczywistości jest ona wszystko obejmującym zewnętrzny m narządem zmysłowym, a znowu wapniowość jest w ziemskiej rzeczywistości wszystko obejmującym zewnętrznym pożądaniem. Glina natomiast pośredniczy pomiędzy jednym i drugim. Znajd uje się trochę bliżej krzemowości, ale jed nak jako pośrednik prowadzi do wapna.

Widzą państwo, jest to coś, co należałoby kiedyś poznać głębiej, tak żeby można było dojść do odczuwającego poznania. Należałoby nauczyć się odczuwać wapno jako istotę niezwykle pożądliwą, gdyż rzeczywiście chce ona wszystko przyciągnąć do siebie, a znowu krzem należałoby nauczyć się odczuwać jako wielkiego pana, który wszystko to, co zostaje wydarte wapnu, wnosi następnie do atmosferyczności i także rozwija [swoiste] formy roślin. Tutaj krzem żyje tak, że albo zamyka się w tych [swoistych] formach niczym w jakiejś twierdzy, jak np. w skrzypie, albo też żyje [w powietrzu] w sposób niezwykle subtelny, a nawet w rozcieńczeniu homeopatycznym i sprawia, że wapnu może zostać wydarte to, co musi mu zostać wydarte. Widzą państwo, tutaj znowu wychodzą nam naprzeciw owe bardzo intymne działania przyrody.

Właściwie węgiel już od samego początku [rozwoju ziemskiej przy. rody] budował, kształtował i rzeźbił we wszystkich roślinach. Węgiel jest bowiem twórcą ich szeroko rozumianej konstrukcji nośnej. Wszelako w biegu ziemskiego rozwoju pojawiło się coś, co utrudniło mu wykonywanie tego zadania. Mógłby on oczywiście dalej budować wszystkie rośliny, gdyby tylko pod nim była woda. A więc wszystko mogłoby się dalej rozwijać w ten sposób, jednakże w toku rozwoju na dole pojawiło się wapno, które zaczęło mu w tym przeszkadzać. Dlatego węgiel połączył się z krzemem. Od tego czasu krzem, węgiel i glina budują razem, gdyż opór wapna należy pokonać. Jak jednak między tym wszystkim żyje roślina? [To znaczy, między węglowością, krzemowością i glinowością z jednej strony i wapniowością z drugiej strony].

Tam na dole chce ją uchwycić swoimi mackami wapniowość, na­tomiast w górze krzemowość chce jej nadać formę delikatną, wysmuklą, włóknistą, to znaczy taką, jaką posiadają rośliny wodne. Pośrodku między nimi pracuje węgiel i wszystko to porządkuje – kształtując rzeczywiste formy naszych roślin. Natomiast azot, ów nośnik astralności, działa między nimi podobnie, jak nasze ciało astralne, które wytwarza w nas właściwe połączenie (Ordnung) między jaźnią i ciałem eterycznym. Właśnie podobnie między nimi działa azot jako nośnik elementu astralnego. Musimy uczyć się rozumieć te procesy, musimy uczyć się rozumieć, jak azot pracuje między wapniowością, glinowością i krzemowością oraz między wszystkim tym, co wapniowość chciałaby ustawicznie wciągać w dół, a krzemowość wy­promieniowywać w górę.

Wyłania się teraz pytanie: jak wobec tego należy prawidłowo wprowadzać azotowość do świata roślin. Tym zagadnieniem zajmiemy się jutro i w ten sposób przejdziemy do następnego zagadnienia, mianowicie do róż­nych rodzajów nawożenia.

 

 

 

Wykład 5

Koberwitz, 12 czerwca 1924

 

Zapewne zauważyliście, że gdy nasza poszerzona nauka [poszerzona w tym sensie, że bada ona także duchową dziedzinę świata] opracowuje dla rolnictwa swoje metody, wówczas zawsze chodzi jej o to, żeby zarówno przyrodę, jak i pracującego w niej ducha widzieć jako całość, widzieć na szerokim polu ich aktywności. Natomiast nauka o orientacji materialistycznej – w stopniu coraz wyższym – koncentruje się na tym, żeby wchodzić w wielkości mikroskopowe. Jeśli zaś chodzi o rolnictwo, to chociaż nie zawsze od razu ma ono do czynienia z wielkościami mikroskopowymi, (którymi zajmują się nauki biologiczne), to jednak ma ono do czynienia z czymś, co w nich działa, a co można odkryć, kiedy się to działanie obserwuje. Jednakże świat w którym żyje człowiek, a również pozostałe istoty ziemskie, nie jest czymś, o czym można obiektywnie orzekać tylko na podstawie obserwacji organicznych mikrostruktur. Dlatego gdybyśmy do spraw, z jakimi mamy do czynienia zwłaszcza w rolnictwie, podeszli ten sposób, jak dzisiaj podchodzi do nich nauka akademicka, to byłoby to tak, jak gdybyśmy wprawdzie chcieli poznać całego człowieka, ale to poznanie zawęzili tylko do obserwacji jego małego palca i koniuszka ucha i na tej podstawie chcieli wyrobić sobie pogląd o tym, co w człowieku, ogólnie rzecz biorąc, jest najistotniejsze. Takiemu stanowisku musimy przeciwstawić rzeczywistą naukę, to znaczy taką, która zwraca się ku wielkim kosmicznym siłom i procesom, – a jest to nam dzisiaj potrzebne bardziej niż kiedykolwiek.

Owe absurdalne teorie naukowe, które panowały jeszcze niedawno, np. w odniesieniu do odżywiania człowieka, świadczą o tym, że nauka dzi­siejsza – w tym sensie jaki zazwyczaj nadaje się jej dzisiaj, względnie przed paru laty – musi korygować samą siebie. Teorie tego rodzaju posiadały wówczas pieczęć nauki oficjalnej i były naukowo dowiedzione, tak, że jeśli nawet ktoś dowiódł ich fałszywości, to i tak nie mógł się im przeciwstawić. Na przykład zostało wówczas naukowo dowiedzione, że człowiek z średnią wagą ciała, ważący od 70 do 75 kilogramów, potrzebuje dziennie około 120 gramów białka w pożywieniu. Zostało to, jak powiedziałem, naukowo dowiedzione. Dzisiaj każdy, kto kieruje się poglądami naukowymi ma już o tym inne zdanie, a jest tak dlatego, że nauka skorygowała tutaj samą siebie. Dzisiaj każdy wie o tym, że człowiek nie tylko nie potrzebuje codziennie spożywać 120 gramów białka, ponieważ taka ilość białka jest dlań wręcz szkodliwa i także dzisiaj każdy wie o tym, że człowiek jest zdrowszy, gdy dziennie spożywa najwyżej 50 gramów białka. Zatem nauka skorygowała tu samą siebie. Dzisiaj już wiemy, że nadmiar białka w pożywieniu wytwarza w jelitach pewne półprodukty, które zatruwają organizm. Gdybyśmy badali kogoś, kto w ten sposób odżywia się przez całe życie, a nie tylko w krótkich okresach, moglibyśmy zauważyć, że toksyczne oddziaływanie nadmiaru białka doprowadza w podeszłym wieku do miażdżycy tętnic. Naukowe badania wpływu odżywiania na zdrowie często wprowadzają nas w błąd właśnie dlatego, że nie obejmują dłuższych okresów ludzkiego życia. Życie ludzkie. jeśli przebiega normalnie, zazwyczaj trwa dłużej niż 10 lat, toteż szkodliwe oddziaływania, które swoje źródło mają w takich pozornie zdrowych produktach, bardzo często dają znać o sobie dopiero po upływie wielu lat.

Nauka poszerzona o antropozofię może tu popełnić mniej takich błędów. Nie chcę się tu jednak przyłączać do owej taniej krytyki, której poddaje się dzisiaj oficjalną naukę, gdyż nauka musi korygować swoje błędy tak. jak już o tym mówiłem. Można bardzo dobrze zrozumieć, że nie może być inaczej i że jest to konieczne. Ale z drugiej strony z taką samą tanią krytyką występują ci, którzy naszą naukę (Geisteswissenschaft) krytykują za to, że chce wkroczyć do sfery życia praktycznego. Ale musi ona tak postępować, gdyż jest to [dzisiaj] konieczne. Musi ona zwracać uwagę na powiązania życia z kosmosem Musi to czynić dlatego, że zauważa takie substancje i siły, które potem (dann) wnikają do duchowej sfery świata, a nie tylko same grubo materialne siły i substancje. Odnosi się to również do rolnictwa, zwłaszcza wtedy, gdy wyłania się w nim problem nawożenia.

Już nawet terminologia, która posługują się dzisiejsi naukowcy przy omawianiu nawożenia, wskazuje na to, że mają abstrakcyjnie wyobrażenia o tym, czym jest nawożenie w gospodarce przyrody. Często słyszy się dzisiaj następujący frazes: "Nawóz zawiera substancje pokarmowe dla roślin". Otóż już to, co powiedziałem na początku wykładu, powiedziałem właśnie po to, żeby pokazać państwu, że w odniesieniu do odżywiania człowieka nauka musiała skorygować samą siebie, a musiała to zrobić dlatego, że niestety błędnie zapatruje się odżywianie istot żywych.

Widzą państwo – proszę darujcie mi, że o tych rzeczach mówię tak bez ogródek – kiedyś uważano, że najważniejsze w odżywianiu jest to, co człowiek codziennie zjada. Naturalnie, wszystko to jest czymś bardzo ważnym, jednak główna część spożytej żywności bynajmniej nie wchodzi do organizmu po to, żeby organizm ją przyjął i odłożył, lecz po to, by oddać mu siły, które w sobie zawiera; aby organizm pobudzić do aktywności. Więk­sza część tego, co zjadamy, zostaje przecież znowu wydalona. Wobec tego należy powiedzieć, że w zasadzie nie chodzi tutaj o wagowy współudział w procesach metabolizmu, lecz o to, czy wraz z pożywieniem możemy w prawidłowy sposób przyjąć również witalne siły [witalność sił] (Lebendigkeit der Kräfte), których potrzebujemy np. gdy chodzimy, gdy pracujemy itd.

Natomiast to, co organizm potrzebuje, aby odkładać w sobie substancje, – aby, że tak powiem, wzbogacać się substancjami, które następnie musi znowu wydalić, odnawiając je co siedem, osiem lat, – to wchodzi do niego przede wszystkim przez narządy zmysłowe, przez skórę i przez oddech. Zatem to, co organizm musi przyjąć jako substancje i co musi [w sobie] odłożyć, to przyjmuje w procesie niezwykle subtelnego dozowania, przyjmuje ustawicznie i dopiero potem to zagęszcza. Przyjmuje to z powietrza, a następnie zagęszcza do tego stopnia, że potem musimy to usuwać, obcinając paznokcie, włosy itd. Zatem mijają się z prawdą ci, którzy ujmują to w taki sposób: Przyjęty pokarm – przejście przez organizm – łuszczenie się naskórka itd. Natomiast należy to ująć w ten sposób: Oddech – najsubtelniejsze wchłanianie przez narządy zmysłowe (nawet przez oczy) – przejście przez organizm – wydalanie. Zatem żywność, którą przyjmujemy przez żołądek, jest dla nas ważna przede wszystkim dlatego, że posiada wewnętrzną dynamikę, że wprowadza do organizmu siły, które służą pracującej w nim woli.

Widzą państwo, człowiekowi opadają ręce, gdy widzi, że miejsce tego, co jest prawdą i co po prostu wynika z duchowych badań, zajmują poglądy dzisiejszej nauki, która mówi dokładnie coś odwrotnego. Właśnie dlatego człowiekowi opadają ręce, że zdaje sobie sprawę, jak trudną rzeczą jest porozumienie z dzisiejszą nauką w najważniejszych kwestiach. A jednak do takiego porozumienia musi kiedyś dojść, gdyż w przeciwnym razie dzisiejsza nauka wprowadzi ludzkość w ślepą uliczkę właśnie w tych sprawach, które związane są z życiem praktycznym. Po prostu nie może ona zrozumieć pewnych rzeczy, które ma niemal przed swoim nosem. Nie mówię teraz bynajmniej o eksperymentach. To, co mówi ona o tym, jest na ogół prawdziwe. Eksperymenty są czymś, co może być bardzo potrzebne. Jednakże owe teorie, które nauka wygłasza w związku z nimi, są rzeczą straszną. Są one rzeczą straszną dlatego, że wypływają z nich wytyczne dla postępowania praktycznego – dla postępowania, które wkracza o różnych sfer życia praktycznego. Gdy człowiek patrzy na to wszystko, wówczas widzi jak trudno jest takie porozumienie osiągnąć. Ale z drugiej strony do takiego porozumienia przecież dojść musi w najbardziej praktycznych sferach życia, do których również należy rolnictwo.

Widzą państwo, ktoś, kto chce te rzeczy prawidłowo realizować, musi dobrze poznać różne dziedziny rolnictwa – musi wiedzieć, w jaki sposób działają substancje, w jaki sposób działają siły, a także musi wiedzieć, w jaki sposób działa tutaj świat duchowy. Dopóki dziecko nie wie, do czego służy grzebień, dopóty używa go do rzeczy nie mających nic wspólnego z jego przeznaczeniem. Ale w taki sam bezsensowny sposób postępujemy również wtedy, kiedy nie wiemy, co stanowi istotę rzeczy, z którymi mamy tutaj do czynienia.

Żeby tę sprawę lepiej zrozumieć, popatrzmy na drzewo. Otóż drze­wo niewątpliwie różni się od zwykłej jednorocznej rośliny [rośliny letniej]. Otacza się bowiem korą, otacza się korowiną (martwicą korową) itd. Ale czym w rzeczywistości różni się ono od rośliny zielnej? Porównajmy drzewo z kopczykiem ziemi kompostowej, który ktoś usypał i który zawiera dużo próchnicy, dużo rozkładających się substancji pochodzenia roślinnego, a być może także pochodzenia zwierzęcego.

Rys. 8.

Przyjmijmy, że mam tutaj [po jednej stronie] kopczyk ziemi z substancją podobną do humusu, w którym zrobiłem wgłębienie, a tutaj [po drugiej stronie] mam drzewo. Jest ono od swojej zewnętrznej strony mniej lub bardziej twarde, natomiast w jego wnętrzu znajduje się to, co je kształtuje jako drzewo. Zapewne zdziwiło was, że te dwie rzeczy umieściłem obok siebie. Są one jednak z sobą bardziej spokrewnione niż myślicie, albowiem ziemia przeniknięta humusowymi i rozkładającymi się substancjami organicznymi, zawiera w sobie element eteryczno żywy – i właśnie o to tutaj chodzi. Zatem kopczyk ziemi kompostowej o wyglądzie wskazującym na to. że znajduje się w nim ów eteryczno-żywy element, jest formacją, która chce stać się osłoną rośliny i stara się to osiągnąć. Jednak proces ten nie posuwa się aż tak daleko, żeby rzeczywiście mogła się ona stać osłoną rośliny rośliny usadowionej w korze i korowinie. Widzą państwo, w przyrodzie ten proces nie posuwa się aż tak daleko. Nie tworzą się w niej kopczyki ziemi z substancją podobną do humusu. Natomiast wyższa forma takiego kopczyka tworzy się w przyrodzie po prostu wokół rośliny.

Gdy na jakimś terenie tworzy się poziom wyższy, a więc gdy tworzy się tam małe wzniesienie, wówczas wszystko to, co góruje tam nad otoczeniem, będzie się skłaniać do przeniknięcia się elementem eteryczno-żywym. Toteż, gdy usypiecie kopiec, będziecie wam łatwiej użyźnić próchnicą lub odpadkami organicznymi kawałek nieorganicznej, mineralnej ziemi. Wtedy sama ziemia zacznie okazywać skłonność do wewnętrznego ożywienia się, do upodobnienia się do rośliny. Taki sam proces dokonuje się również przy kształtowaniu się drzewa. Tutaj niejako sama ziemia pnie się w górę i otacza roślinę swoim eteryczno-żywym elementem. Ale dlaczego?

Widzą państwo, wszystko to mówię po to, aby uzmysłowić państwu, że istnieje głębokie powinowactwo między tym, co znajduje się w samym organizmie rośliny, a tym, czym jest gleba [ziemia], która go otacza. Nie jest wcale prawdą, że życie rośliny sięga tylko do zewnętrznych konturów jej organizmu; nie jest prawdą, nie ma go w jej otoczeniu. Życie, jako takie, przekracza kontury organizmu rośliny i toczy się również w otaczającej ją glebie. Dla roślin nie ma sztywnej granicy między życiem w obrębie własnego organizmu i życiem w otaczającej glebie.

Musimy wziąć sobie tę prawdę do serca i musimy ją dobrze zrozumieć, żebyśmy mogli następnie zrozumieć także glebę, którą użyźniamy nawozem itp. Chodzi o to, żebyśmy mogli zrozumieć istotę gleby. Dlatego musimy być świadomi tego, że nawożenie musi polegać na ożywianiu gleby. Chodzi o to, żeby roślina nie wchodziła do gleby martwej i także chodzi o to, żeby ze swoich witalnych sił mogła bez trudu rozwinąć to, co jest jej niezbędne do utworzenia owocu. Rośli na bowiem dużo łatwiej wytwarza to, co jest jej potrzebne do utworzenia owocu, gdy zostanie zanurzona w elemencie żywym. W gruncie rzeczy cały świat roślin ma lekko pasożytniczy charakter, mianowicie dlatego, że rozwija się na żywym podłożu niczym pasożyt. Ale tak musi być! A ponieważ w wielu rejonach naszej Ziemi nie możemy liczyć na to, że sama przyroda umieści w glebie dostateczną ilość odpadów organicznych i rozłoży je do tego stopnia, iż będą mogły rzeczywiście ożywić glebę, przeto w takich regionach zastosować musimy nawożenie, aby przyjść roślinom z pomocą. Najmniej takiego wsparcia potrzebują tereny, gdzie występuje tak zwany czarnoziem, gdyż tutaj już sama przyroda postarała się o to, żeby gleba miała w sobie dostateczną ilość żywego elementu – przynajmniej na pewnych terenach.

Rys. 9.

Widzą państwo, musimy dobrze zrozumieć, o co tutaj chodzi. Chodzi zaś o to, że musimy się głębiej związać – to, co teraz powiem, może Was zaskoczyć – z tymi wszystkimi procesami, które toczą się w gospodarstwie rolnym. Przede wszystkim musimy głębiej związać się z nawozem, mianowicie musimy polubić pracę około nawozu. Może się wydawać, że jest to nieprzyjemna praca, jednakże bez osobistego związania się z nawozem, bez polubienia tej pracy, nie można mieć prawdziwego rolnictwa. Ale dlaczego? Zrozumiecie to państwo wówczas, kiedy zrozumiecie, co stanowi istotę każdego żywego organizmu. Otóż każdy żywy organizm ma stronę zewnętrzną i stronę wewnętrzną. Stronę wewnętrzną osłania zawsze jakiś rodzaj skóry, a strona zewnętrzna leży na zewnątrz skóry. Przyjrzyjmy się najpierw we­ wnętrznej stronie żywego organizmu.

Otóż wewnętrzna strona organizmu, wewnętrzne życie organizmu, posiada nie tylko prądy sił płynących na zewnątrz w kierunku tych strzałek. (Rys. 9) lecz również takie, które płyną od skóry do wnętrza, a następnie zostają z n iego wyparte [tj. ze środka organizmu] – a przy tym każdy organizm otaczają różne prądy sił. Istnieje [w przyrodzie] coś, co bardzo dokładnie i do pewnego stopnia również w sposób indywidualny ukazuje, jak organizm musi sobie kształtować wzajemne relacje między swoją stroną wewnętrzną i stroną zewnętrzną. Otóż wszystko to, co zachodzi we wnętrzu jakiegoś organizmu jako działania określonych sił i co odpowiednio pobudza i utrzymuje życie w obrębie jego skóry, wszystko to – wybaczcie mi to gruboskórne określenie – musi w sobie wonieć, a można byłoby również powiedzieć, że musi śmierdzieć. Otóż życie [organizmu] – w gruncie rzeczy – polega na tym, że to, co w czasie swojego ulatniania się rozprzestrzenia woń, zostaje zatrzymane w jego wnętrzu, że zbytnio nie wydobywa się na zewnątrz, lecz zostaje zatrzymane w jego środku. Organizm musi zatem żyć w świecie zewnętrznym w taki sposób, żeby na zewnątrz wydobywało się [przez skórę] jak najmniej tego, co wytwarza w nim owo podniecające swoimi woniami życie. Można powiedzieć, że organizm jest tym zdrowszy, im mocniej pachnie w swoim wnętrzu i także jest zdrowszy, i mniej jego zapachu wydziela na zewnątrz.

Organizm roślinny ma predyspozycję do tego, żeby zapachu [życia] nie wydzielać na zewnątrz, lecz żeby go wchłaniać. Toteż, gdy człowiek dobrze obserwuje to, co wydobywa się z pachnącej łąki – z łąki pełnej ziół aromatycznych – może zauważać coś, co tak wzajemnie wspiera się w ży­ciu. Otóż rozchodzące się tam zapachy są czymś więcej niżeli samym tylko zapachem życia, – przy czym rozchodzą się tam one z powodów, o których będziemy jeszcze mówić. Są one bowiem tym, co na roślinę oddziałuje z zewnątrz. Widzą państwo, z wszystkimi tymi rzeczami musimy nawiązać żywą, osobistą więź, gdyż dopiero wtedy możemy wstąpić do wnętrza rzeczy­wistej przyrody.

Rys. 10.

Teraz musimy zrozumieć, że nawożenie i podobne rzeczy powinny polegać na tym, żeby dać glebie coś, co do pewnego stopnia zawiera w sobie życie. Ale nie tylko to. Należy jej bowiem dać również coś, na co wskazywałem już wczoraj. Mianowicie należy jej dać coś, co sprawi, że będzie się w niej mógł rozprzestrzenić azot. Chodzi o to, żeby z jego pomocą można było w glebie doprowadzać życie do pewnych prądów sił – tak właśnie, jak to Państwu pokazałem. Zatem musimy przy nawożeniu doprowadzić do gleby tyle azotu, żeby ów żywy element mógł dotrzeć do tych wszystkich struktur, do których w glebie powinien dotrzeć – to znaczy tam, gdzie będą rosły nasze rośliny. Właśnie na tym polega teraz nasze zadanie, które musimy wykonać z rozwagą.

Widzą państwo, już to, co powiedziałem, wskazuje na to, że nawóz czysto mineralny nigdy nie oddziałuje na samą glebę, lecz – co najwyżej – na jej element wodny. Nawozem mineralnym nie można bowiem oży­wić elementu ziemnego gleby. Dlatego rośliny poddawane działaniu nawozu mineralnego rosną tak, że już sam sposób ich rośnięcia wskazuje na to, iż wspiera je tylko pobudzony element wodny gleby, a nie ożywiony element ziemny gleby.

Żebyśmy jednak mogli rzeczywiście dobrze przyjrzeć się tej sprawie, zwrócimy się najpierw ku najmniej wymagającemu nawozowi, mianowicie ku kompostowi, od którego ludzie często odwracają się z pogardą. Jest to substancja, do której wrzucają oni wszystkie możliwe odpadki [organiczne], na które nie zwracają już uwagi. Pochodzą one np. z ogrodu, upraw polowych i tym podobnych rzeczy. Najczęściej jest to pozostawiona trawa, opadłe liście, a nawet martwe zwierzęta. A jednak tymi rzeczami nie należy gardzić, gdyż zachowały one w sobie coś z elementu eterycznego, a nawet astralnego. Jest to ważne. W kopcach kompostowych mamy faktycznie wszystkie te rzeczy. Mamy tam element eteryczny, mamy istotujący się element eteryczny (Ätherisch – Wesendes), mamy element żywy (Lebendes) i mamy również element astralny. Ów istotujący się element eteryczny i element astralny nie występuje tu wprawdzie w takim natężeniu jak w oborniku czy gnojówce, ale jednak jest trwalszy i osiada się w jego wnętrzu, a mianowicie osiada się tam astralność. Teraz chodzi o to, żebyśmy potrafili w odpowiedni sposób spożytkować to osadzanie się, to zagnieżdżanie się eteryczności i astralności w kompoście. Jeśli bowiem kompost będzie zawierać za bardzo wybujałą eteryczność, to będzie to natychmiast osłabiać astralność w jej oddziaływaniu na azot. Zbyt wybujałe życie w elemencie eterycznym tłumi w kompoście element astralny.

W przyrodzie występuje coś, co odgrywa w niej rolę szczególną, rolę wyjątkową. Niejednokrotnie już wskazywałem na to z różnych punktów widzenia. Mianowicie jest to wapniowość[26]. Otóż, jeśli wapniowość (w formie palonego wapna) wprowadzicie do kompostu, to wydarzy się w nim coś bardzo szczególnego, a mianowicie wapno wchłonie eteryczność kompostu, a wraz z nią wchłonie również znajdujący się tam tlen, nie wpływając przy tym za mocno na proces ulatniania się astralności. Jest to zabieg, który w piękny sposób doprowadza do uaktywnienia się astralności w kompoście. W ten sposób możemy tu osiągnąć coś bardzo konkretnego: mianowicie, nawożąc kompostem, przekazujemy glebie coś, co przejawia inklinację do intensywnego nasycania elementu ziemnego elementem astralnym – z ominięciem elementu eterycznego.

Widzą państwo, tutaj element astralny wnika bardzo mocno do elementu ziemnego, nie przechodząc najpierw przez element eteryczny. Wnika on do gleby i przenika ją [czyli astralizuje glebę]. Na tej okrężnej drodze dochodzi również do przeniknięcia gleby azotowością, tak, że to, co się tutaj rozwija, rzeczywiście bardzo przypomina pewien roślino-podobny proces w organizmie człowieka. Tak bardzo go przypomina, że małą wagę przywiązuje do owocowania i poprzestaje na samym tylko budowaniu liści i łodyg. Otóż ów proces, (który tutaj przekazujemy glebie), musimy mieć w naszym organizmie po to, żebyśmy mogli doprowadzać [spożyty] pokarm do takiej aktywności, o której powiedziałem, że po prostu musi tam ona być. Do ta­kiej aktywności doprowadzamy glebę również wtedy, gdy oddziałujemy na nią w sposób przedstawiony powyżej. Dzięki temu możemy ją tak przetworzyć, że będzie nam rodzić właśnie to, co np. powinny spożywać zwłaszcza zwierzęta, a co jest im potrzebne do rozwijania wewnętrznej aktywności, tj. do wewnętrznego ożywiania organizmu. Innymi słowy, oznacza to, że takim kompostem powinniśmy nawozić nasze łąki i pastwiska. Dzięki temu – gdy będziemy to przeprowadzać konsekwentnie oraz gdy również będziemy przeprowadzać inne niezbędne zabiegi – uzyskamy dobrą zieloną paszę, którą po skoszeniu możemy używać również jako suchą paszę. Chciałbym jednak powiedzieć, że w prawidłowy sposób będziemy mogli postępować tutaj wtedy, jeśli będziemy mogli wglądać w cały ten proces, – przy czym często od wyczucia będzie zależeć to, w jaki sposób będziemy przeprowadzać poszczególne czynności. Takie wyczucie rozwiniemy jednak dopiero wtedy, gdy w prawidłowy sposób będziemy mogli wglądać w całą naturę tego procesu.

Jednakże, gdy pryzmę kompostową pozostawicie w takim stanie, jak to opisałem, to naturalnie łatwo może dojść do tego, że będzie rozprzestrzeniać swoją astralność na wszystkie strony. A chodzi przecież o to, żeby wy­dawała ona możliwie jak najmniej zapachów, – co można łatwo osiągnąć. Mianowicie kładziemy najpierw cienką warstwę kompostu, następnie na nią kładziemy warstwę miału torfowego, a potem znowu warstwę kompostu i tak dalej. W ten sposób zatrzymamy w kompoście to, co w innej sytuacji musiałoby się ulotnić, ponieważ azot najchętniej podążyłby w daleki świat we wszystkich możliwych formach i związkach. Właśnie ten azot musimy zatrzymać w kompoście. Kiedy mówię o tym, chcę przede wszystkim zwrócić uwagę na to, że w rolnictwie chodzi przede wszystkim o rozszerzanie ży­cia, a nawet o rozszerzanie astralności, tak żeby wszystko działało jak należy.

Czy zastanawialiście się już nad tym, dlaczego krowy mają rogi lub dlaczego pewne zwierzęta noszą poroże? Jest to ważne pytanie. To, co w związku z tym pytaniem może nam powiedzieć współczesna nauka, jest niestety jednostronne, powierzchowne. Spróbujmy zatem odpowiedzieć so­bie na pytanie: dlaczego krowy mają rogi? Widzą państwo, powiedziałem już, że żywy organizm nie zawsze musi mieć tylko takie prądy sił, które zwracają się w swoim działaniu na zewnątrz, lecz może mieć również takie prądy sił, które zwracają się do wnętrza organizmu. A teraz wyobraźcie sobie, że mamy organizm o zaokrąglonej, brylastej formie, w której prądy sił płyną w dwóch kierunkach, to znaczy płyną do wnętrza i płyną na zewnątrz. Gdyby taki organizm powstał, mielibyśmy bardzo osobliwie wyglądającą krowę. Mianowicie krowa miałyby wówczas zaokrągloną, bry­lastą formę z pierwocinami kończyn i wyglądałyby tak, jak jeszcze wyglądała w swoim pierwszym stadium embrionalnym. Właśnie tak groteskowo wyglądałaby wtedy krowa. Jednak krowa nie wygląda tak, lecz posiada rogi i racice. Ale co właściwie dzieje się w tych miejscach, gdzie rosną racice i rogi? Otóż tam właśnie utworzyły się takie miejsca, które szczególnie intensywnie przesyłają prądy sił do wnętrza [organizmu]. W takich miejscach wnętrze organizmu zostało odgraniczone od świata zewnętrznego. Zostały tutaj nie tylko zamknięte przejścia prowadzące przez przepuszczalną skórę lub włosy do wnętrza organizmu, lecz także zostały całkowicie zamknięte przejścia dla tych prądów sił, które płyną ze środka organizmu na zewnątrz. Dlatego procesy formujące rogi i racice powiązane są z całym zwierzęcym organizmem.

Całkiem inaczej wygląda to przy porożu. Przy porożu bynajmniej nie chodzi o to, żeby owe prądy [sił] zawracały do wnętrza organizmu, lecz chodzi o to, żeby można je było wyprowadzać odrobinę na zewnątrz – żeby były tam wentyle, przez które można je wyprowadzać z organizmu. W organizmie zwierzęcia krążą bowiem nie tylko ciecze i gazy, lecz także prądy [duchowych] sił. Chodzi o to, żeby prądy te mogły wypływać na zewnątrz. Jeleń jest piękny dlatego, że jest tak bardzo wewnętrznie połączony ze swoim otoczeniem, co zawdzięcza właśnie temu, że część własnych prądów sił wyprowadza na zewnątrz organizmu, że tak bardzo intymnie współżyje [przez to] z otoczeniem. Dzięki temu wchłania on z kosmosu siły, które potem działają organicznie w jego nerwach i narządach zmysłowych. Właśnie dlatego jeleń jest tak nerwowym zwierzęciem. Pewna lekka nerwowość przenika pod pewnym względem wszystkie zwierzęta obdarzone porożem, co można dostrzec w ich oczach.

Krowa posiada rogi w tym celu, aby odsyłać z powrotem do swojego wnętrza to, co powinno kształtować astralno-eterycznie i co w swoim parciu do wnętrza organizmu powinno dotrzeć aż do systemu trawiennego. Zatem to właśnie prądy sił, które płyną od rogów i racic sprawiają, że w jej systemie trawienia odbywa się ogromna praca. Dlatego żeby na przykład zrozumieć pryszczycę, –a więc oddziaływanie wsteczne peryferii organizmu na przewód pokarmowy, – należy najpierw dobrze poznać te powiązania. Nasz środek przecież pryszczycy powstał właśnie dzięki temu, że mogliśmy związek ten rozpoznać. Zatem widzicie państwo, w rogach mamy coś, co – dzięki swojej szczególnej naturze – zostało znakomicie przystosowane do tego, by ów żywy element [eteryczny] oraz element astralny odpromieniowywać do wnętrza organizmu. Mamy w nich coś, co sprawia, że prąd życia, a nawet astralność wnikają do organizmu krowy. Tak to już jest. Gdybyście mogli wniknąć do wnętrza żywego organizmu krowy i mogli przebywać w jej brzuchu, wówczas czulibyście nosem, jak ów element astralno-żywy płynie od rogów do wnętrza. Przy racicach rzeczy te wyglądają podobnie.

Widzą państwo, w związku z tą rzeczą możemy wam doradzić, jak należy postępować ze zwykłym obornikiem, tak żeby działał jeszcze bardziej skutecznie. Ale czym właściwie jest zwykły obornik? Otóż jest on substancją, która weszła do organizmu zwierzęcia jako pokarm i którą organizm przyswoił sobie do pewnego stopnia, to znaczy przyswoił sobie w zakresie bardzo ograniczonym. Następnie doprowadziła ona do tego, że pewnie siły zaczęły działać w sposób dynamiczny. Zatem organizm nie spożytkował jej do wzbogacenia się w substancje, lecz została z niego wydalona. Ale jednak była w nim i przeniknęła się [jego] elementem astralnym i eterycznym. W elemencie astralnym przeniknęła się siłami, które przenosi tlen. Teraz wszystkie te duchowe siły przenikają ją.

Otóż, gdy substancję tą w jakiejś formie przekażemy glebie, – o szczegółach będziemy mówić później – to właściwie przekażemy jej element eteryczno-astralny, który, jak to być powinno, znajdował się w brzuchu zwierzęcia i wytwarzał w nim siły roślinnego rodzaju – albowiem siły, jakie wytwarzamy w naszym przewodzie pokarmowym są siłami roślinnego rodzaju. Powinniśmy być ogromnie wdzięczni przyrodzie za to, że krowy pozostawiają nam obornik, gdyż to właśnie obornik wy prowadza astralność i eteryczność z narządów wewnętrznych na zewnątrz organizmu. Pozostaje ona w odchodach zwierzęcia. Musimy to tylko w odpowiedni sposób zachować. Zatem w wydalinach zwierząt mamy element eteryczny i element astralny. Dzięki temu mogą one oddziaływać ożywiająco i astralizująco na glebę w elemencie ziemnym – a więc nie tylko w elemencie wodnym, lecz również w elemencie ziemnym. Zawierają bowiem siłę, która potrafi pokonać [przetworzyć] nieorganiczność [tj. mineralność] ziemnego elementu gleby.

Naturalnie owa substancja, którą tutaj przekazujemy glebie, musia­ła utracić swoją pierwotną formę, to znaczy tą, jaką miała, zanim została spożyta, ponieważ musiała przejść przez wewnętrzny, organiczny proces przemiany materii i znajdowała się, pod pewnym względem, w stadium organicznego rozkładu. Natomiast teraz musi zostać przetworzona z pomocą własnego elementu eterycznego i astralnego. Toteż do akcji włączają się teraz mikroorganizmy, owe najmniejsze żywe istoty, gdyż znajdują tam znakomitą pożywkę. Sądzi się dzisiaj, że te pasożytujące organizmy mają coś wspólnego z jakością nawozu. W gruncie rzeczy one tylko wskazują na to, w jakim stanie znajduje się nawóz. Niemniej ma to również pewne znaczenie. Jednak bylibyśmy w błędzie, gdybyśmy wyobrażali sobie, że jakość nawozu można poprawić poprzez zaszczepienie go bakteriami i podobnym i drobnoustrojami. W pierwszym momencie może się tak nawet wydawać, ale w rzeczywistości tak nie jest. O tej sprawie będę jeszcze mówić, przy czym wyjaśnię, dlaczego w rzeczywistości tak nie jest, ale idźmy teraz dalej.

Bierzemy obornik krowi, wkładamy go do krowiego rogu i umieszczamy w ziemi na głębokości, powiedzmy, od 3/4 metra do 1/2 metra – o ile gleba nie jest zbyt ilasta względnie piaszczysta. Należy wybrać jakąś dobrą, nie piaszczystą glebę. Widzą państwo, dzięki temu, że róg z obornikiem za­kopaliśmy w ziemi, w jego wnętrzu koncentrują się siły, który mi przedtem on sam zajmował, kiedy był jeszcze w organizmie krowy, mianowicie, kiedy odpromieniowywał do wnętrza organizmu siły ożywiające [eteryczne] i siły astralne. Teraz zaś otacza go ziemia, ale właśnie dzięki temu, że otacza go ziemia, do jego wnętrza wnikają promienie, które jego zawartość eteryzują i astralizują. Tak dzieje się przez całą zimę, to znaczy w okresie, gdy ziemia jest najbardziej ożywiona, gdy jest wewnętrznie ożywiona. Wszystko, co znajduje się w rogu, jest teraz wewnętrznie ożywiane dzięki temu, że związane z nim [rogiem] siły przyciągają owe promienie z otaczającej go ziemi. Zatem przyciągają coś, co ożywia i eteryzuje i [także astralizuje]. Zachodzi tutaj proces ożywiania całej znajdującej się w nim substancji i to trwa przez całą zimę, gdy ziemia jest najbardziej ożywiona, gdy jest wewnętrznie ożywiona. Cały ten żywy i ożywiający element poddawany jest w nim konserwacji i właśnie w ten sposób dostajemy nawóz o skoncentrowanej, ożywiającej sile.

Następnie róg wyjmujemy z ziemi i wyciągamy z niego obornik. Podczas naszych ostatnich doświadczeń w Dornach mogliście się państwo sami przekonać, że to, co wyciągnęliśmy z rogu w ogóle nie śmierdzi. Było to zdumiewające. Obornik nie wydzielał żadnej woni, ale naturalnie zaczął ją trochę roztaczać, gdy zaczęliśmy rozcieńczać go wodą. Świadczy to o tym, że dokonała się w mm koncentracja i przetworzenie całego zapachu. Posiada on teraz niezwykle skoncentrowaną siłę elementu astralnego i eterycznego, którą można zastosować. W tym celu obornik należy rozcieńczyć lekko podgrzaną wodą. W naszych doświadczeniach okazywało się zawsze, że za­wartość jednego rogu, rozcieńczona w pół wiadrze wody, wystarcza na po­wierznię tak dużą, jak powiedzmy, od trzeciego do pierwszego poprzecz­nego przejścia (około 1200 m2). Musimy zwrócić uwagę na to, żeby obornik połączył się całkowicie z wodą. Oznacza to, że należy go teraz mieszać, mianowicie szybciej przy krawędzi wiadra, tak żeby w środku utworzył się lej sięgający aż do dna wiadra. A więc wszystko to powinno teraz wirować. Następnie musimy szybko odwrócić kierunek obrotów, tak żeby wszystko to zaczęło pędzić w przeciwną stronę. W ten sposób musimy to mieszać przez godzinę, gdyż woda i obornik muszą się dobrze połączyć, muszą się wzajemnie przemknąć.

Proszę tylko pomyśleć, jak właściwie niewiele wymaga to pracy, a przy tym nie jest to wcale ciężka praca. Prócz tego myślę, że takie mieszanie obornika, przynajmniej na początku, może być czymś przyjemnym, szczególnie dla wszystkich tych, którzy w gospodarstwie akurat nie mogą znaleźć dla siebie innego zajęcia. Jeśli więc młodsza część obsługi domu również przyłożyłaby do tego rękę, wówczas pójdzie to zadziwiająco sprawnie. Jest to niewątpliwie przyjemne doznanie, kiedy zauważa się, że coś, co nie wydzielało żadnego zapachu, zaczyna wydzielać subtelny aromat. Otóż to co człowiek może zyskać dzięki osobistemu związaniu się z tą rzeczą, doceni zwłaszcza ten, kogo w otaczającym świecie zaciekawia więcej, niż tylko to, co zalecają przewodniki turystyczne.

Widzą państwo, taki preparat trzeba rozpylić na polu – przy małych powierzchniach można to przeprowadzać z pomocą zwykłej sikawki – gdyż chodzi o to, żeby mógł się on połączyć z ziemią. Oczywiście, że dla większych powierzchni trzeba będzie skonstruować specjalny aparat, ale jeśli uda się wam połączyć zwykłe, tradycyjne nawożenie z nawożeniem, o którym teraz mówimy, to znaczy z nawożeniem takim przeduchowionym obornikiem, to zauważycie, jak to podniesie urodzajność gleby. I także zauważycie, że te rzeczy można rozwijać dalej w sposób wręcz niezwykły. Do preparatu, który właśnie teraz opisałem, można bowiem dołączyć inny preparat, który wytwarza się w następujący sposób:

Bierzemy znowu róg krowi. Teraz jednak nie napełniamy go obornikiem, lecz roztartym na mączkę kwarcem, krzemem, ale może to być również ortoklaz, polny szpat. Właśnie taką papkę – o gęstości rzadkiego ciasta – wkładamy do rogu. Jednak nie pozostawiamy go w ziemi na przezimowanie, lecz go w ziemi na przelatowanie i wyciągamy późną jesienią. Przechowujemy go aż do wczesnej wiosny i dopiero wtedy wyjmujemy z niego to, co w ziemi wystawione było na oddziaływanie letniego życia. z taką substancją postępujemy potem w podobny sposób, jak z obornikiem, tyle że teraz stosujemy dużo mniejsze dawki. Na jedno wiadro wystarczy odrobina preparatu wielkości ziarnka grochu, a być może nawet główki od szpilki. Należy to również mieszać przez godzinę. Jeśli preparat ten zastosujecie do oprysku samych roślin, a nie do brutalnego podlewania, to zauważycie, że skutkuje on zwłaszcza przy roślinach warzywnych i podobnych. Zauważycie również, że wspiera on działanie tych sił, które od innej strony wyłaniają się z gleby za sprawą preparatu z obornika.

Gdyby kiedyś rzecz ta miała się rozszerzyć na większe powierzchnie – co nie byłoby wcale takie złe – to dlaczego by nie można było zastosować wówczas maszyn, które zapewne nie byłoby trudno zbudować. Dzięki nim można by było robić słabe opryski na dużych powierzchniach – właśnie takie [opryski], jakie są nam potrzebne. Zobaczylibyśmy wtedy, że preparat z obornika dąży z dołu do góry, a preparat z mączki kwarcowej dąży znowu z góry w dół, nie za mocno, ale również nie za słabo. Zabiegi takie działałyby cudownie, zwłaszcza przy ziarnie siewnym.

Widzą państwo, dzisiaj nie podchodzi się do tych rzeczy tak, jak należy i traktuje się je selektywnie. Wygląda to tak, jak gdyby chciało się z jednego palca teoretycznie zbudować całego człowieka. Niewątpliwie w ten sposób też się coś osiągnie i należy to docenić. Jednakże dzisiejsze badania, a zwłaszcza te, które mają rolnikowi umożliwić utrzymanie produkcji na odpowiednim poziomie, w gruncie rzeczy sprowadzają się do tego, żeby produkcję rolną uczynić zajęciem jeszcze bardziej dochodowym. O inne rzeczy nie chodzi tutaj bynajmniej. Zapewne nie zawsze myśli się o tym, ale jednak nieświadomie to nastawienie leży tutaj u podłoża takiego postępowania. A wówczas wprawia ludzi w podziw, gdy dowiadują się, że ktoś wyhodował wielkie ziemniaki po zastosowania nowoczesnego środka. Jednak nie bada się tych rzeczy dalej, gdyż wydaje się ludziom, że nie jest to tutaj istotne.

Jednakże dla rolnika czymś najważniejszym musi być to, żeby jego produkty przynosiły ludziom pożytek. Można uprawiać duże i pięknie wyglądające owoce, ale, być może, później będą one tylko wypełniać ludzkie żołądki, a nie będą organicznie wspierać ich duchowego życia. Dzisiejsza nauka jakoś nie może dać człowiekowi naprawdę zdrowej żywności, a nie może jej dać dlatego, że nie może znaleźć właściwej metody.

Zauważyliście państwo, że gdy omawiam te rzeczy z punktu widzenia nauki, która do swoich badań włącza duchową stronę świata, to myślę zawsze o całej gospodarce przyrody. Zawsze uwzględniam tutaj całość. Dla­tego owe szczegóły, o których musimy tutaj mówić, tak harmonijnie wiążą się w jedną całość. Gdy w ten sposób będziemy uprawiać nasze rolnictwo, wówczas obdarzy nas ono czymś, co będzie wspierać życie zwierząt i lu­dzi. Inaczej być nie może. W rozważaniach tych zawsze wychodziliśmy od człowieka i człowieka uczyniliśmy ich podstawą. Dlatego wyłaniają się tutaj pewne zalecenia, pewne wskazówki, które podajemy właśnie w tym celu, żeby ludzie mogli otrzymać to, co będzie mogło ich wesprzeć w rozwoju. To jest właśnie to, co niniejszy sposób myślenia odróżnia od panujących dzisiaj poglądów.

 

 

Pytania i odpowiedzi

Koberwitz, 12 czerwca 1924

 

Pytanie: Czy rozcieńczanie przebiega według zasad postępu arytmetycznego?

Rudolf Steiner: W związku z tą sprawą chciałbym coś wyjaśnić. Otóż wiele wskazuje na to, że im większa będzie powierzchnia pola, tym potrzeba będzie więcej wody, a mniej rogów krowich. Zatem większą powierzchnię pola będzie można opryskać mniejszą ilością nawozu. Na przykład niedawno mieliśmy w Dornach 25 rogów i mogliśmy je rozprowadzić na większej powierzchni ogrodu. Wzięliśmy przy tym jeden róg na pół wiadra wody. Następnie jeszcze raz rozpuściliśmy dwa rogi w całym wiadrze. Ale potem musieliśmy opryskać powierzchnię znacznie większą i teraz wzięliśmy siedem rogów na siedem wiader wody.

 

Pytanie: Czy przy mieszaniu preparatu dla większych powierzchni można się posłu­żyć mieszadłem mechanicznym, albo jest to niewskazane?

Rudolf Steiner: Jest to coś, co albo robi się rzetelnie, albo stopniowo dryfuje się w stronę namiastki. Nie ulega wątpliwości, że mieszanie ręczne oznacza coś innego niż mieszanie mechaniczne. Mechanik naturalnie nie zgodzi się z takim poglądem. Ale proszę weźcie także pod uwagę to, że gdy miesza się coś ręcznie, wówczas do roztworu dołączają się różne subtelne rzeczy, a być może również odczucia. Naturalnie, ludzie dzisiaj nie wierzą, że ma to jakieś znaczenie, ale jednak tą różnicę zauważa się już na polu medycyny. Czy sądzicie, że jest to obojętne, w jaki sposób sporządzony został środek leczniczy, to znaczy, czy został wykonany ręcznie czy mechanicz­nie? Gdy człowiek ręcznie wykonuje lekarstwo, wtedy przekazuje mu coś od siebie. Z tego nie należy się śmiać. Niejednokrotnie już zapytano mnie, co myślę o lekarstwach Ritter [Lekarstwa Marii Ritter]. Niektórzy z Was zapewne znają te środki. Wiecie, że jedni śpiewają o nich hymny pochwalne, a inni znowu twierdzą, że nie wywierają żadnego działania. Oczywiście, że wywierają pewne działanie, ale jestem o tym również mocno przekonany, że jeśli leki tego rodzaju zostaną wprowadzone do ogólnej sprzedaży, to w znacznym stopniu utracą swoją skuteczność, gdyż przy tego rodzaju środkach nie jest obojętne, jak się je wykonuje i czy lekarz bezpośrednio przekazuje je pacjentowi. Gdy czyni to lekarz i gdy wszystko to dzieje się w małym kręgu osób, wtedy do lekarstwa dołącza się trochę jego entuzjazmu [duchowej siły]. Powiecie zapewne, że entuzjazm nie jest tam realnie obecny. Jednak w rzeczywistości jest on tam obecny i współwibruje, a lekarze, którzy mają go w sobie, mają również leczącą siłę. A jeśli światło oddziałuje na leki tak silnie, to dlaczego nie mogą na nie oddziaływać także owa lecząca siła? Lekarz tutaj pośredniczy i może rzeczywiście dużo zrobić. Dlatego ten rodzaj lekarzy może leczyć bardziej skutecznie. Niewątpliwie tutaj tkwi przyczyna, dlaczego lekarstwa Ritter mają takie działanie. Toteż gdy byście zastosowali do mieszania narzędzie mechaniczne, to prawdopodobnie preparat utraciłby przez to swoją skuteczność. Dlatego powinniście się dobrze zastanowić, co jest tutaj lepsze. Czy środki, które zostały wykonane ręcznie, – a z ręki ludzkiej może wyjść rzeczywiście bardzo dużo subtelnych sił, czy też takie, przy których pracowała maszyna. Ale przecież z czasem może się okazać, że ręczne mieszanie stanie się przyjemnością, tak że nie będziecie już myślało o napędzie mechanicznym, nawet gdyby trzeba było dłużej mieszać. Na przykład można to robić w niedzielne popołudnie przy deserze. Można nawet wtedy zaprosić gości, a ponieważ będzie to także okazja do pogawędki, więc będzie można bez maszyny osiągnąć właśnie to, co jest tutaj najpiękniejsze.

 

Pytanie: Rozprowadzenie pół wiadra wody na powierzchni 11/3 morgi i może już przysporzyć pewnych technicznych trudności. Gdy teraz zwiększy się ilość rogów, to oczywiście wszystko to powiększy się nie tylko o ilość rogów, lecz jeszcze bardziej. Oznacza to, że w takiej sytuacji rozprowadzenie będzie sprawą jeszcze trudniejszą. Czy wobec tego można ten wodny rozczyn rozcieńczyć jeszcze bardziej poprzez dodanie jeszcze większej ilości wody, czy też chodzi tutaj o to, żeby ten stosunek pozostał taki, jaki był. To znaczy, żeby wziąć mniej więcej pół wiadra rozczynu na ćwierć morgi ziemi.

Rudolf Steiner: Jest to możliwe, jednakże myślę, że wtedy trzeba będzie zmienić metodę mieszania. Możemy to zrobić w ten sposób, że zawartość jednego rogu wymieszamy najpierw w pół wiadrze wody i następnie rozcieńczymy to do pełnego wiadra, przy czym musimy to znowu mieszać. Jednak będzie lepiej, gdy najpierw obliczymy, o ile mniej nawozu należy wymieszać w pół wiadrze wody, to znaczy, że wtedy do pół wiadra wody, będzie wchodzić oczywiście mniej niż jeden róg. Tutaj bardzo ważne jest to żeby doprowadzić do wewnętrznego przeniknięcia się tych dwóch substancji. Nie wystarcza tu wrzucić zawartość rogu do wody i mieszać. Trzeba doprowadzić do ich prawdziwego wewnętrznego przeniknięcia się, a tego nie osiągniemy, gdy będziemy wrzucać do wody grube kawałki nawozu lub gdy będziemy mieszać nie dość rzetelnie. Sądzę więc, że będzie prościej, gdy najpierw wymieszamy mniejszą ilość nawozu w większej ilości wiader wypełnionych w połowie wodą, – niż gdybyśmy musieli ponownie mieszać już raz wymieszany roztwór.

 

Pytanie: Czy można przecedzić rozczyn, w którym pozostały nie rozpuszczone, twarde kawałki nawozu, tak żeby można go było lepiej rozprowadzić z pomocą opryskiwacza?

Rudolf Steiner: Myślę, że nie będzie to potrzebne, gdyż jeśli będziemy go dość szybko mieszać, to otrzymamy mętny roztwór, a wtedy nie trzeba już będzie zwracać uwagi na to, czy w środku znajdują się jakieś ciała obce. Krowieniec rozpuszcza się dobrze. Oczywiście, najlepszy jest czysty krowieniec, ale nie sądzę, żeby należało zadawać sobie aż tyle trudu i jeszcze dodatkowo ten roztwór oczyszczać, nawet jeśli znajdują się w nim jeszcze jakieś ciała obce. Nawet jeśli coś w nim pozostanie, to nie będzie to szko­dzić, gdyż przy koncentracji i ponownym rozcieńczeniu w rzeczywistości działa już tylko samo promieniowanie. A więc nie działa już substancja, lecz owo dynamiczne promieniowanie. Dlatego nie musimy się bać, że w miejscu, w którym utkwił nierozpuszczony kawałek nawozu wyrosną potem ziemniaki z długimi pędami, na których nie będzie już nic więcej. Nie ma tutaj takiego niebezpieczeństwa.

 

Pytanie: Myślałem tylko o zastosowaniu opryskiwacza (Sprühapparates).

Rudolf Steiner: Można to przecedzić, to nie zaszkodzi. Byłoby najlepiej, gdyby można było od razu zbudować opryskiwacz wyposażony w sito.

 

Pytanie: Czy substancję z rogu należy zważyć, aby zorientować się w proporcjach, a nadto czy określenie: "pół wiadra wody" odnosi się do wiadra szwajcarskiego, czy może jest to miara podana w litrach?

Rudolf Steiner: Miałem na myśli wiadro szwajcarskie – w Szwajcarii jest to wiadro na mleko. Cała ta rzecz została wypróbowana w warunkach które mieliśmy na miejscu. Teraz rzeczywiście należałoby ująć to jeszcze proporcjach wagowych.

 

Pytanie: Czy takie rogi można używać częściej i czy należy je brać zmusze ze zwierząt dopiero co zabitych?

Rudolf Steiner: Na podstawie tego, co można wiedzieć o tych rzeczach, – ale tego jeszcze nie wypróbowaliśmy – sądzę, że rogi można zastosować kolejno trzy, cztery razy, jednak później już nie będą mogły harmonizować w pełni[27]. Być może po trzy, czterokrotnym użyciu – właśnie dzięki temu, że były przechowywane w stajni – będzie je można użyć jeszcze raz, to znaczy, w następnym roku. Nie mam jednak żadnego pomysłu, ile takich rogów powinno posiadać gospodarstwo rolne, oraz czy tutaj koniecznie należy postępować tak bardzo oszczędnie. Jest to pytanie, na które w tej chwili nie potrafię odpowiedzieć.

 

Pytanie: Skąd powinny pochodzić rogi? Czy powinny pochodzić z terenów wschodnio-europejskich czy środkowo-europejskich?

Rudolf Steiner: To, skąd pochodzą rogi, jest tu całkowicie obojętne. Nie mogą tylko pochodzić z cmentarzyska padłych zwierząt, ponieważ muszą być świeże. Jest rzeczą zdumiewającą, chociaż brzmi to paradoksalnie, że życie zachodnie, to znaczy na półkuli zachodniej, jest całkiem inne niż życie na półkuli wschodniej. Życie w Afryce, Azji, Europie oznacza coś innego, niż życie w Ameryce. Może się nawet okazać, że rogi pochodzące od krów amerykańskich trzeba będzie doprowadzać do uaktywnienia się w nieco inny sposób. Trzeba będzie obornik [krowieniec] nieco zagęścić i bardziej uklepać. W rogach nie pochodzących z innego terenu znajdują się siły, które mogą kolidować z tym, co znajduje się w glebie. A więc musimy również uwzględnić to, że może się zdarzyć, że krowy na jakimś terenie [Europy], nie będą z niego bezpośrednio pochodzić. Musimy również pamiętać, że do określonej gleby należy krowa, która pasła się na niej, a więc żyła na niej około 3 – 4 lata, jeśli nie jest krową zachodnią.

 

Pytanie: Czy rogi powinny pochodzić od starej czy młodej krowy?

Rudolf Steiner: Wszystko to trzeba będzie jeszcze zbadać. Jednakże sądzę, że najlepsze rogi możemy mieć od krowy w średnim wieku.

 

Pytanie: A jak powinny być one duże?

(R. Steiner narysował na tablicy wielkość rogu, który mierzy mniej więcej od 30 do 40 cm. Można przyjąć, że jest to wielkość rogów bydła rasy Allgauer.)

 

Rys. 11.

 

Pytanie: Czy nie jest również istotne to, czy rogi pochodzą od wołu, byka czy krowy.

Rudolf Steiner: Najprawdopodobniej rogi wołu nie będą tu w ogóle działać, a rogi byka działać będą stosunkowo słabo, dlatego mówię ustawicznie o rogach krowich, a krowy z reguły mają płeć żeńską, Mam więc na myśli zwierzęta płci żeńskiej.

 

Pytanie: Kiedy właściwie należy wysiewać zboże, to znaczy zboże przeznaczone na chleb?

Rudolf Steiner: Dokładnie odpowiem na to pytanie wówczas, gdy będę omawiać wysiew ziarna. Wysiew ziarna jest oczywiście czymś niezmiernie ważnym i dlatego nie jest obojętne, czy odbywa się to bliżej miesięcy zimowych czy nieco dalej miesięcy zimowych. Bliskość miesięcy zimowych sprawia, że w zbożu zwiększa się zdolność reprodukcji, natomiast, gdy robi się to w większym odstępie czasu od miesięcy zimowych, wówczas wpływa to na zwiększenie wartości odżywczej ziarna.

 

Pytanie: Czy nawóz z rogu krowiego można rozprowadzać również z piaskiem; czy deszcz odgrywa tu jakąś rolę?

Rudolf Steiner: Jeśli chodzi o piasek, to można to robić. Tego jeszcze nie próbowaliśmy. Właściwie nic nie przemawia przeciwko temu. Natomiast należałoby najpierw zbadać, jak działa tutaj deszcz. Można przyjąć, że deszcz nie wywoła tu niekorzystnej zmiany, a nawet może wzmacniać te procesy. Ale znowu z drugiej strony chodzi tutaj o dużą koncentrację sił i dlatego powinniśmy być świadomi tego, że do ich rozproszenia mogą nawet doprowadzić słabe uderzenia padających kropli deszczu. Jest to rzeczywiście oddziaływanie bardzo subtelne i dlatego powinniśmy to wszystko uwzględnić. Natomiast, – co się tyczy rozprowadzania nawozu krowiego z pomocą piasku, to nie można temu niczego zarzucić.

 

Pytanie: W jaki sposób można zabezpieczyć róg z jego zawartością przed ewentualnymi szkodliwymi wpływami podczas jego przechowywania?

Rudolf Steiner: Na ogół przy takich rzeczach daje się zauważyć, że usuwanie tak zwanych szkodliwych wpływów z reguły wywołuje więcej szkód niż mogłoby się ich pojawić, gdyby się tego nie czyniło. Obecnie ludzie przywiązują dużą wagę do tego, żeby wszędzie wprowadzać dezynfekcję i niewątpliwie posunęli się już z tym bardzo daleko. Jeżeli chodzi o nasze środki lecznicze, to gdybyśmy chcieli wyeliminować absolutnie wszystkie możliwości rozwoju pleśni, wówczas musielibyśmy zastosować metody, które ograniczają ich właściwą siłę leczniczą. Ja sam nie przywiązywałbym aż tak dużej wagi do tego rodzaju zagrożeń, ponieważ nie szkodzi to aż tak bardzo. Będzie lepiej, gdy nie będziemy się tak bardzo koncentrować na dezynfekcji i gdy te rzeczy pozostawimy takimi, jakimi są. Nakładaliśmy na to pęcherze świń w tym celu, żeby do środka nie dostała się ziemia. Dlatego nie zalecałbym tutaj jakiejś szczególnej dezynfekcji w odniesieniu do samych rogów. Czasem dobrze jest uświadomić sobie, że nie zawsze brud jest “brudem”. Na przykład, gdy posmarujecie sobie twarz cienką warstwą złota, to jest brud, ale złoto nie jest przecież brudem. Zatem brud nie zawsze jest brudem, a czasem jest nawet tym, co konserwuje.

 

Pytanie: Czy należy czymś wspomagać/wspierać proces chaotyzacji (wewnętrznej struktury) nasiona.

Rudolf Steiner: Wprawdzie można byłoby wzmacniać ten proces, ale nie jest to konieczne. Gdy w nasionie w ogóle zaczyna uaktywniać się proces kształtotwórczy, wówczas chaotyzacja osiąga również swoje największe nasilenie, toteż nie trzeba tego dodatkowo wspierać. Jeśli jakieś nasiono w ogóle kiełkuje, to zawsze oznacza to, że mamy już w nim całkowity chaos. Naturalnie, można by było to wzmacniać poprzez wzmocnienie w glebie elementu krzemowego, gdyż krzem jest w glebie pośredniczy w przekazywaniu sił kosmicznych. A więc można to wzmacniać, jednak nie sądzę, żeby było to konieczne.

 

Pytanie: Po pierwsze, jaką wielkość powinny mieć poletka doświadczalne, a po drugie, czy tutaj nie należałoby wesprzeć te siły kosmiczne, które należy zachować aż do nowej wegetacji?

Rudolf Steiner: W takich sprawach można oczywiście bardzo łatwo podać określone zalecenia, ale jednak odpowiednią wielkość poletka powinien sobie każdy sam ustalić – ustalić drogą eksperymentowania, przy czym robi się to w prosty sposób. Powiedzmy, że obok siebie, na dwóch grządkach wysiewacie pszenicę i esparcetę. Gdy teraz do ziemi wprowadzicie krzem, zauważycie, że proces tworzenia się nasion u pszenicy zostanie trochę przytłumiony. Da to wam możliwość powstrzymywania procesu tworzenia się nasion u takich roślin, które stosownie do własnych inklinacji, łatwo zawiązują nasiona – a występuje to właśnie u pszenicy. U esparcety zauważymy nawet niemal całkowite przytłumienie tego procesu lub znaczne jego spowolnienie. Zatem kiedy badamy te rzeczy, możemy zawsze porównywać określone cechy, które się pojawiają wówczas, to znaczy, z jednej strony u pszenicy, a z drugiej strony u przedstawicielki roślin strączkowych, czyli tutaj u esparcety. Właśnie w ten sposób można prowadzić te interesujące badania.

 

Pytanie: Czy nie jest to obojętne, kiedy preparat rozprowadza się na polu?

Rudolf Steiner: Niewątpliwie nie jest to obojętne, jeżeli chcielibyśmy jeszcze przechowywać rogi po ich wyjęciu z ziemi. W zasadzie można je pozostawić w ziemi tak długo, aż będą znowu potrzebne. Nie utracą swoich właściwości, nawet gdyby miałyby tam przezimować i pozostać w niej jeszcze przez pewien czas w lecie. Jednak gdyby je trzeba było przechowywać gdzie indziej, to należałoby zrobić skrzynię, wyścielić ją z wszystkich stron miałem torfowym i umieścić w niej rogi. Chodzi o to, żeby w rogach mogła się utrzymać silna koncentracja sił kosmicznych. W żadnym wypadku nie radziłbym przechowywać wodnego rozczynu, – przy czym już po upływie krótkiego czasu należy go przed użyciem ponownie mieszać.

 

Pytanie: Gdybym miał takim preparatem opryskiwać zboże ozime, to czy mógłby on pochodzić z rogów, które wyjąłem z ziemi przed trzema miesiącami?

Rudolf Steiner: Będzie lepiej, jeśli pozostawimy je w ziemi do momentu, gdy będą nam znowu potrzebne. Jeśli potrzeba taka pojawi się na początku jesieni, to powinny one leżeć tam aż do tego momentu. Nie obniża to wartości preparatu z krowieńca.

 

Pytanie: Czy taki wodny rozczyn nie utraci sil eterycznych i astralnych właśnie na skutek tego, że rozprowadza się go rozpylaczem?

Rudolf Steiner: Na pewno nie. Siły eteryczne i astralne są z nim związane bardzo mocno. Tutaj bardziej należałoby obawiać się o rzeczy materialne niż o to, że wymknie nam się element duchowy – oczywiście o ile już z góry go nie odprawimy.

 

Pytanie: Jak należy postępować z rogami, które przedatowały, z mineralną substancją w środku?

Rudolf Steiner: Takim rogom nie zaszkodzi, gdy wyjmiecie je z ziem i i gdzieś przechowacie. Na przykład możecie położyć je na kupie kompostu. Nie zaszkodzi to substancji, która w nich przelatowala. Może świecić na nią Słońce i może jej to nawet wyjść na dobre.

 

Pytanie: Czy rogi krowie należy zakopać w jakimś odpowiednim miejscu, to znaczy tam, gdzie chcemy później nawozić, czy też należy je zakopać blisko siebie w jakimkolwiek miejscu?

Rudolf Steiner: Różnica będzie tak niewielka, że nie musimy zwracać na to uwagę. Będzie najlepiej, gdy wyszukamy miejsce ze stosunkowo dobrą ziemią, to znaczy z ziemią nie za bardzo mineralną, lecz z pewną ilością próchnicy i właśnie tam, blisko siebie, zakopiemy tyle rogów, ile ich potrzebujemy.

 

Pytanie: Jak to jest, gdy w rolnictwie używa się maszyny. Czyż nie mówi się o tym, że rolnik nie powinien używać maszyn?

Rudolf Steiner: Nie ulega wątpliwości, że gdy dzisiaj ktoś pyta o to, czy można używać maszyny w rolnictwie, to właściwie zadaje pytanie bar­dzo już nieaktualne, jeśli tylko uwzględnimy wymogi naszego współczesnego życia. Nie można bowiem być dzisiaj rolnikiem i nie używać maszyn. Oczywiście, nie można maszyn używać do wszystkich procesów, na przykład do mieszania preparatów itp., to znaczy do owych najintymniejszych procesów przyrody. Ale właśnie tak, jak nie należy zbliżać się z maszyną do najintymniejszych procesów przyrody, tak z drugiej strony już sama przyroda troszczy się o to, żeby właśnie maszyny nie miały z nimi nic do czynienia. Na przykład z procesem zawiązywaniu nasion, itp. Tutaj troszczy się już o to sama przyroda. Ale z drugiej strony dzisiejszy rolnik nie poradzi sobie bez maszyny. Musimy tylko pamiętać o tym, żeby maszyna nie stała się jego chorobliwą manią. Gdyby coś takiego miało miejsce, to znaczy gdyby taka mania opanowała rolnika, to zapewne okaże się – nawet gdy miał najnowocześniejszą maszynę – że jakoś wcale nie idzie mu w pracy lepiej. W rzeczywistości szło by mu lepiej wówczas, gdyby posługiwał się w dalszym ciągu swoją starą maszyną, to znaczy tak długo, jak długo może mu ona służyć. Są to jednak rzeczy, które w ścisłym znaczeniu tego słowa nie należą już do rolnictwa.

 

Pytanie: Czy podaną tu ilość rozpuszczonego w wodzie nawozu krowiego można również rozprowadzić na połowie podanej powierzchni?

Rudolf Steiner: Wówczas otrzyma pan rośliny nadmiernie wybujałe. Pojawi się coś, na co już zwracałem uwagę przy innej okazji. Na przykład jeśli w ten sposób postąpi pan przy ziemniakach – ale nie tylko – to pojawią się rozrośnięte łodygi, natomiast nie rozwinie się dobrze to, co chcielibyśmy mieć. A więc doprowadzi pan do tego, że rośliny będą nadmiernie wybujałe.

 

Pytanie: A jak jest z roślinami pastewnymi, gdzie właściwie zależy nam na tym, żeby rośliny rosły bujnie, jak np. szpinak?

Rudolf Steiner: Sadzę, że również tutaj powinniśmy wziąć tylko pół wiadra (wody) z jednym krowim rogiem, tak jak robiliśmy to w Dornach na powierzchni, która w zasadzie jest ogrodem warzywnym. Natomiast mniej preparatu będziemy potrzebować dla tych roślin, które uprawiamy na większych powierzchniach. Tak jest najkorzystniej.

 

Pytanie: Czy jest to obojętne od kogo pochodzi obornik, to znaczy, czy pochodzi od krowy, konia i względnie owcy?

Rudolf Steiner: Niewątpliwie najlepszym materiałem jest tutaj kro­wieniec. Może się jednak okazać, że również to zagadnienie będziemy musieli dalej badać – na przykład, czy można stosować również obornik koń­ski. Jeśli jednak zastosujemy obornik koński, to wtedy róg krowi będziemy musieli owinąć włosiem z grzywy konia. Chodzi o to, żeby doprowadzić do uaktywnienia się tego, co u konia, który nie posiada przecież rogów, usado­wiło się w jego grzywie.

 

Pytanie: Czy należy to robić przed siewem, czy po siewie?

Rudolf Steiner: Gdybyśmy chcieli postępować prawidłowo, to powinniśmy robić to przed siewem. Zobaczymy, jak to działa. W tym roku zabraliśmy się do dzieła trochę później i pewne rzeczy zrobione zostały po siewie. Zobaczymy, czy wpłynie to niekorzystnie na rośliny. Jest jednak zrozumiałe samo przez się, że należy to robić przed siewem, żeby mogło to zadziałać na glebę.

 

Pytanie: Czy można wkładać substancje mineralne do rogów, w których przedtem znajdował się nawóz krowi?

Rudolf Steiner: Można to wprawdzie robić, ale nie częściej jak trzy, cztery razy, gdyż rogi tracą swoje właściwości już po trzy – czterokrotnym użyciu.

 

Pytanie: Czy ma to jakieś znaczenie, kto to robi? Czy może to robić każdy – a może powinien to robić antropozof?

Rudolf Steiner: Jest to naturalnie pewien problem.. Kiedy mówicie tym dzisiaj, to wystawiacie się na śmiech. Przypomnę jednak, że są lu­dzie, u których szczególnie dobrze rozwijają się rośliny, które oni pielęg­nują na parapetach okien. Te same rośliny u innych ludzi jakoś marnieją. To są fakty. Jednak wszystko to, co dzieje się w sposób tak zewnętrznie niewytłumaczalny, – ale co wewnętrznie można dobrze zrozumieć jako wyniku wpływu samego człowieka – wszystko to dzieje się również wskutek tego, że człowiek uprawia medytację, że przygotowuje się, że prowadzi życie medytacyjne. Opisywałem już tą sprawę wczoraj. Otóż ten, kto uprawia medytacje, całkiem inaczej współżyje z azotem, który zawiera imaginacje. Rozwija wówczas pewną zdolność, dzięki której może działać skuteczniej. Zdolność tą rozwija on w stosunku do całego świata roślinnego. Tyle, że dzisiaj te rzeczy nie są tak wyraźnie widoczne, jak były jeszcze widoczne w tych czasach, w których ludzie potrafili je zauważać. Był taki okres, w którym ludzie rzeczywiście wiedzieli jeszcze o tym, że przez pewne ćwiczenia można nauczyć się prawidłowego pielęgnowania roślin. Na takie rzeczy dzisiaj już nie zwraca się uwagi i dlatego ludzie o materialistycznym nastawieniu przenoszą swoją aurę na innych ludzi (zabarwiają innych ludzie swoją materialistyczną aurą), tak, że owe subtelne oddziaływania zanikają. Dzieje się tak zwłaszcza kiedy ustawicznie przebywamy wśród ludzi, którzy wyśmiewają się z takich rzeczy. Toteż dzisiaj można tak łatwo temu przeczyć. Budzi to we mnie zawsze pewien opór, gdy mam mówić otwarcie o tych rzeczach przed większym audytorium. Opór budzi się we mnie dlatego, że dzisiaj bardzo łatwo można temu zaprzeczać z punktu widzenia panujących obecnie poglądów. Nasz przyjaciel Stegemann podczas konferencji w sali Bocka podniósł pewną delikatną kwestię, pytając, czy można tą metodą zwalczać pasożyty, mianowicie metodą koncentracji itp. Niewątpliwie można to robić, jeżeli tylko robi się to we właściwy sposób, a zwłaszcza, gdy robi się to od połowy lutego, to znaczy wtedy, gdy ziemia rozwija swoje największe soły i gdy są one w ziemi najbardziej skoncentrowane. Powiedzmy, gdybyśmy wyznaczyli sobie w tym okresie pewną określoną stałą godzinę i przeprowadzali wtedy koncentrację, to niewątpliwie taka koncentracja mogłaby wywołać pewien skutek. Jak powiedziałem, jest to bardzo delikatne pytanie, ale zarazem jest to pytanie, na które można odpowiedzieć pozytywnie. Tyle, że wtedy należy działać w harmonii z całą przyrodą. Musimy również zdawać sobie sprawę z tego, że przeprowadzanie medytacji w środku zimy nie jest tym samym, co przeprowadzenie ich w pełni lata. Bardzo dużo takich rzeczy znajduje się w niektórych przysłowiach ludowych, które nawet ludziom dzisiejszym mogą jeszcze wskazać na pewne bardzo ważne sprawy. Widzą państwo, wczoraj mógłbym jeszcze wspomnieć o tym, że wśród tych licznych rzeczy, które powinienem był zrealizować w mojej obecnej inkarnacji, ale których nie zrealizowałem, był również zamysł napisania tzw. chłopskiej filozofii – za­mysł, z który m się nosiłem będąc jeszcze młodym człowiekiem. Chciałem w niej przedstawić to, co myślą chłopi o sprawach, którymi żyją. Mogłoby wyjść z tego coś pięknego, coś, co zaprzeczyłoby twierdzeniom mądrali, którzy utrzymują, że chłop jest głupi. Taka książka mogłaby ukazać światu niezwykle subtelną i mądrą filozofię chłopów, która nawet w swoim słowotwórstwie tak pięknie opisuje intymności życia przyrody. Zapewne by Was zdziwiło, gdybyście dowiedzieli się, co wiedzą chłopi o zjawiskach zachodzących w przyrodzie. Jednak dzisiaj nie jest już możliwe napisanie takiej książki. Rzeczy te właściwie już całkowicie zanikły. Już nie jest tak, jak było jeszcze przed czterdziestu, pięćdziesięciu laty. Wówczas można było jeszcze urzeczywistnić coś niezwykłego, gdyż można się było nauczyć od chłopów znacznie więcej niżeli na uniwersytecie. Ale też były to zupełnie inne czasy. Żyło się wówczas z chłopami na wsi i gdy przychodzili ludzie w kalabryjskich kapeluszach[28], którzy wtedy wprowadzali dzisiejszy ruch socjalistyczny, to była to jakaś ogromna nowość. Dzisiaj świat całkiem się zmienił. Obecnej tutaj młodszej generacji zapewne jest już trudno wyobrazić sobie, jak bardzo zmienił się świat w ciągu ostatnich 30 – 40 lat. Dzisiaj zanikło już dużo owych osobliwych piękności, które wtedy jeszcze żyły w ludowym dialekcie, a jeszcze więcej zanikło prawdziwej filozofii chłop­skiej, która była pewnym rodzajem filozofii kultury. Nawet w kalendarzach chłopskich znajdywały się wtedy takie rzeczy, których już tam dzisiaj nie ma, a również one same [kalendarze] wyglądały całkiem inaczej, gdyż było w nich coś serdecznego, coś dobrodusznego. Widziałem jeszcze kalendarze, które były drukowane na nędznym papierze, ale w środku miały symbole planet i były kolorowe, a nawet miały na stronie tytułowej mały cukierek, z którym człowiek spotykał się najpierw, gdy brał do ręki kalendarz. W ten sposób kalendarze te miały nawet jeszcze swój słodki smak i ludzie korzystali z nich właściwie nieustannie.

 

Pytanie: Czy przy nawożeniu większych powierzchni należy kierować się wyczuciem, jeśli chodzi o liczbę rogów?

Rudolf Steiner: Nie radziłbym tego. Sądzę, że w takim wypadku należy postępować rzeczywiście z dużą rozwagą. Radziłbym najpierw drogą eksperymentowania osiągnąć najkorzystniejsze wyniki i następnie radziłbym rzeczy te przełożyć na liczby, tak żeby dostosować to do wymagań naszego dzisiejszego świata. Chodzi o to, żeby ludzie mieli odpowiednie tabele i mogli z nich korzystać. Zatem radziłbym postępować tu w ten sposób: Jeśli ktoś uważa, iż ma odpowiednie predyspozycje i może te rzeczy robić na wyczucie, to niech to robi. Jednakże, kiedy mamy do czynienia innymi ludźmi, nie powinniśmy lekceważyć znaczenia takich rzeczy, jak tabele. Powinniśmy wszystko to również przedstawić w konkretnych liczbach i wykresach. Należałoby to rzeczywiście przełożyć na przeliczalny język liczb, albowiem jest to dzisiaj niezbędne. Potrzebne są nam rogi krowy po to, żeby te rzeczy realizować w praktyce, ale nie są nam potrzebne rogi byka, żeby je niszczyć. Jest to bowiem coś, co bardzo łatwo budzi opór. Toteż tam, gdzie jest to tylko możliwe, radziłbym zawierać kompromisy, a także radziłbym państwu dobrze uwzględniać to, co o tych sprawach mówi otaczający nas świat.

 

Pytanie: Czy można stosować wapno palone w pryzmach kompostowych w zalecanych dzisiaj procentach?

Rudolf Steiner: Tutaj mogą się nam bardzo przydać stare doświadczenia. Tyle, że trzeba będzie przeprowadzić specyfikacje w zależności od rodzaju gleby, a więc w zależności od tego, czy mamy glebę borowinową, czy piaskową. Mniej wapna palonego będziemy potrzebować przy glebie piaskowej, natomiast więcej przy glebie borowinowej z powodu jej zakwaszenia.

 

Pytanie: Co można powiedzieć o przekopywaniu pryzmy kompostowej?

Rudolf Steiner: Nie wpływa to na nią źle. Naturalnie chodzi tylko o to, żeby po takim przekopaniu, przykryć pryzmę warstwą ziemi, tak żeby miała osłonę. Szczególnie dobrze działa tutaj miał torfowy.

 

Pytanie: Jaki rodzaj potasu należałoby ewentualnie zastosować w okresie przestawiania gospodarstwa?

Rudolf Steiner: Kali magnesia.

 

Pytanie: Jak można najlepiej wykorzystać nawóz krowi, który pozostał nam po napełnieniu rogów? Czy należy go wyrzucić w jesieni na pole, tak żeby mógł tam doświadczyć tego, czym może go obdarzyć zima, czy też należy go odłożyć aż do wiosny?

Rudolf Steiner: Musi być pan świadomy tego, że nawóz krowi z rogu nie zastępuje w pełni nawożenia i dlatego musimy dalej nawozić. Chodzi o to, żeby nowe nawożenie potraktować jako pewien rodzaj ekstra nawożenia, które w sposób zasadniczy udoskonala dotyczasowe nawożenie. A więc pozostawiamy dotychczasowe nawożenie.

 

 

Wykład 6

Koberwitz, 13 czerwca 1924

Właściwe substancjowanie nawozu[29]

 

To, co przedstawiłem wczoraj, mówiąc o sposobie uszlachetnia nasze­go nawozu w rogach krowich, należy naturalnie rozumieć jako proces uszlachetniania nawożenia. Oczywiście, zachowujemy nawożenie jako takie. Dzisiaj natomiast będziemy mówić o tym, jak powinniśmy ustosunkować się do nawożenia, – jeśli mamy zrozumieć, że chodzi tutaj o utrzymanie życia w obrębie żywego elementu przyrody, które musimy w nim utrzymać.

Widzieliśmy już, że ów eteryczna – żywy element właściwie nigdy nie powinien opuszczać tego, co znajduje się w sferze rośnięcia, w sferze wegetacji.

Toteż tak dużą wagę przykładaliśmy do tego, żeby zrozumieć, że gleba, z której wyrasta roślina i która otacza jej korzenie, jest właściwie dalszym ciągiem tej wegetacji, jest jej kontynuacją w glebie, jest roślinno – żywym elementem w samej glebie, a więc jest czymś żywym. Wczoraj mówiłem już o tym, jak powinniśmy wyobrażać sobie owo przejście od kopczyka ziemi – z jego wewnętrznym żywym elementem, który pojawił się tam, powiedz­my, dzięki temu, że wprowadziliśmy do niego humus – do drzewa, które otacza się korą, a nawet martwicą korową (korowiną). Jest rzeczą zrozumiałą, że gdy ludzie w czasach nowożytnych utracili wgląd w wielkie procesy natury, w owe wielkie powiązania natury – a nawet utracić musieli – już nie wiedzą, jak działają siły tego życia (które jest wspólne organizmowi ziemi i organizmowi rośliny), i jak ono przechodzi do produktów wydzielania istot żywych, a więc do obornika. Zatem z upływem czasu ów dawny wgląd w wielkie procesy przyrody zanikał coraz bardziej i tak być musiało.

Już podczas wczorajszej rozmowy powiedziałem, że nauka włączająca do sfery swoich badań nadzmysłową dziedzinę świata nie powinna hałaśliwie i z fanatyzmem wkraczać w sprawy, które w ostatnich czasach wypracowali ludzie na różnych obszarach życia; i także powiedziałem, że chodzi o to, żeby w pełni docenić to, co zostało już dokonane. Właściwie na­leży przeciwstawić się tylko tym rzeczom – jeżeli można to tak określić, – które opierają się na całkowicie fałszywych założeniach i związane są z materialistycznym światopoglądem doby obecnej. Osiągnięcia te należy tylko uzupełniać wiedzą, którą należy czerpać z żywej obserwacji świata – z obserwacji prowadzonej na różnych obszarach życia. Dlatego nie uważam za szczególnie potrzebne, żeby tutaj mówić np. o tym, jak sporządza się na­ wóz z obornika, gnojówki i kompostu. Przy przetwarzaniu obornika i gnojówki postępowano bardzo różnie i zapewne będziemy mogli jeszcze niejedno powiedzieć o tym podczas dzisiejszej popołudniowej rozmowy. Żeby jednak zapanowało zrozumienie, chcę tu z góry powiedzieć, że na naszych polach będziemy musieli uprawiać gospodarkę rabunkową. Tę rabunkową gospodarkę będziemy musieli uprawiać dlatego, że my z tym wszystkim. co wysyłamy z naszych gospodarstw do otaczającego nas świata, w gruncie rzeczy zabieramy glebie siły, a nawet zabieramy siły powietrzu i naturalnie musimy je zastąpić. Dlatego chcąc we właściwy sposób ożywić glebę musimy dołożyć starań, aby coraz lepiej obchodzić się z nawozem, a więc z tym, czego najbardziej potrzebujemy dla wyjałowionej gleby. Otóż w odniesieniu do tej sprawy materialistyczny doprowadził do tego, że ostatnio pojawiły się różne błędne poglądy.

Po pierwsze: Prowadzi się dzisiaj szczegółowe badania mające udzielić odpowiedzi na pytanie, jak działają bakterie, owe najmniejsze żywe istoty, przy czym przypisuje się im nawet to, że mogą wytwarzać nawóz o odpowiednim składzie substancjalnym. Bada się nawet to, jak zachowują się bakterie w nawozie i przypisuje się im jakąś szczególną rolę. Przeprowadzono już bardzo pomysłowe i niezwykle logiczne eksperymenty, które polegały na wszczepianiu bakterii do gleby. Zawsze jednak dawało to wy­niki dość nietrwałe i nie przyniosło większego pożytku. Wszystko to wypływa z takiego sposobu myślenia, który można porównać z następującym rozumowaniem: Oto ktoś odkrył, że w jakimś pomieszczeniu pojawiło się niezwykle dużo much i wyobraża sobie, że jest ono brudne z tego powodu. że znajduje się w nim dużo much. Jest jednak tak, że pomieszczenie to nie jest brudne z tego powodu, że znajdują się w nim muchy, lecz muchy są w nim z tego powodu, że jest brudne. Również nie oczyścimy go w ten sposób, że będziemy wymyślać różne sposoby rozmnażania much, zakładając, że muchy ów cały brud zjedzą. Podobnie nic tu nie da wymyślenie sposobu zmniejszenia liczb itp. Tymi metodami niewiele można tu osiągnąć. W każdym razie więcej moglibyśmy osiągnąć wówczas gdybyśmy od razu przystąpili do usunięcia brudu.

Zatem przy stosowaniu w nawozie produktów wydzielania zwierzęcego chodzić będzie o to, żeby te małe żywe istoty[30] traktować jako coś, co pojawia się i rozwija się w nim za sprawą pewnych procesów i jest to symptomem wskazującym na jego stan· Toteż nie powinny one być tutaj rzeczą najważniejszą. Odnosi się to zarówno do ich zaszczepiania jak i ho­dowli. A więc wszędzie chodzi tutaj o to, żeby przede wszystkim trzymać, się tego, co dla rolnictwa jest rzeczą nieistotną, to znaczy żywych procesów: żeby nie wychodzić poza obręb życia i jak najm niej podchodzić do tych małych istot z atomistycznym sposobem myślenia.

Naturalnie, nie należy twierdzić czegoś takiego jeżeli równocześnie nie pokazało się, w jaki sposób można to praktycznie osiągnąć. Niewątpliwie to co dotychczas powiedziałem można usłyszeć od ludzi reprezentujących różne inne orientacje. Najważniejsze jest jednak to żeby nie tylko wiedzieć co jest słuszne albowiem często niewiele można dokonać z samymi słusznymi poglądami gdy tzw. "słuszna metoda"oddziałuje negatywnie gdy równocześnie nie ma się odpowiednich środków aby się jej przeciwstawić. Zatem należałoby zaniechać wskazywania palcem na rzeczy negatywne w sytuacji gdy równocześnie nie można przedstawić pozytywnej propozycji, ponieważ wywołuje to tylko zadrażnienia.

Po drugie – znowu pod wpływem materialistycznego sposobu myślenia – zaczęto ostatnio przywiązywać dużą wagę do tego, aby na różne sposoby poddawać nawóz działaniu różnych nieorganicznych związków lub pierwiastków. Jednak drogą eksperymentowania przekonano się, że nie działa to dobrze na dłuższą metę. Otóż musimy być świadomi tego, że realizowanie przeze mineralizowanie nawozu [dodawanie związków nieorganicznych] można jedynie ożywiać płynny element gleby, tylko wodę, podczas gdy do prawidłowej uprawy roślin koniecznie potrzebne jest coś więcej jak samo tylko przeorganizowanie wody, jak tylko samo ożywianie wody, gdyż z wody sączącej się przez glebę nie wyłoni się żadne dalsze ożywienie [tzn. ożywienie jej elementu mineralnego].

Glebę należy ożywiać wprost, a tego nie można osiągnąć, gdy wykonuje się zabiegi, które stopniowo prowadzą do jej mineralizacji. Można to osiągnąć tylko wtedy, gdy na glebę oddziałuje się elementem organicznym. Jednakże element organiczny trzeba najpierw doprowadzić do odpowiedniego stanu, żeby mógł działać organizująco i ożywiająco na stały element gleby, tj. na nią samą. Wszystko to – (a więc doprowadzenie obornika lub gnojówki do odpowiedniego stanu, a właściwie każdej substancji, którą stosujemy w ten sposób) – będziemy mogli realizować prawidłowo wtedy, jeśli pozostaniemy w obrębie żywych procesów przyrody.,A właśnie trzymanie się życia Jest zadaniem tego impulsu duchowego, który dzisiaj może dać rolnictwu nauka poszerzona o antropozofię (Geisteswissenschaft) Chce ona wglądać wszędzie w wielkie procesy życia, toteż pomija mikroskopową obserwację, a także pomija wynikające z niej wnioski, gdyż nie ma to tutaj większego znaczenia. Natomiast jej zadaniem jest obserwacja procesów ma­krokosmicznych, owej dalekiej sfery działania przyrody. Naturalnie, żeby można było to urzeczywistnić, należy najpierw koniecznie się tego nauczyć – tzn. nauczyć się wglądać w owe makrokosmiczne procesy przyrody (Naturwirkungen).

Istnieje pewien współczesny pogląd, którego można napotkać – w jego różnych odmianach – w całej literaturze rolniczej, a który, jak się uważa, miał wyniknąć z samego doświadczenia. brzmi on następująco: Jakość gleby i rozwój rośliny przede wszystkim zależą od azotu, kwasu fosforowego, wapnia, potasu, chloru itd., a nawet żelaza. Natomiast kwas krzemowy, ołów, arsen, rtęć – a nawet wymienia się sód, – nie mają tutaj większego znaczenia i najwyżej mogą tylko pobudzać rozwój rośliny.

Ludzie, którzy to mówią, dowodzą tylko, że szukają drogi po omacku, a jedyną dobrą rzeczą jest tutaj chyba tylko to, – Zapewne dlatego iż działa tu jeszcze stara tradycja, – że jeszcze nie czynią z roślinami owych szalonych rzeczy, które zapewne by czynili, gdyby takim wyglądem chcieli się kierować w życiu. W życiu nie można się jednak kierować w takim poglądem. Ale, o co tu właściwie chodzi?

Widzą państwo, w rzeczywistości sprawa wygląda tak, że wielka przyroda jeszcze daruje człowiekowi, gdy ten nie zwraca uwagi na jej kwas krzemowy, na ołów, na rtęć i arsen, ale już nie daruje mu, gdy nie zwracam należnej uwagi na jej potas, wapno i kwas fosforowy. Kwas krzemowy, ołów, rtęć i arsen daje bowiem człowiekowi niebo samorzutnie wraz z deszczem. natomiast inaczej jest już z kwasem fosforowym, wapniem i potasem, gdyż człowiek może je mieć w glebie w sposób prawidłowy tylko wtedy, gdy ją prawidłowo uprawia, gdy ją prawidłowo nawozi. Tymi rzeczami niebo nie obdarza człowieka samorzutnie. Poza tym, prowadząc uprawy ciągłe, można glebę wyjałowić z tych substancji. Nieprawdaż, glebę wyjaławiamy ustawicznie, ale dlatego również musimy ją nawozić, a może się również okazać, jak to się dzieje w bardzo wielu gospodarstwach rolnych, że takie wyrównywanie nawozem może być jeszcze za słabe. Zatem prowadzimy gospodarkę rabunkową i ustawicznie wyjaławiamy glebę.

Wobec tego należy postarać się o to, żeby przyroda mogła rozwinąć tutaj swoją aktywność w sposób najbardziej prawidłowy. Tutaj rzeczą najważniejszą jest stymulowanie przyrody. Otóż wokół wokół całej Ziemi działają substancje, które zostały tam rozmieszczone w najsubtelniejszych proporcjach. O substancjach tych sądzi się, że nie są wcale potrzebne roślinom, a jednak rośliny potrzebują je nie mniej niż te, które pobierają z gleby. Zatem rośliny z kosmosu wchłaniają rtęć, arsen i kwas krzemowy i także wchłaniają je z gleby, gdy zostaną one wpromieniowane.

Otóż ludzie przez swoje niewłaściwe traktowanie gleby mogliby jej przeszkodzić owe kosmiczne substancje wypromieniowywać w organizmy roślin. A więc jeśli ktoś nawozi w sposób bezmyślny, to stopniowo doprowadzi do tego, że gleba nie będzie mogła wchłaniać tego, co w najsubtelniejszych, homeopatycznych dawkach działa w kwasie krzemowym, ołowiu i rtęci, a co przychodzi z kosmosu. Musi to wniknąć do rośliny po to, żeby mogła ona mieć to, czego rzeczywiście potrzebuje, a to może otrzymać właśnie za pośrednictwem gleby; musi to wniknąć do rośliny, która przecież organizm swój buduje dzięki kształto-twórczej aktywności węgla oraz z pomocą tego, co w najsubtelniejszych dawkach przychodzi do niej z kosmosu.

Toteż musimy postępować teraz nie tylko tak, jak to przedstawiłem wczoraj, ale musimy jeszcze poddać nawóz innej obróbce. Chodzi teraz nie tylko o to, żeby wprowadzić do niego substancje, które jak się nam wydaje, powinien on posiadać, lecz chodzi także o to, żeby wyposażyć go w żywe siły. Dla rośliny owe żywe siły są nawet czymś ważniejszym niż same substancje. Gdybyśmy mieli glebę nawet najbardziej zasobną w te lub inne substancje, to roślina i tak nie będzie miała z tego pożytku, jeśli – (poprzez odpowiednie nawożenie) – nie uzdolnimy jej do wchłaniania znajdujących się w niej sił. Właśnie o to tutaj chodzi.

Dzisiaj ludzie nie są świadomi tego, jak homeopatyczne dawki określonych substancji silnie działają na żywe organizmy. Myślę, że od czasu, kiedy badania pani dr Kolisko postawiły na solidnych naukowych podstawach to, co dotychczas w homeopatii było szukaniem drogi po omacku, – (chodzi o badania wpływu dawek homeopatycznych na żywe organizmy) – można już uważać za fakt naukowo dowiedziony, że przez odpowiednie stosowanie homeopatycznych dawek określonych substancji uwalniamy i uaktywniamy znajdujące się w nich promieniuje siły – siły tak bardzo potrzebne w świecie organicznym.

Stosowanie takich małych dawek przy nawożeniu nie będzie trudne. Widzieliśmy już, że w ten sposób, – (gdy będziemy to robić szybko i sprawnie przed lub po nawożeniu, wykorzystując przy tym to, co przygotowaliśmy w rogach krowich) – wprowadzamy do nawozu [kompostu] siły, które należy do niego wprowadzić, aby wesprzeć go w jego działaniu – przy czym nawóz taki stosujemy oddzielnie, a nie razem z nawożeniem homeopatycznym. Musimy teraz dołożyć starań, by rzeczywiście wprowadzić do niego prawdziwe życie, prawdziwą witalność. Musimy mu dać taką konsystencję, żeby mógł zachować w sobie tyle azotu i innych substancji. ile ich potrzebuje. Toteż musimy nadać mu kierunek prowadzący ku życiu, ku witalności, który uzdolni go do wprowadzania tej witalności do gleby. Przedstawię teraz państwu kilka substancji, które wprowadzą do niego coś, co tak go ożywi, iż będzie mógł to swoje wzmocnione życie przenosić znowu do gleby.

Przy czym chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że gdyby na jakimś terenie trudno je było pozyskać, to można je zastąpić czymś innym. Tylko w wypadku jednej rośliny będzie to niemożliwe, mianowicie dlatego, że jest to rośli na do tego stopnia wyjątkowa, iż nie posiada swojego odpowiednika wśród innych gatunków roślin.

Stosownie do tego, co już tu przedstawiłem, musimy zwrócić uwagę na to, żeby owe pierwiastki, które w świecie organicznym odgrywają tak ważną rolę – czyli węgiel, wodór; azot i siarka – mogły prawidłowo połączyć się w nawozie z innymi substancjami, powiedzmy, z solami potasu. A jeśli chodzi o sole potasu, to niewątpliwie już coś o nich wiemy – np. wiemy, że sole potasu lub potas wprowadzają procesy rośnięcia do takich rejonów organizmu rośliny, które często stają się (jej) szkieletem, a więc tworzą w roślinie to, co jest w niej mocne, twarde, zgrubiałe (Feste, Stämmige), – a także wiemy, że potas zatrzymuje wzrost w łodydze i liściach [tzn. w głównym pędzie rośliny]. Jednak teraz chodzi o to, żeby tak przetworzyć potas w obrębie procesów organicznych rozgrywających się między glebą i roślinną, żeby potas prawidłowo oddziaływał na właściwe ciało rośliny, a więc na jej szeroko rozumiany element białkowy. Zatem jeśli chcemy tu coś osiągnąć, musimy przeprowadzić następującą procedurę:

Bierzemy krwawnik pospolity. Jest to roślina, którą możemy znaleźć prawie wszędzie. Gdyby jednak krwawnik nie występował na jakimś terenie, można również użyć suche ziele krwawnika i stosować w ten sam sposób. Otóż krwawnik jest cudownym organizmem, – ale jest nim właściwie każda roślina. To, że jest on organizmem cudownym, można odczuć zwłaszcza wtedy, gdy ogląda się inne rośliny. Posiada on bowiem w sobie coś, na co wskazywałem państwu, mówiąc, że świat duchowy przykłada się do pracy w sposób szczególny zawsze wtedy, gdy chce pewne rzeczy (tj. węgiel, azot itd.) przetransportować do odpowiadających im miejsc w organizmie rośliny. Otóż krwawnik sprawia takie wrażenie, jak gdyby twórca świata roślin miał w nim model prawidłowego wiązania siarki z innymi substancjami organizmu roślinnego. Powiem tak: W żadnej innej roślinie nie udało się twórczym jestestwom przyrody tak doskonale zastosować siarkę, jak właśnie w krwawniku. Gdy zapoznamy się z tym, jak działa krwawnik w zwierzęcym i ludzkim organizmie, gdy zapoznamy się, jak może on naprawiać [uzdrawiać] w nim wszystko to, co ma swoją przyczynę w słabości ciała astralnego, – (oczywiście, jeśli zostanie doprowadzony w prawidłowy sposób do stanu biologicznej aktywności), – wówczas możemy go badać dalej w jego "krwawnikowości" we wszystkich procesach przebiegających w organizmach roślin. Krwawnik wywiera swój dobroczynny wpływ już przez to, że rośnie sobie gdzieś na skraju polnej drogi, a więc tam, gdzie uprawiamy zboże, ziemniaki itd. Z takich miejsc nie należy go usuwać. Oczywiście, należałoby nawet w jakiś sposób chronić go, a nawet przenosić na inne miejsce, gdy staje się uciążliwy, gdy przeszkadza. Może przeszkadzać, ale właściwie nigdy nie jest szkodliwy. Działa tak, jak działają niektóre sympatyczne osoby w towarzystwie, a więc już tyl ko przez samą swoją obecność, a nie przez to, co mówią. Tak również działa krwawnik – to znaczy, oddziałuje na swoje otoczenie już tylko przez to, że się tam pojawia.

Z krwawnikiem postępujemy w następujący sposób: Bierzemy z nie­go to, co znajduje zastosowanie również w medycynie, mianowicie jego kwiatostany, które po zerwaniu musimy krótko podsuszyć, gdyż są jeszcze świeże. Następnie, jeszcze przed ich zastosowaniem, wyciskamy sok z jego liści. Sok ten możemy pozyskać nawet z suchych liści, jeśli je najpierw krótko zagotujemy. Sokiem tym polewamy jego [baldachokształtne] kwiatostany. Jak zawsze, nie wychodzimy to poza granice żywego elementu natury. Bierzemy teraz jedną lub dwie garście kwiatostanów; mocno je ugniatamy; odkładamy do pęcherza jeleniowatych i zawiązujemy pęcherz. Mamy w nim teraz gęstą substancję. W lecie wieszamy to w jakimś dobrze nasłonecznionym miejscu, a w jesieni zdejmujemy i wkładamy na zimę do ziemi, ale nie za głęboko. W ten sposób kwiatostany krwawnika, – (które mogą mieć nawet zawiązki owoców) – będą zamknięte przez cały rok w pęcherzu jelenia i częściowo będą się znajdować nad ziemią, a częściowo pod ziemią. Zauważymy wówczas, że konsystencja ich w zimie zmieni się w sposób szczególny.

Gdy później – (w ten sposób możemy przechowywać pęcherz z kwiatkami krwawnika tak długo, jak tylko będziemy chcieli – przy czym nie będzie to wymagać szczególnego nakładu pracy) – substancję tę wprowadzimy w kilku miejscach do pryzmy obornika, – (która może być nawet tak duża, jak wiejska chata), – to zacznie ona silnie promieniować. A dzisiaj o istnieniu promieniowania przekonany jest nawet materialiści, gdyż sami mówią np. o promieniowaniu radu. Zatem będzie ona teraz oddziaływać na obornik lub kompost, oczywiście, jeśli ją tam odpowiednio wprowadzimy i rozmieścimy.

Substancją tą można rzeczywiście ożywiać, odświeżać i regenerować glebę i można prawidłowo poprowadzić to, co w przeciwnym razie musiałoby potoczyć się torem uprawy rabunkowej. Będziemy mogli teraz przywrócić nawozowi zdolność ożywienia gleby, – i gleba znowu będzie mogła wyłapywać to, co dopływa do niej z kosmosu w najsubtelniejszych homeopatycznych dawkach jako kwas krzemowy, ołów itd. Byłoby dobrze, gdyby członkowie naszej grupy badawczej dalej przeprowadzali eksperymenty z tymi rzeczami, a przekonają się, jak dobrze to regeneruje glebę.

Teraz, gdy już się dowiedzieliśmy, jaką rośliną jest krwawnik, – (gdy dowiedzieliśmy się, że jego homeopatyczna siarka, – która jest w nim tak wzorowo połączona z potasem – tak wspaniale oddziałuje z niego samego i gdy dowiedzieliśmy się, że dzięki temu może on swoje siły wypromieniowywać na większe masy substancji organicznej), – wyłania się pytanie: Ale dlaczego musi to leżeć właśnie w pęcherzu jelenia?

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musimy uważnie przyjrzeć procesowi, który zachodzi w pęcherzu jelenia. Jeleń jest bowiem bardzo intymnie związany z tym, co w otaczającym go ziemskim środowisku jest kosmiczne. Związany jest on z tym kosmicznym elementem bardziej niż ziemią; to też posiada on poroże, o którego cechach i zadaniach mówiliśmy wczoraj. Otóż, gdy to, co zawiera krwawnik, znajdzie się w organizmie człowieka lub zwierzęcia, wówczas zostaje poddane szczególnej konserwacji za sprawą pewnego procesu, który dokonuje się między nerkami i pęcherzem, przy czym, jego przebieg zależy od substancjalnej właściwości pęcherza. W pęcherzu jelenia – nawet jeśli jest on tak bardzo cienki – mamy siły, które przede wszystkim związane są z siłami kosmosu i nie są tak bardzo związane z jego wnętrzem, jak siły działające w organizmie krowy, gdzie pracują znowu całkiem inne siły. Pęcherz jelenia jest wprost odbitką kosmosu. Zatem kiedy dajemy do niego krwawnik, dajemy mu możliwość wzmocnienia tych sił, które posiada w celu wiązania siarki z innym i substancjami. Toteż w sposobie obróbki krwawnika, jaki podałem, mamy coś, co zasadniczo poprawia jakość nawozu. Wychodzimy zatem z żywego elementu, a nie z chemii nieorganicznej. Jest to bardzo ważne. Weźmy inny przykład. Chodzi teraz o to, że nawóz także powinien mieć możliwość przyjmowania życia w takiej ilości, by później mógł je wprowadzać do gleby. Otóż żeby mu to umożliwić, musimy go uzdolnić do jeszcze intensywniejszego wiązania takich substancji, jakich potrzebuje roślina, a więc poza potasem jeszcze wapnia i jego związków. W krwawniku mamy przede wszystkim do czynienia z siłami potasu. Jeśli teraz chcielibyśmy pozyskać jeszcze siły wapnia, to potrzebna nam będzie znowu taka roślina, która wprawdzie nie zachwyca nas aż tak bardzo jak krwawnik, ale jednak również zawiera siarkę w ilości homeo­patycznej, mianowicie po to, żeby z jej pomocą przyciągać inne potrzebne jej substancje i także po to, żeby wciągać je w pewien proces organiczny. Rośliną tą jest rumianek.

Otóż nie jest prawdą, że rumianek (Chamomilla officinalis) wyróżnia się w królestwie roślin tylko przez to, że posiada dużo potasu i wapnia. Jeżeli chodzi o krwawnik, to ten w twórczym procesie potasowym rozwija przede wszystkim swoją siłę siarczaną i dlatego zawiera dokładnie taką ilość siarki, która jest niezbędna do przetworzenia potasu. Natomiast rumianek jeszcze dodatkowo przetwarza wapń, a przetwarza go po to, żeby z rośliny usunąć szkodliwe procesy, szkodliwe siły, przy czym są to procesy i siły owoco­twórcze. Zatem rumianek przetwarza wapń po to, żeby roślinę utrzymywać w zdrowym stanie. Jest coś cudownego w tym, że również rumianek ma trochę siarki, lecz już w innej ilości, albowiem musi także przetwarzać wapń. Są to znowu takie rzeczy, które należałoby dalej badać. Widzą państwo, to, co płynie z nauki, która do swoich badań włącza duchową dziedzinę świata, dotyczy zawsze szerokiego pola aktywności przyrody, dotyczy zagadnień makrokosmicznych, a nie mikrokosmicznych.

Teraz musimy przyjrzeć się przemianie, której podlega rumianek w ludzkim lub zwierzęcym organizmie. Otóż, kiedy się ów proces obserwuje, zauważa się, że tutaj najważniejszym narządem nie jest pęcherz, lecz ścianki jelita. Największe znaczenie ma tutaj substancja ścianek jelita. Dla­ tego żeby zastosować rumianek w podobny sposób jak krwawnik, musimy znowu uzbierać trochę jego delikatnych żółto-białych główek i poddać je obróbce tak samo, jak czyniliśmy to przy kwiatostanach krwawnika, tyle że tym razem nie wkładamy tego do pęcherza, lecz do jelita krowy.

Widzą państwo, można tu robić rzeczy cudowne. Nie potrzeba tego dużo, ale jest to jednak rzecz cudowna. A więc zamiast robić to, co robią dzisiaj ludzie z jelita krowy, mianowicie zamiast robić parówki, napełniamy jelito nadzieniem z kwiatów rumianku. W ten sposób mamy znowu coś, co musimy w odpowiedni sposób wystawić na oddziaływanie sił natury. Jak państwo widzą, również tutaj przez cały czas pozostajemy w obrębie żywe­go elementu przyrody, w obrębie życia. Tyle, że te kosztowne parówki – są one rzeczywiście bardzo kosztowne – musimy przez całą zimę (na niezbyt dużej głębokości) wystawić na oddziaływanie gleby zasobnej w próchnicę. Chodzi bowiem o to, żeby teraz oddziaływał na nie żywy element przyrody spokrewniony z ziemią. Wybieramy takie miejsce, gdzie śnieg leży zawsze nieco dłużej i gdzie równocześnie na ten leżący śnieg intensywnie świeci słońce, gdyż musi w nie wniknąć jak najwięcej sił kosmiczno-astralnych. Chodzi o to, żeby jak najwięcej takich sił mogło wniknąć tam, gdzie zakopaliśmy te kosztowności.

Na wiosnę wyciągamy je z ziemi i przechowujemy znowu w taki sam sposób, jak robiliśmy to poprzednio. Następnie również w taki sam sposób wprowadzamy je do nawozu, czyli tak samo jak krwawnik. W ten sposób otrzymamy nawóz, który z jednej strony będzie wiązać azot trwalej niż inne nawozy, a z drugiej strony będzie także ożywiać glebę, a to sprawi, że gleba będzie mogła teraz intensywniej oddziaływać na rozwój roślin. Nawożąc w ten sposób – to znaczy tak, jak gdybyśmy w ogóle nie nawozili – będziemy mieć rośliny rzeczywiście zdrowsze.

Wszystko to robi dzisiaj wrażenie wariactwa – wiem o tym – ale pomyślcie, jakie to już rzeczy nie wydawały się ludziom czystym wariactwem, a co jednak wprowadzono już po paru latach. Np. w gazetach szwajcarskich ktoś przed laty przekonywał, że w Szwajcarii należy zbudować kolej wysokogórską. Jakież to zarzuty posypały się wtedy na jego głowę! Ale już po niedługim czasie założono tam kolej wysokogórską i dzisiaj ludzie nie myślą już o tym, że człowiek, który to wymyślił, był wariatem. W tego rodzaju sprawach chodzi o to, żeby usuwać uprzedzenia. Jak powiedziałem, gdyby z jakiegoś powodu, tu lub tam, nie można było tych dwóch roślin znaleźć, to można je zastąpić innym i roślinami, chociaż nie będą one równie skuteczne, – ale można również zastosować ziele krwawnika i rumianku z apteki.

Natomiast byłoby trudniej zastąpić tutaj inną roślinę ze względu na jej niezwykle dobroczynne oddziaływanie na nawóz. Roślina ta nie cieszy się szczególną sympatią ludzi. Ludzie bowiem najczęściej z przyjemnością głaszczą to, co lubią, a właśnie tej rośliny nie lubią oni głaskać. Oczywiście jest to pokrzywa. Jest ona naprawdę naszym wielkim dobroczyńcą w świecie roślin i nie można jej zastąpić inną rośliną. Toteż, gdy nie można jej było znaleźć w pobliżu, można zastosować suche ziele. Pokrzywa jest wszędobylską panią i naprawdę potrafi bardzo dużo. Posiada ona coś, co wszędzie porządkuje i przetwarza element duchowy, mianowicie posiada siarkę, o której znaczeniu już mówiłem. Ale oprócz tego, że umożliwia ona wapnio­wi i potasowi rozwijanie własnego promieniowania i własnych sił, posiada także promieniowania żelaza, które na bieg procesów przyrody wpływają niemal tak dobroczynnie, jak nasze własne żelazowe promieniowania [w naszej krwi]. Zaprawdę, pokrzywa ze swoim dobroczynnym oddziaływa­niem nie zasłużyła sobie na takie lekceważenie, z jakim często spotyka się ze strony ludzi. Człowiek powinien właściwie przylgnąć do pokrzywy całym swoim sercem, gdyż dzięki swojej wewnętrznej organizacji i swojemu działaniu jest ona [w organizmie przyrody] rzeczywiście tym, czym jest serce w organizmie człowieka. A ponieważ pokrzywy są tak wielkim do­broczyńcą, przeto pomogą nam w wypadku – panie hrabio, proszę mi wybaczyć, jeśli teraz dotknę sprawy nazbyt lokalnej, – gdy koniecznie trzeba odciążyć glebę od nadmiaru żelaza. Trzeba je tylko zasadzić w odpowiednim miejscu. Po­krzywy bowiem uwalniają górną warstwę gleby od wpływu sił żelaza, a czynią to dlatego, że bardzo go pożądają i przyciągają do siebie. Wprawdzie nie osłabia to wtedy samego żelaza, jednak osłabia jego oddziaływanie na rośliny. Toteż sadzenie pokrzy w na terenie, gdzie występuje nadmiar żelaza w glebie, ma duże znaczenie dla całego otoczenia [dla rosnących tam roślin]. Wskazuje na tą sprawę tylko na marginesie niniejszego wykładu. Chcę bo­ wiem zwrócić uwagę na to, że już sama obecność pokrzyw może mieć duże znaczenie dla całego otoczenia – tj. dla rosnących tam roślin.

A więc, aby poprawić jakość nawozu, bierzemy pokrzywy – oczywiście te, które mamy pod ręką. Pozostawiamy je znowu na pewien czas, by lekko zwiędły i nieco je ugniatamy. Teraz jednak nie wkładamy je do pęcherza jelenia i jelita krowy lecz po prostu zakopujemy w ziemi i tylko obkładamy lekką warstwą miału torfowego. Chodzi o to, żeby nie kontaktowały się one bezpośrednio z ziemią. Zatem zakopujemy je w ziemi. Musimy jednak dobrze zapamiętać sobie to miejsce, żebyśmy potem nie wykopali samej ziemi, gdy je będziemy wyjmować. W ziemi pozostawiamy je przez zimę i lato, gdyż muszą w niej przeleżeć cały rok. Będzie to później substancja o niezwykłym działaniu.

Substancję tę wprowadzamy teraz do nawozu w ten sam sposób, jak czyniliśmy to z poprzednimi preparatami. Dzięki temu nawóz będzie mógł wewnętrznie odczuwać (spostrzegać). Będzie on rzeczywiście odczuwać, jak gdyby kierował się własną świadomością i nie będzie pozwalać, gdy coś będzie rozkładać się w sposób nieprawidłowy; gdy w nieprawidłowy sposób np. będzie się wydzielać azot itp. W ten sposób będziemy nawóz nasycać [jak gdyby] rozsądkiem, a zarazem będziemy go uzdolniać do nasycania nim także ziemi, do której będziemy go wprowadzać. Dzięki temu gleba będzie się mogła indywidualnie ustosunkowywać do roślin, które w ten sposób będziemy chcieli uprawiać. Jest to rzeczywiście jak gdyby gdyby nasycanie gleby rozumem[31] (Durchvernünftigung des Bodens) a możemy to urzeczywistnić właśnie przez wprowadzenie do nawozu preparatu z Urtica dioica.

Widzą państwo, dzisiejsze metody uszlachetnienia nawozu, – jeśli nawet czasem mogą nas zaskoczyć swoją zewnętrzną skutecznością – zmie­rzają właściwie do tego, żeby wszystkie te cudowne płody rolne stopniowo uczynić czymś, co właściwie będzie tylko wypełniać ludzki żołądek, gdyż już nie będą miały prawdziwych sił odżywczych. Chodzi o to, żebyśmy nie dali się oszukać, widząc że jakaś roślina jest duża i napuszona, – żebyśmy wiedzieli, że najważniejszą rzeczą jest tutaj to, czy na trwałe posiada ona w sobie rzeczywistą siłę odżywczą.

Następną sprawą, którą musimy tutaj poruszyć są choroby roślin, któ­re chciałbym jednak omówić ogólnie. Dzisiaj jest tak, że ludzie z wielkim upodobaniem specjalizują się we wszelkich możliwych rzeczach i mówią o tej lub innej chorobie.

Jest to podejście całkowicie prawidłowe z naukowego punktu widzenia. Należy bowiem wiedzieć, jak wygląda to lub tamto. Ale tutaj jest podobnie, jak z lekarzem, dla którego najczęściej nie to jest najważniejsze, że może opisać jakieś schorzenie, lecz to, że może je wyleczyć. Przy leczeniu wchodzą w rachubę całkiem inne punkty widzenia niż te, które potrzebne są dzisiaj do opisania schorzenia. Można nawet osiągnąć dużą biegłość w opisywaniu schorzeń według reguł dzisiejszej fizjologii i fizjologicznej chemii. Można dokładnie wiedzieć, co dzieje się w chorym organie, ale to jeszcze nie wystarcza, żeby go wyleczyć. Nie można bowiem leczyć skutecznie kierując się tylko histologicznym lub mikroskopowym orzeczeniem. Należy zawsze uwzględniać szerszy zakres uwarunkowań danej choroby. Również tak samo sprawy przedstawiają się wtedy, gdy mamy do czynienia z organizmem rośliny. A ponieważ organizm rośliny pod tym względem jest mniej złożony niż organizm zwierzęcia i człowieka, więc leczenie roślin może przebiegać na ogół dużo prościej. Właśnie to sprawia, że możemy tutaj zastosować bardziej uniwersalne środki. Gdyby było to niemożliwe, to znaleźlibyśmy się rzeczywiście w bardzo trudnej sytuacji w stosunku do świata roślin, mianowicie w sytuacji, w jakiej często znajdujemy się lecząc zwierzęta, ale w której już nie znajdujemy się, kiedy leczymy człowieka – ale wrócimy jeszcze do tego. Człowiek może bowiem powiedzieć, co go boli. Zwierzęta i rośliny nie mogą tego uczynić. Jest więc tak, że sam proces leczenia roślin musi przebiegać bardziej ogólnie. Oczywiście, racjonalne nawożenie nie doprowadzi do tego, że ustąpią wszystkie choroby roślin, nie mniej możemy wyeliminować dużą ich liczbę, a m ianowicie w następujący sposób:

Musimy poprzez odpowiednie nawożenie dostarczyć glebie wapń. Jednak nie pomoże to jeszcze na nic, jeśli wapń będziemy wprowadzać do gleby z pominięciem żywego elementu. Jeśli bowiem wapń ma oddziaływać leczniczo na glebę, to musi pozostawać w obrębie żywego elementu i nie może wypaść z tej żywej sfery. Zatem gdybyśmy w tym celu zastosowali zwykłe wapno lub coś podobnego, to jeszcze nie byłoby to działanie skuteczne.

Otóż jest taka roślina, która zawiera szczególnie dużo wapnia [Kalcium], gdyż aż 77 % – i to w bardzo subtelnych połączeniach[32]. Rośliną tą jest dąb. Zwłaszcza dużo wapnia znajduje się w jego korze, która jest właściwie produktem pośrednim między elementem roślinnym i organiczny, elementem gleby – właśnie w tym sensie, jak to Państwu przedstawiłem, gdy mówiłem o powinowactwie między ożywionym, organicznym elementem gleby i korą drzewa – a przy tym związki wapnia w korze dębowej posiadają najdoskonalszą struk­turę. Taką strukturę wapń posiada wtedy, gdy znajduje się jeszcze w stanie ożywionym, a nie w stanie martwym, – chociaż w stanie martwym działa on również. Wapń przywraca porządek wówczas, gdy ciało eteryczne działa za mocno i gdy astralność nie może zbliżyć się do elementu organicznego, mianowicie zabija ciało eteryczne[33] (es tötet). W ten sposób pozwala działać siłą ciała astralnego. Tak działa każdy rodzaj wapnia [wapniowości]. Gdy zatem chcemy, żeby nazbyt wybujały element eteryczny skurczył się, żeby ściągnął się, a nadto, żeby odbyło się to w sposób harmonijny i nie wywo­łało szoku w elemencie organicznym, to musimy zastosować wapń w takiej strukturze, w jakiej możemy go znaleźć właśnie w korze dębowej.

Zbieramy zatem korę dębową, mianowicie tyle, ile będziemy jej potrzebować, a nie będziemy jej potrzebować dużo: właściwie tyle tylko, ile można łatwo nazbierać. Następnie rozdrabniamy ją na maleńkie okruszki. Bierzemy teraz czaszkę zwierzęcia – jest obojętne, od którego z naszych zwierząt gospodarskich będzie pochodzić. Wkładamy do niej okruszki kory, zamykamy (najlepsza jest tutaj masa kostna) i wkładamy do ziemi, ale nie za głęboko. Przykrywamy ją jeszcze warstwą miału torfowego i z pomocą ryn­ny doprowadzamy do niej jak najwięcej deszczówki. Można tam również postawić kadź, do której będzie wpływać i z której będzie wypływać desz­czówka. Do kadzi można włożyć jakąś substancję roślinną, która sprawi, że zawsze znajdować się w niej będzie roślinny szlam. W takim miejscu może również leżeć owo "naczynie kościane" z pokruszoną korą dębową – i musi to znowu przezimować. Woda z roztopionego śniegu jest tutaj tak samo dobra jak deszczówka. Musi to tam pozostać przez całą jesień i zimę.

Z takiej substancji do naszego nawozu przejdzie coś, co da mu rze­czywiście siły do profilaktycznego zwalczania i powstrzymywania chorób roślin. Wprowadziliśmy już do nawozu cztery preparaty. Naturalnie wszystko to wymaga trochę pracy. Jeśli jednak dobrze to sobie przemyślcie, to zapewne również dojdziecie do wniosku, że w gruncie rzeczy wymaga to mniej pracy niż owe osobliwe procedury, które w rolnictwie przeprowadza się w laboratoriach chemicznych, a które również niemało kosztują. Przekonacie się, że z punktu widzenia dobra wspólnego – nasze metody opłacają się bardziej.

Potrzebne będzie nam jeszcze coś, co w prawidłowy sposób będzie przyciągać kwas kremowy z całego naszego kosmicznego otoczenia – al­bowiem roślina musi go również mieć w swoim organizmie. A właśnie jeśli chodzi o absorpcję kwasu krzemowego, to gleba z upływem czasu traci swoją sił'. Traci ją powoli i dlatego ludzie prawie nie zauważają tego procesu. Ale widzą państwo, ci którzy obecnie koncentrują się na zjawiskach mikrokosmicznych i nie zwracają uwagi na to, co dzieje się w makrokosmosie, zbytnio nie przejmują się utratą kwasu krzemowego, gdyż uważają, że nie ma on znaczenia dla roślin. A jednak kwas krzemowy odgrywa ważną rolę w rozwoju rośliny. Wszelako żeby można to było ocenić obiektywnie, należy coś o tym wiedzieć. Prócz tego, gdy dzisiaj mówi się o tych rzeczach, to niewątpliwie nie wprawia już to naukowców w takie zakłopotanie, w jakie wprawiało ich jeszcze niedawno, ponieważ dzisiaj mówi się już bez zażenowania o przemianie pierwiastków. Badania pierwiastków doprowadziły już do tego, że "lwy materializmu" pod tym względem trochę złagodniały.

Ale też ludzie nie są dzisiaj świadomi pewnych rzeczy, które stale wokół nas zachodzą. Gdyby byli ich świadomi, byłoby im łatwiej uwierzyć w to, o czym teraz mówię. Dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie przywykli do dzisiejszego sposobu myślenia mogą teraz powiedzieć: "Ale przecież wcale nam jeszcze nie powiedziałeś, jak należy podnosić zawartość azotu w nawozie". Mówiłem jednak o tym nieustannie, gdy mówiłem o krwawniku, rumianku i pokrzywie, albowiem w procesie organicznym odbywa się (liegt) tajemna alchemia, która np. potas przemienia rzeczywiście w azot, – jeżeli tylko pracuje w nim [w procesie organicznym] prawidłowo, a nawet wapń przemienia w azot, – jeżeli tylko pracuje w nim prawidłowo.

Wiedzą Państwo oczywiście o tym, że w rozwoju rośliny działają wszystkie. cztery pierwiastki, o których tu mówiłem; a więc prócz siarki działa tu jeszcze wodór. Mówiłem już o znaczeniu wodoru. Otóż między wapniem a wodorem istnieje związek natury jakościowej, który podobny jest do tego związku, jaki istnieje między tlenem i azotem w powietrzu. Już tylko to – w sposób czysto zewnętrzny – wskazuje na to (tak jak się to dzieje w ilościowej analizie chemicznej), że istnieje powinowactwo między związkiem tlenu i azotu w powietrzu a związkiem wapnia i wodoru w procesach organicznych. Wapń i potas nieustannie – pod wpływem wodoru – przemieniają się najpierw w coś, co podobne jest do azotu, a później również ostatecznie w rzeczywisty azot. Otóż azot powstający w ten sposób wpływa niezwykle korzystnie na rozwój rośliny, tyle że najpierw należy go wytworzyć, stosując przedstawione powyżej metody.

Kwas krzemowy zawiera pierwiastek krzem. Krzem znowu przemie­niany jest w organizmie w pewną substancję o niezwykłym znaczeniu, której jeszcze dzisiaj nie wymienia się wśród pierwiastków chemicznych. Kwas krzemowy jest tutaj potrzebny po to, żeby przyciągać element kosmiczny. Otóż w roślinie musi powstać prawidłowe współdziałanie między kwasem krzemowym i potasem, a nie wapniem. Żeby jednak takie współdziałanie mogło powstać, musimy najpierw ożywić glebę przez odpowiednie nawożenie. Toteż teraz musimy poszukać takiej rośliny, która po wprowadzeniu do nawozu w odpowiedniej dawce, obdarzy go odpowiednią siłą dzięki swojemu powiązaniu z jednej strony z potasem, a z drugiej strony z kwasem krzemowym – i rzeczywiście istnieje taka rośli na. Roślina ta swój dobroczynny wpływ wywiera już tylko przez to, że rośnie na terenie naszego gospodarstwa. Mianowicie jest to mniszek (Taraxacum) – właśnie ten niewinny, żółty mniszek. Otóż mniszek pośredniczy między tym kwasem krzemowym, który homeopatycznie rozmieszczony jest w kosmosie i tym, który występuje na ziemi. Zatem jest on rzeczywiście posłańcem niebios. Jednakże żeby można go było w nawozie uaktywnić, a następnie zastosować, należy postępować z nim w sposób odpowiedni. Oczywiście, najpierw w zimie musimy go wystawić na oddziaływanie ziemi, a potem musimy go poddać takiej samej obróbce, jakiej poddaliśmy już pozostałe rośliny.

Zbieramy jego żółte główki i odkładamy, by nieco przywiędły. Następnie ugniatamy je, zszywamy w krowiej krezce i również zakopujemy w ziemi. Powinny tam leżeć przez całą zimę. Na wiosnę wyjmujemy je z ziemi. Możemy je teraz przechowywać tak długo, aż będą nam potrzebne. Jest to teraz substancja, którą kosmos całkowicie przeniknął swoimi siłami. Możemy ją teraz wprowadzić do nawozu w podobny sposób, jak poprzednie preparaty. Dzięki temu nawóz obdarzy glebę zdolnością przyciągania z kosmosu i atmosfery kwasu krzemowego w takiej ilości, jaka jest niezbędna ro­ślinie do odczuwania tego wszystkiego, co działa w jej otoczeniu – bowiem chodzi o to, żeby ona sama mogła przyciągać to, co jest jej potrzebne.

Żeby rośliny mogły rozwijać się dobrze, muszą posiadać coś w rodzaju zdolności odczuwania – Tak jak mogę przejść obok drugiego człowieka o przytępionych zmysłach, a on tego w ogóle nie zauważy, tak również wszystko to, co znajduje się w glebie oraz nad glebą może przechodzić obok roślin o przytępionej wrażliwości, a one tego nie spostrzegą i nie posłużą się tym w swoim rośnięciu. Natomiast będą to wszystko spostrzegać i przyciągać, gdy w ten subtelny sposób przeniknie je kwas krzemowy. Oczywiście, bardzo łatwo można je doprowadzić do takiego stanu, że będą spostrzegać i przyciągać tylko to, co znajduje się najbliżej nich. Naturalnie, nie będzie to dla nich dobre. Jeśli jednak glebę przetworzymy w ten sposób, jak to przedstawiłem, wówczas będą mogły przyciągać także to, co znajduje się w ich szerszym otoczeniu. Rośliny, – gdy jest im to potrzebne, – mogą bowiem czerpać pożytek nie tylko z tego, co znajduje się na polu, lecz również z tego, co znajduje się w podłożu najbliższej łąki. Jeśli więc uzdolnimy je do wewnętrznego, odczuwającego spostrzegania tych rzeczy, będą je mogły przyciągać np. z glebowego podłoża najbliższego lasu. Zatem dając im siły, które w ten sposób (poprzez mniszek) chcą do nich dotrzeć z kosmosu, osiągniemy to, że różne elementy przyrody będą ze sobą współdziałały.

Myślę więc, że nawóz powinno się wytwarzać właśnie w ten sposób, to znaczy przez wprowadzenie do niego owych pięciu przetworzonych substancji lub czegoś, co może je zastąpić. Dlatego zamiast sięgać po różne cudowne środki chemiczne, korzystajmy raczej z krwawnika, rumianku, po­krzywy, kory dębowej i mniszka, a nawóz będzie wówczas zawierać właśnie to, czego rośliny naprawdę potrzebują.

A gdy jeszcze wyciśniemy sok z kwiatów waleriany (Valeriana officinalis) – przy czym można to robić w każdej porze, a również można taki sok przechowywać rozcieńczać cieplą wodą – i gdy taki sok rozcieńczymy ciepłą wodą, a następnie w odpowiedni sposób wprowadzimy go do nawozu, to uaktywni my w nim coś, co będzie go pobudzać do prawidłowego wiązania się z substancją zwaną fosforem. A wtedy będziemy już mieć wszystko, co jest potrzebne, aby z obornika, gnojówki i z kompostu wytwarzać naprawdę znakomity nawóz.

 

 

Pytania i odpowiedzi

Koberwitz, 13 czerwca 1924

 

Pytanie: Czy przez określenie: "pęcherz jeleniowatych" (des Edeliwides) należy rozumieć pęcherz samca (jeleniowatych), a więc jelenia?

Rudolf Steiner: Miałem na myśli samca jeleniowatych (männliches Rotwild).

 

Pytanie: Czy dobrze jest składowisko nawozu osłaniać zadaszeniem na terenie, gdzie często padają deszcze?

Rudolf Steiner: Obornik dobrze znosi zwykłe ilości deszczu. Ale jak z jednej strony nie wpływa to na obornik korzystnie, gdy nie dochodzi do niego żadna deszczówka, tak znowu z drugiej strony szkodzi mu również, gdy wypłukuje go nadmiar deszczu. Ogólnie jednak deszcz mu służy.

 

Pytanie: Czy składowiska nawozu nie należy w jakiś sposób osłaniać, aby nie dopuszczać do ucieczki gnojówki?

Rudolf Steiner: Deszczówka jest w pewnym sensie obornikowi nie­zbędna. Dlatego należałoby jeszcze wyjaśnić, czy nakrywanie nawozu miałem torfowym i nie dopuszczanie do niego deszczu jest tutaj działaniem prawidłowym. Myślę, że nie miałoby to sensu, gdybyśmy całkowicie nie dopuścili do niego deszczówki, gdyż niewątpliwie miałoby to doprowadzić do obniżenia jego jakości.

 

Pytanie: Jeżeli podana tutaj metoda nawożenia tak korzystnie wpływa na rozwój roślin, to czy ten wpływ nie obejmuje także chwastów, albo też jest tutaj tak, że do zwalczania chwastów trzeba zastosować jakąś szczególną metodę?

Rudolf Steiner: Jest to oczywiście pytanie bardzo uzasadnione. O zwalczaniu chwastów będę mówić w następnych dniach. Metoda, o której tutaj mówiłem oddziałuje ogólnie korzystnie na cały świat roślin, toteż w ten sposób nie można wyplenić chwastów. Jednakże dzięki niej, rośliny będą później bardziej odporne na pasożyty. A więc sprawa przedstawia się tak, że jeśli chodzi o szkodniki pasożytujące w świecie roślin, to mamy już na nie środki. Zwalczanie chwastów nie jest jednak związane z tymi zasadami, o których mówiliśmy dotychczas, ponieważ chwasty również należą do wielkiego królestwa roślin i uczestniczą w jego rozwoju. O tych sprawach będziemy tu jeszcze mówić. Rzeczy te tak są ze sobą powiązane, że nie jest dobrze, gdy coś się tutaj eliminuje.

 

Pytanie: Co można sądzić o metodzie Kapitana Krantza, którą można również wytworzyć nawóz bezzapachowy? W tej metodzie osiąga się to przez luźne nakładanie na siebie kolejnych warstw nawozu i wytworzenie własnego ciepła.

Rudolf Steiner: Celowo nie mówiłem tutaj o rzeczach, które stosowane są dzisiaj w racjonalny sposób. Chciałem bowiem przedstawić tylko to, co do stosowanych już metod może wnieść nauka włączająca do swoich badań duchową stronę świata. Metoda, o której teraz Pan mówi, niewątpliwie posiada dużo zalet, ale myślę, że jest to – mówiąc ogólnie – metoda nowa. Można się domyślać, że również ona należy do tych metod, które zazwyczaj na początku wydają się być czymś innym, niż są w rzeczywistości. Często potem okazuje się, że nie są one w gruncie rzeczy aż tak praktyczne, jakimi wydają się na początku. Początkowo, gdy ludzie kultywowali jeszcze glebę tradycyjnym i metodami, wszystko – w pewien sposób – mogło ją regenerować. Jeśli jednak dzisiaj jakąś nową metodę stosuje się dłużej, to często okazuje się, że jest z tym tak, jak z zażywaniem lekarstwa, które wprowa­dzamy do organizmu po raz pierwszy. Owe najbardziej zdumiewające leki najczęściej skutkują pierwszy raz, a potem kończy się ich lecznicze działanie. Również przy tych rzeczach jest tak, że najpierw skutkują przez pewien czas, aż człowiek zauważy, że jednak nie jest tak, jak początkowo myślał. Szczególne znaczenie ma tutaj wytwarzanie własnego ciepła. Owa aktywność, którą tutaj należy rozwinąć, by je wytworzyć, niewątpliwie wpływa na nawóz niezwykle korzystnie. Jednak ujemną stroną takiego nawozu może być to, że będzie bardzo luźny i mam pewne wątpliwości, czy rzeczywiście będzie całkiem bezwonny[34]. Oczywiście, jeśli się okaże, że jest on bezwon­ny, to może to świadczyć o tym, że jest to rzecz dość dobra. Jest to jednak metoda, która nie ma jeszcze za sobą długich lat prób i doświadczeń.

 

Pytanie: Czy nie byłoby lepiej składować nawóz trochę powyżej poziomu ziemi – a nie zagłębiać go w ziemi?

Rudolf Steiner: Jeśli składowisko nawozu umiejscowimy odrobinę powyżej poziomu ziemi, to w zasadzie będzie to posunięcie prawidłowe, tyle że obornik nie może znajdować za wysoko. Chodzi o to, żeby obornik miał dobry kontakt z siłami działającymi pod ziemią Nie możemy zatem składować obornik na sztucznym wzniesieniu. Nawóz powinien leżeć na poziomie otaczającej go gleby i to będzie dla niego najkorzystniejszy poziom.

 

 

Pytanie: Czy przy winorośli, która wiele ucierpiała, można do przygotowania kompostu zastosować taką samą metodę?

Rudolf Steiner: Można tutaj zastosować taką samą metodę, ale z kilkoma modyfikacjami. Sprawę modyfikacji poruszę jeszcze, gdy będziemy omawiać uprawę drzew owocowych i winorośli, ale na ogół istotne jest tutaj to, co powiedziałem dzisiaj w związku z ulepszaniem nawozu – a co odnosi się do każdego gatunku nawozu. Przedstawiłem dzisiaj takie rzeczy, któ­re ogólnie ulepszają nawóz. Natomiast będziemy jeszcze mówić o tym, jak można to skonkretyzować w odniesieniu do łąk, pastwisk, ziarna siewnego, sadownictwa i uprawy winorośli.

 

Pytanie: Czy dobrze jest wykładać miejsce składowania obornika kamieniem?

Rudolf Steiner: Otóż, kiedy się wie, czym w rzeczywistości jest gleba oraz co ją łączy z nawozem, wówczas można na powyższe pytanie odpowiedzieć tylko tak: wykładanie miejsca składowania nawozu kamieniem jest rzeczą karygodną. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ludzie to robią. Należałoby wydzielić na składowanie nawozu jakiś kawałek ziemi i wokoło pozosta­wić trochę wolnego miejsca, mianowicie w tym celu, żeby ziemia i obornik mogły na siebie wzajemnie oddziaływać, żeby mogły ze sobą współdziałać. Nie wiem doprawdy dlaczego mielibyśmy psuć sobie nawóz odgradzając go kamieniem od ziemi?

 

Pytanie: Czy rodzaj ziemi pod nawozem może na niego wywierać jakiś wpływ, w za­leżności od tego, czy przeważa w niej piasek czy glina? Czasem na ziemię, na której leży nawóz nakłada się glinę, żeby nie przepuszczała wody. Czy to jest słuszne?

Rudolf Steiner: Jest niewątpliwie prawdą, że określone rodzaje gleby wywierają tutaj określony wpływ. Wpływ ten wynika z właściwości poszczególnych rodzajów gleby. A więc kiedy pod nawozem będziemy mieć glebę piaszczystą, to jeszcze przed umieszczeniem na niej nawozu musimy koniecznie wprowadzić do niej trochę gliny, a mianowicie dlatego, że gleba piaszczysta wciąga zawsze wodę, gdyż woda łatwo przesiąka przez piasek. Natomiast, jeśli będziemy mieć glebę wybitnie gliniastą, to taką glebę musimy nieco rozluźnić i wymieszać z piaskiem. W celu osiągnięcia zrównoważonego oddziaływania należy zawsze wybierać jedno podłoże piaszczyste i jedno gliniaste. Będziemy mieć wtedy zarówno jedno, jak i drugie. Będziemy mieć spoistość ziemi i będziemy mieć również oddziaływanie wody. W przeciwnym razie woda wsiąknie nam w ziemię. Najkorzystniej powinna tu działać mieszanina obu tych rodzajów gleby. Z tego powodu – jeśli jest to tylko możliwe – nie wybierajmy na miejsce składania nawozu gleby ilastej. Less i podobne gleby nie działają tu dobrze. Zatem będzie lepiej, gdy najpierw stopniowo przygotujemy sobie pod nawóz odpowiednią glebę.

 

Pytanie: Czy rośliny takie jak krwawnik, rumianek i pokrzywa należy wysiewać na terenie, na którym one nie występują? W naszym gospodarstwie złożonym z pastwisk i łąk doszliśmy do wniosku, że poza mniszkiem również krwawnik może być niebezpieczny dla rogacizny i dlatego zamierzamy je usunąć – podobnie jak oset. Właśnie teraz to realizujemy. Czy wobec tego musimy te rośliny ponownie wysiewać na miedzach naszych pól – lecz nie na łąkach i pastwiskach?

Rudolf Steiner: Tak, ale, w jaki sposób miałyby one wpływać szkodliwie na odżywianie zwierząt?

Hrabia Keyserlingk: Mówi się, że podobno krwawnik zawiera jakieś trujące składniki i mówi się również, że mniszek nie wpływa korzystnie na odżywiane krów.

Rudolf Steiner: Należy przyjrzeć się dobrze tej rzeczy. Na otwartym polu zwierzę tego nie jada.

Hrabia Lerchenfeld: U nas – odwrotnie – mniszek uchodzi za roślinę wręcz mlekopędną.

Rudolf Steiner: Takie przekonania często krążą tylko jako domysły. Nie wiadomo, czy zostało to sprawdzone. Być może w sianie nie są one szkodliwe – jednak należałoby to wypróbować. Myślę, że gdyby były one szkodliwe, to już samo zwierzę nie ruszyłoby takiego siana. Zwierzę zazwyczaj nie jada tego, co mu szkodzi.

 

Pytanie: Czy intensywne wapnowanie nie ogranicza występowania krwawnika, gdyż krwawnik potrzebuje wilgotnego i kwaśnego podłoża?

Rudolf Steiner: Gdy bierzemy krwawnik dziko rosnący – chodzi tu o szczególną homeopatyzację – wówczas niewielka jego ilość wystarcza na obszar nawet dużego gospodarstwa. Gdybyśmy mieli krwawnik tutaj w ogrodzie, to taka ilość wystarczyłaby na całe gospodarstwo.

 

Pytanie: Widziałem na moich pastwiskach, że bydło jadło chętnie młody mniszek, to znaczy taki; który jeszcze nie zakwitł, natomiast nie ruszało go, gdy tylko zaczął kwitnąć.

Rudolf Steiner: Powinniśmy się dobrze nad tym zastanowić. Mamy tu bowiem coś, co jest ogólną regułą. Zwierzę n e je mniszka wtedy, gdy mu szkodzi, gdyż posiada znakomity instynkt. Ale powinniśmy uwzględnić tutaj jeszcze jedną rzecz. Otóż, gdy chcemy wesprzeć jakiś większy proces, zazwyczaj używamy coś, czego poza tym procesem nie używamy. Na przykład, nikt by nie jadał codziennie drożdży piekarniczych, natomiast używa je do pieczenia chleba. A więc rzeczy te przedstawiają się tak: to, co w pewnych warunkach może działać toksycznie, o ile zostanie spożyte w większej ilości, to w innych warunkach może leczyć. Na przykład taką rzeczą są lekarstwa, które spożyte w większej ilości przeważnie działają toksycznie. W tych sprawach rozstrzyga sposób postępowania z substancją, a nie sama substancja. Toteż myślę, że można spokojnie przejść ponad wątpliwością, czy zwierzętom może zaszkodzić mniszek. Ludzie mają tak dużo osobliwych poglądów i jest coś bardzo kuriozalnego w tym, że z jednej stro­ny hrabia Keyserlingk wskazuje na szkodliwość mniszka, a znowu z drugiej strony hrabia Lerchenfeld powiada, że jest to przecież znakomita pasza mlekopędna. To oddziaływanie [mniszka na organizm krowy] nie może się przecież aż tak bardzo różnić w rejonach, które leżą tak blisko siebie, a więc jeden z tych poglądów musi mijać się z prawdą.

 

Pytanie: Czy decyduje tutaj być może podłoże? Poza tym, to, co mówię opiera się jednak na opinii weterynarza. Czy wobec tego powinniśmy jeszcze dodatkowo obsiewać łąki i pastwiska krwawnikiem i mniszkiem?

Rudolf Steiner: Całkowicie wystarcza tutaj jakaś mała powierzchnia.

 

Pytanie: Jak długo można przechowywać preparaty wraz z nawozem, po ich wyjęciu z gleby?

Rudolf Steiner: Gdy je umieścimy w nawozie, to nie ma to żadnego znaczenia, jak długo w nim pozostaną. Jednakże musimy je oczywiście stamtąd zabrać, gdy będziemy nawóz rozprowadzać na polu.

 

Pytanie: Czy preparaty należy umieszczać w ziemi razem, czy osobno?

Rudolf Steiner: Właściwie ma to pewne znaczenie w tym sensie, iż jest dobrze, żeby – przy występującym tu wzajemnym oddziaływaniu jeden preparat nie zakłócał drugiego preparatu. Dlatego należy je zakopywać przynajmniej w pewnym oddaleniu od siebie. Gdybym miał to robić w jakimś małym gospodarstwie, to wybrałbym miejsca najbardziej oddalone od siebie, tak żeby jeden nie zakłócał drugiego. Oczywiście, w dużym gospodarstwie można je zakopywać tak daleko, jak się chce.

 

Pytanie: Czy tam, gdzie preparaty zostały zakopane, mogą rosnąć jakieś rośliny?

Rudolf Steiner: Ziemia może tu robić oczywiście wszystko, co się jej podoba. W takiej sytuacji jest nawet dobrze, gdy rosną tam jakieś rośliny – również mogą to być rośliny uprawne.

 

Pytanie: Jak należy preparaty i wprowadzać do pryzmy obornika (Misthaufen)?

Rudolf Steiner: Radzę to zrobić w sposób następujący: musimy je wprowadzić w większej pryzmie na głębokość 1/4 metra lub jeszcze trochę głębiej, tak żeby nawóz mógł się wokoło zasklepić. Głębokość jednego metra byłaby tutaj zbyt duża, – ale jednak nawóz powinien zasklepić się wokoło preparatu. (Rudolf Steiner rysuje – Rys. 12) Gdybyśmy mieli tutaj pryzmę i umieścili w niej preparat – cala ta sprawa polega na promieniowaniu – to wszystkie promienie rozchodziłyby się w ten sposób. Zatem nie jest dobrze, gdy preparat znajduje się zbyt blisko powierzchni, gdyż przy powierzchni promieniowanie załamuje się. Wykonuje wówczas zdecydowany skręt i nie wychodzi na zewnątrz – oczywiście tylko wtedy, gdy nawóz dobrze się zasklepił wokoło preparatu. Zatem wystarcza tu pół metra głębokości. Natomiast, jeśli preparat będzie się znajdował zbyt blisko powierzchni, to doprowadzi to do utraty dużej części promieniowania.

 

Rys. 12.

 

Pytanie: Czy wystarczy zrobić kilka otworów w jednym miejscu, czy też należy to wszystko dobrze rozdzielić?

Rudolf Steiner: Oczywiście jest lepiej, gdy się je rozdziela i nie robi otworów w jednym miejscu, gdyż promieniowania przeszkadzają sobie.

 

Pytanie: Czy preparaty należy włożyć do pryzmy obornika jednocześnie (zugleich)?[35]

Rudolf Steiner: Wkładając je do pryzmy możemy je rozmieszczać jeden obok drugiego. Nie powinny wówczas oddziaływać wzajemnie na siebie, lecz tyl ko na nawóz jako taki.

 

Pytanie: Czy można wszystkie preparaty włożyć do jednego otworu?

Rudolf Steiner: Można nawet teoretycznie założyć, że gdy włożymy je wszystkie do jednego otworu, to nie będą one sobie wzajemnie przeszkadzać. Ale nie chciałbym tego twierdzić z góry. Zatem można je umieścić obok siebie, jednak może też tak być, że będą sobie przeszkadzać, jeśli połączymy je w jednym otworze.

 

Pytanie: Jaki dąb miał pan na myśli?

Rudolf Steiner: Quercus robur.

 

Pytanie: Czy kora powinna pochodzić z żywego drzewa, czy też może także pochodzić z drzewa ściętego?

Rudolf Steiner: W takim wypadku, o ile jest to możliwe, z żywego drzewa, a nawet z takiego, o którym można przypuszczać, że żywica jest w nim jeszcze dość aktywna.

 

Pytanie: Czy można stosować całą korę?

Rudolf Steiner: Właściwie tylko najzewnętrzniejszą warstwę, która rozpada się, gdy ją odrywamy.

 

Pytanie: Czy preparaty z nawozu krowiego należy zakopywać tylko do głębokości warstwy uprawnej, czy też można je zakopać głębiej?

Rudolf Steiner: Będzie lepiej, gdy pozostawimy je w warstwie uprawnej. Można nawet z góry założyć, że gdy będą leżeć głębiej [czyli pod warstwą uprawną], to nie będą skutecznie wpływać na urodzajność gleby. Zatem najsilniejsza jest pod tym względem tzw. warstwa kulturowa i ona jest tutaj najkorzystniejsza.

 

Pytanie: Jeśli pozostawimy preparaty w warstwie uprawnej, to będą one wystawione na oddziaływanie mrozu. Czy to im nie zaszkodzi?

Rudolf Steiner: Wystawione są one na mróz w takiej porze roku, w której ziemia – właśnie dzięki obecności mrozu – najmocniej wystawia się na wpływy kosmiczne.

 

Pytanie: Jak należy prawidłowo rozcierać kwarc i krzem? Czy trzeba to robić w małym młynku – a może w moździerzu?

Rudolf Steiner: Będzie lepiej, jeśli będziemy to robić najpierw w moździerzu. Będziemy je musieli rozcierać żelaznym tłuczkiem do konsystencji mączki. Kwarc koniecznie trzeba będzie dłużej rozcierać w moździerzu i jeszcze potem dodatkowo na płycie szklanej, gdyż musi on mieć konsystencję delikatnej mączki, co nie jest wcale takie łatwe.

 

Pytanie: Doświadczenie mówi, że dobrze odżywiona krowa odkłada więcej tłuszczowej tkanki. Zatem musi istnieć jakiś związek między paszą, a przyjmowaniem [kosmicznego] pokarmu z atmosfery.

Rudolf Steiner: Proszę uwzględnić tylko to, co już powiedziałem, a powiedziałem tak: Przy przyjmowaniu produktów spożywczych najważniejsze jest to, co rozwija się w organizmie jako siły. Zatem od jakości paszy będzie zależeć, czy zwierzę będzie mogło rozwijać siły, które są mu koniecznie potrzebne do prawidłowego przyjmowania i przetwarzania substancji z atmosfery. Można to porównać z rozciąganiem. rękawiczki. Otóż, gdy wciągamy na rękę nazbyt wąską rękawiczkę, to nie naciągamy jej z całej siły, lecz najpierw rozciągamy ją z pomocą kawałka drewna. Podobnie jest z rozciąganiem i uelastycznianiem, tych sił [eterycznych, które muszą pracować w organizmie zwierzęcia [i człowieka], aby organizm mógł z atmosfery wchłaniać to, czego nie mogą mu dać produkty spożywcze. A prawidłowo mogą się one rozciągać i uelastyczniać tylko dzięki wartościowym produktom spożywczym. Jednakże organizm także może ich wchłaniać za dużo, np. w tzw. hipertrofii, którą później przypłaca się krótszym życiem. A więc trzeba roztropnie trzymać się tego, co znajduje się w środku pomiędzy maksimum i minimum.

 

 

Wykład 7

Koberwitz, 14 czerwca 1924

 

A teraz – kontynuując nasze rozważania – będziemy musieli oprzeć się na niektórych wynikach naszych obserwacji procesów wzrostu i rozwoju rośliny i także obserwacji zwierzęcych organizmów, a więc oprzemy się na czymś, o czym już słyszeliśmy w poprzednich dniach. Będziemy musieli również – przynajmniej pokrótce – przyjrzeć się temu, co nauka włącza­jąca do swoich badań duchową dziedzinę świata (Geisteswissenschaft) mówi o szkodnikach roślinnych i zwierzęcych oraz o tym, co określa się jako choroby roślin. Chodzi o to, że rzeczy te będziemy mogli zrozumieć tylko wtedy, gdy ujmiemy je w sposób konkretny. Toteż wszędzie tam, gdzie na ogół nie­ wiele można o tym powiedzieć – właśnie dlatego, iż o tych rzeczach należy mówić w sposób specjalistyczny – przytoczę najpierw kilka przykładów, które będą punktem wyjścia i które następnie doprowadzą nas do dalszych rzeczy. Zatem w pierwszej kolejności omówię chwasty, albo roślinne szkodniki – jak się je nazywa.

Widzą państwo, nie chodzi tu tak bardzo o to, żebyśmy mieli defi­nicję chwastu, lecz żebyśmy wiedzieli, jak z kawałka jakiejś ziemi uprawnej można usunąć takie rośliny, których tam mieć nie chcemy. Nieprawdaż, człowieka nachodzą czasem jeszcze pewne osobliwe przyzwyczajenia, które pozostały w nim od czasów szkolnych i ja również pewnego razu – jakkolwiek bardzo niechętnie – dałem się ponieść dawnej pasji i postanowiłem zobaczyć w kilku książkach, w jaki sposób mówi się tam o chwastach. Otóż zauważyłem, że większość autorów przedstawia następującą definicję chwastu: "Chwastem jest wszystko to, co rośnie na miejscu, na którym człowiek nie chce tego mieć." Widzicie Państwo, powyższa definicja nie wnika głęboko w istotę rzeczy i ludziom nie uda się tak łatwo odkryć istoty chwastu z tej prostej przyczyny, że w przyrodzie (vor dem Forum der Natur) chwasty mają przecież takie samo prawo do życia, jak tak zwane rośliny użyteczne. Toteż myślę, że na ten problem należałoby spojrzeć z innego punktu widzenia, mianowicie z punktu widzenia, [który zapytuje] jak z danej powierzchni użytków rolnych należy usuwać właśnie to, co bynajmniej nie rośnie tam bez powodu, lecz na mocy praw rządzących światem przyrody. Jednak na to pytanie będziemy mogli sobie odpowiedzieć dopiero wtedy, jeśli weźmiemy pod uwagę to, o czym mówiliśmy w poprzednich dniach.

Mianowicie, mówiliśmy o tym, jak ściśle należy tu rozróżniać między tymi siłami, które obecne są w rośnięciu rośliny i tymi, które wprawdzie pochodzą z kosmosu, ale najpierw zostają z kosmosu przyjęte do ziemi i dopiero z ziemi oddziałują na rośnięcie rośliny. Otóż, gdy staramy się docho­dzić, co powoduje, że z rośliny matki wyłania się roślina córka i tak dalej, musimy zawsze uwzględniać siły, które wprawdzie pochodzą z wpływów kosmicznych, a więc z Merkurego, Wenus i Księżyca, ale które nie działają bezpośrednio z tych planet, lecz na drodze okrężnej poprzez ziemię. [Przy czym siły te wciąga do ziemi wapno i substancje pokrewne, które tutaj po­średniczą. Uwaga wydawcy] Natomiast w tym wszystkim, co roślina pobiera ze swojego otoczenia znajdującego się nad poziomem ziemi, powinniśmy uwzględniać zawsze to, co tzw. "planety dalsze"[planety zewnętrzne] przenoszą do powietrza jako potencjalne siły i co przyjmowane jest właśnie w ten sposób. W szerszym znaczeniu można powiedzieć, że wapniowa aktywność gleby wywiera znaczny wpływ na wszystko to, co jako siły kosmiczne wnika – do niej z "planet bliższych" [planet wewnętrznych], a znowu krzemowa aktywność gleby wywiera wpływ na wszystko to, co wnika do niej ze sfery "planet zewnętrznych". A więc jest tak, że jeśli nawet aktywność krzemu wychodzi z samej ziemi, to tylko pośredniczy w przekazywaniu [roślinie] tego, co wypływa z Jowisza, Marsa i Saturna, a nie z Księżyca, Merkurego i Wenus.

Dzisiaj ludzie odzwyczaili się już od zwracania uwagi na takie rzeczy, ale też będą musieli ponieść konsekwencję tej ignorancji. Niedawno na pewnym pewnym obszarze winnic rolnicy musieli już nawet za to ciężko zapłacić, mianowicie musieli zapłacić za ignorancję zarówno tego wpływu kosmosu, który oddziałuje [na rośliny] poprzez powietrze, – czyli dzięki pośrednictwu tych rzeczy, które znajdują się nad poziomem ziemi – jak i tego wpływu kosmosu, który działa z dołu, dzięki pośrednictwu gleby. [...] Może się Wam wydawać, że nie jest to istotne, jednak wielu rolników tak na to nie patrzy. Otóż wyczerpały się tam dawne tradycyjne metody i gleba została wyjałowiona – nawet, jeśli chłopi przychodzili jej czasem z pomocą. W ten sposób doszło do tego, że duże obszary winnic opanowała mszyca (Vi­teus vitifolii – filoksera winic). Ludzie byli wobec niej bezradni. Wówczas do redakcji pewnego rolniczego czasopisma, które ukazywało się w Wiedniu w osiemdziesiątych latach [XIX w], zaczęto domagać się, by znalazło jakiś środek na filokserę. W czasie największego nasilenia tej plagi, czasopismo to było rzeczywiście całkowicie bezradne. Takich rzeczy nie można jednak skutecznie leczyć środkami, którymi dysponują dzisiejsze nauki rolnicze. Skutecznie będzie można je leczyć dopiero wtedy, gdy rzeczywiście będzie można je badać w sposób, o którym mówiliśmy.

Wyobraźcie sobie, – narysuję to schematycznie (Rys. 13) – że tutaj mamy poziom ziemi, a tutaj mamy oddziaływania Wenus, Merkurego i Księżyca, które wnikają do niej z kosmosu i następnie promieniują znowu z powrotem – to znaczy z dołu do góry. Otóż to, co w ten sposób uaktywnia się w ziemi – narysuję to znowu schematycznie – tak pobudza rośliny do aktyw­ności, że tworzą najpierw to, co wyrasta w ciągu jednego roku, a następnie wydają nasiona. Z nasion tych wyłoni się nowa generacja roślin, potem następna itd. Zatem wszystko to, co pojawia się na tej drodze, wnika w siłę reprodukcji – wnika w kolejne pokolenia roślin.

Rys. 13.

Natomiast od innych sił, od sił "dalekich planet" [planet zewnętrznych] przychodzi wszystko to, co przychodzi [do nich] na innej drodze, mia­nowicie na drodze, która leży nad poziomem ziemi. Można to schematycznie tak narysować: Tutaj mamy to, co w roślinie odkłada się wskutek tego, że roślina rozrasta się, że przybiera na wadze, a co my spożywamy jako pokarm, ponieważ wciąż na nowo wytwarza to pewien ustawicznie odnawiający się prąd. Na przykład jabłka i brzoskwinie zawdzięczamy siłom "zewnętrznych planet". Obserwacje te pouczają nas, jak powinniśmy postępować, gdy chcemy wywierać wpływ na rośnięcie roślin. Jednak można się tego nauczyć jednak tylko wtedy, gdy się te rzeczy obserwuje i bada.

Otóż na dużą liczbę roślin – przy czym są to przede wszystkim rośli­ny, które zazwyczaj zaliczamy do chwastów – największy wpływ wywiera to, co możemy nazwać oddziaływaniami Księżyca, przy czym często są to silne rośliny lecznicze.

O Księżycu ludzie zazwyczaj wiedzą tylko tyle, że w swojej po­wierzchni przyjmuje promienie słoneczne, że odbija je w kierunku Ziemi, a my widzimy je dzięki temu, że przechwytujemy je oczami. Naturalnie, przechwytuje je również Ziemia. Są to zatem promienie słoneczne, które Księżyc odbija, ale równocześnie także przenika własnymi siłami. Promie­nie te dopływają do Ziemi od czasu, gdy Księżyc oddzielił się od niej. To właśnie one oddziałują tak wzmacniająco w kosmosie na cały element ziem­ski. W czasie, gdy Księżyc złączony był jeszcze z Ziemią, element ten był jeszcze znacznie żywszy i płodniejszy. Naturalnie, wówczas nie było jeszcze tak silnego zmineralizowania, jakie mamy dzisiaj. Natomiast Księżyc po oddzieleniu się od Ziemi działa w ten sposób, że wzmacnia jej [tj. Ziemi] zwykłe siły witalne i wzmacnia je do tego stopnia, że żyjące na niej organi­zmy mogą nie tylko rosnąć, ale również mogą się rozmnażać. Dzięki temu proces rośnięcia mógł się nasilić [w ewolucji] aż do reprodukcji.

Gdy jakiś organizm rośnie, to naturalnie staje się większy. W tym procesie działa ta sama siła [siła wegetacyjna], która działa również przy rozmnażaniu. Podczas samego rośnięcia organizmu owe procesy wegetacyjne nie posuwają się jednak aż tak daleko, żeby z jednej istoty mogła wyłonić się druga istota tego samego rodzaju. Tutaj powstaje tylko komórka po komórce. Jest to również rozmnażanie, tyle że słabsze, – a znowu wydawanie na świat drugiej istoty jest również rośnięciem, tyle że silniejszym. Sama Ziemia może obdarzyć żyjące na niej istoty tylko tym słabszym rodzajem rozmnażania i bez Księżyca nie mogłaby im dać niczego więcej. Dlatego potrzebuje jeszcze sił kosmicznych, które wnikają w nią właśnie poprzez Księżyc, a w przy pad ku pewnych roślin również poprzez Merkurego i Wenus. Powiedziałem przedtem: ludzie wyobrażają sobie, że Księżyc przyjmuje tylko promienie słoneczne i odbija je na Ziemię. Zatem uwagę zwracają tylko na owo [odbite] światło słoneczne. Ale przecież nie tylko ono przychodzi na Ziemię wraz z promieniami księżyca. Z promieniami Księżyca przychodzi na Ziemię także cały odbity [od Księżyca] kosmos. Wszystko to bowiem, co oddziałuje z kosmosu na Księżyc, zostaje od niego znowu odbite. Jakkolwiek z pomocą dzisiejszych fizykalnych metod nie można tego współczesnemu człowiekowi udowodnić, to jednak jest właśnie tak, że Księżyc odbija w pewien sposób w kierunku Ziemi promieniowanie całego gwieździstego nieba. Przy czym siły, które promieniują z Księżyca w dół i wnikają do roślin, są siłami intensywnie organizującymi. Wnikają one do roślin po to, żeby je wesprzeć przy wytwarzaniu nasion, a to znaczy, że wni­kają one do roślin po to, żeby siła rośnięcia mogła się w roślinie podnieść do siły reprodukcji.

Jednakże wszystkie te dobroczynne siły otrzymuje jakiś obszar Ziemi tylko wtedy, gdy Księżyc jest nad nim pełni, natomiast nie może z nich korzystać, gdy jest on w nowiu. Podczas nowiu w roślinach utrzymuje się tylko to, co przyjęły w czasie pełni. Moglibyśmy odkryć coś zdumiewające­go, gdybyśmy, powiedzmy, podczas wysiewu nasion badali możliwość wykorzystania sił Księżyca do pobudzenia ich kiełkowania – tak właśnie, jak to czynili np. starzy Hindusi aż do XIX stulecia, którzy zawsze siali odpowiednio do faz Księżyca. Dzisiaj ludzie nie zwracają uwagi na te rzeczy podczas wysiewu nasion i zbierania plonów, ale też w ten sposób wyrządzają Księżycowi afront. Jednak przyroda nie jest tak okrutna, żeby ich za to karać. Otóż pełnię Księżyca mamy 12 razy w roku. Wystarcza to, żeby zapewnić Ziemi dostateczną ilość sił pełni Księżyca, czyli sił, które wspierają rośliny przy wydawaniu owoców. Toteż, gdy rolnik przy nowiu, a nie przy pełni podejmuje zabiegi mające doprowadzić do zapłodnienia nasion w łonie ziemi[36], to wówczas czekają one w ziemi aż do następnej pełni Księżyca, kierując się prawami samej przyrody i niejako przechodzą nad błędem, który popełnił człowiek. Dzięki temu ludzie mogą korzystać z sił księżycowych, nie będąc świadomi procesów, które tutaj zachodzą. Ale też w ten sposób nie osiągną niczego więcej niż to, co może im dać sama przyroda.

Widzą państwo, gdy te rzeczy traktuje się w ten sposób, to okazuje się, że chwasty mają takie same prawo do życia, jak rośliny uprawne i wówczas człowiek zaczyna w tym wszystkim tracić orientację. Wynika to jed­nak z tego, że nie dotarł on jeszcze do sił, które porządkują proces rośnięcia rośliny, a właśnie do tych sił musimy tu dotrzeć. Gdy to osiągniemy, będziemy wiedzieć, że siłą księżycową (w pełni rozwiniętą) można wzmacniać rozmnażanie całego roślinno – żywego elementu przyrody, że w ten sposób można oddziaływać na wszystko, co wyrasta z korzenia, co pnie się w górę, i co następnie kształtuje nasiona. Otóż, gdy teraz tej dobroczynnej, księżycowej sile pozwolimy działać na nasze chwasty, gdy jej nie powstrzymamy, to naturalnie otrzymamy bardzo piękne okazy chwastów. Chwasty rozmna­żają się przede wszystkim wskutek tego, że mamy również mokre lata, w których księżycowe siły działają dużo intensywniej niż w latach suchych. Jeśli jednak w naszej praktyce będziemy uwzględniać także owe kosmiczne siły, wówczas będziemy mogli powiedzieć:

Jeżeli tutaj powstrzymam działanie Księżyca, a nadto postaram się, żeby na chwasty działało tylko to, co [do chwastów] wnika z zewnątrz i co nie jest dlatego tą siłą księżycową, który działa bezpośrednio, to mogę powstrzymać ich siły rozrodcze, a wtedy nie będą się one mogły rozmnażać tak, jak dotychczas. Teraz będzie chodzić o to, żeby w taki sposób zadziałać na glebę – gdyż, naturalnie, nie można usunąć z niej wpływu Księżyca – żeby gleba nie skłaniała się do przyjmowania jego sił. Otóż dzięki naszej metodzie gleba nie tylko poczuje niechęć do przyjmowania sił księżycowych, ale nadto same chwasty opanuje lęk przed rośnięciem w takim miejscu. Jeśli się nam to uda osiągnąć, będziemy mieć właśnie to, o co nam chodzi.

Widzimy, jak szybko wyrastają chwasty. Nie powinniśmy się jednak tego obawiać, lecz powinniśmy po prostu zacząć działać. Zatem zbieramy nasionka chwastów, czyli to, w czym zamknęła się owa rozrodcza siła. Rozpalamy ogień, używając do tego drewna i nasionka spalamy. Następnie starannie zbieramy popiół. Zapewne nie będzie go dużo, jednakże będziemy mieć w nim koncentrację sił będących przeciwieństwem tego, co rozwija się pod wpływem siły Księżyca. Gdy niedużą ilość takiego preparatu rozsieje­my na naszych polach – przy czym nie musimy tu postępować szczególnie drobiazgowo, gdyż te rzeczy oddziałują na dużą powierzchnię ziemi – to już w następnym roku zobaczymy, że rośnie mniej chwastów. Chwasty nie będą już rosły tak bujnie. A ponieważ w przy rodzie wiele rzeczy rozwija się w cyklu czteroletnim, przeto po czterech latach zobaczymy, że jest ich tam mniej.

Widzą państwo, zaowocowało tu działanie owych najmniejszych istności, to znaczy działanie, które udowodnił teraz w sposób naukowy [nasz] instytut biologiczny. W ten sposób będziemy mogli rzeczywiście dużo osiągnąć, to znaczy, gdy będziemy uwzględniać rzeczy, na które dzisiaj nie zwraca się jeszcze uwagi. Na przykład możecie teraz na jakimś terenie za­ siać taką ilość mniszka, która jest Warn potrzebna, ale możecie również na­sionka mniszka spalić i jego popiół rozsypać na polach. Osiągnięcie wtedy to, że mniszek będzie rósł tylko tam, gdzie będziecie go chcieli mieć.

Są to metody, dzisiaj już się w to nie wierzy, które stosowano dawniej, przy czym opierano się na prastarej, instynktownej mądrości rolniczej. Można było wówczas na ściśle określonych obszarach gruntów rolnych uprawiać takie rośliny, które chciało się tam mieć, a było to możliwe dlatego, że kierowano się starą instynktowną mądrością. Przy wszystkich tych rzeczach mogę podać Państwu konkretne dane, które pozwolą lepiej zorientować się w tych sprawach, i które mogą być punktem wyjścia do ich rzeczywiście praktycznego zastosowania. A ponieważ sądzi się dzisiaj, – nie chcę powiedzieć, że się przesądza, – że wszystko należy później dodatkowo weryfikować, więc spróbujmy również poddać te rzeczy weryfikacji. Zobaczymy wówczas, że eksperymenty to potwierdzają – jeśli tylko zostaną przeprowadzone prawidłowo. Gdybym jednak sam miał gospodarstwo, to nie czekałbym na takie potwierdzenie, lecz zacząłbym to niezwłocznie wprowadzać, ponieważ jestem całkowicie pewny tego, że jest to skuteczne. Dla mnie bowiem wyniki badań naszej nauki (Geisteswissenschaft) są prawdziwe same przez się i nie potrzeba tego potwierdzać zewnętrznymi metodami. Błąd, który po­pełniali nasi naukowcy [naukowcy z kręgu antropozofów] polega na tym, że sięgali do zewnętrznych metod, że chcieli to weryfikować zewnętrznymi metodami. Czynili to również w obrębie Towarzystwa Antropozoficznego. Powinni byli jednak wiedzieć, że rzeczy mogą być prawdziwe same przez się. Dzisiaj jednak, żeby coś osiągnąć, należy to weryfikować metodami zewnętrznymi i trzeba pójść na kompromis. Konieczny jest tu kompromis, – ale w zasadzie nie jest on konieczny. Skąd bowiem mamy to wewnętrzne poczucie pewności, że jakieś rzeczy są prawdziwe? Otóż do tego wewnętrznego poczucia pewności przekonują nas one tym, czym same są [to znaczy, swoją jakością]. To, że są one prawdą wiemy tak, jak wiemy, że powinniśmy na przykład zatrudnić 150 osób, gdy chcemy trzykrotnie powiększyć produkcję jakiegoś towaru, który dotychczas produkowało 50 osób. Jednakże może teraz przyjść jakiś mądrala i powiedzieć: Ja jednak nie wierzę w to, że 150 osób wyprodukuje trzykrotnie więcej, gdyż najpierw trzeba to wypróbować. Otóż jest tak faktycznie, że czasem może się zdarzyć, że doświadczenie może pokazać nam coś innego, jeżeli będziemy rzeczywiście eksperymentować. Powiedzmy, że zleciliśmy wyprodukowanie jakiegoś towaru najpierw jednej osobie, a następnie dwóm osobom, a potem jeszcze trzem. Teraz można określić statystycznie, ile wyprodukowało tych troje ludzi. Ale gdy tych troje ludzi w czasie pracy będzie ustawicznie rozmawiać, to prze­cież wyprodukują razem nawet mniej niż jedna osoba. Zatem, przyjęte tu założenie jest założeniem błędnym. Eksperyment może pokazać coś wręcz przeciwnego. Ale nawet, gdy jakiś eksperyment pokazuje coś przeciwnego, to i tak nie rozstrzyga to jeszcze sprawy do końca. A więc, gdy chcemy dokładnie badać te rzeczy, musimy również brać pod uwagę założenie przeciwne.

A wtedy także zewnętrznie potwierdzi się to, co wewnętrznie jest prawdziwe. Zatem o roślinnych szkodnikach naszych pól należałoby mówić bardziej ogólnie. Jednakże nie możemy już tak uogólniać, gdy mówimy o szkodnikach zwierzęcych. Najpierw przedstawię Państwu pewien przykład który w sposób charakterystyczny pokaże Wam, jak sprawdzają się te rzeczy.

Weźmy najpierw mysz polną, czyli dobrego znajomego rolnika. Ja­kich to już nie stosowano metod, aby się jej pozbyć. W poradnikach rolni­czych można przeczytać, że przede wszystkim należy stosować różnego rodzaju preparaty fosforowe oraz podobne, np. strychninowo – sacharynowe. Pojawiła się nawet metoda zwalczania polnych myszy przez zakażanie ich tyfusem. Polega ona na zaszczepianiu tarcizny ziemniaczanej bakteriami, które szkodzą tylko gryzoniom. Oczywiście, że robi się również takie rzeczy albo przynajmniej się je zaleca. A więc próbuje te sympatyczne zwierzątka tępić środkami, które wcale nie wyglądają humanitarnie (menschlich) Do akcji wprzęga się nawet aparat państwowy, ponieważ zwalczanie myszy polnej nie przyniesie pożądanego skutku, jeśli nie będą w tym uczestniczyć rolnicy z sąsiednich gospodarstw. Myszy przechodzą bowiem z jednego pola na drugie i dlatego trzeba tu wezwać "państwo", żeby zmusić do działania wszystkich pozostałych [rolników]. Oczywiście, aparat państwowy w takiej sytuacji nie rozważa innych wariantów i ze swojej strony wprowadza w życie tylko swoje własne zarządzenia, jeśli tylko dojdzie do wniosku, że jakaś metoda jest skuteczna, nie wnikając w to, czy jest to rzeczywiście odpowiednia metoda.

Widzą państwo, wszystko to jest niekończącym się eksperymentowaniem i wydawaniem zarządzeń. Mam jednak odczucie, że eksperymenty te na niewiele się przydały, gdyż myszy wciąż powracają. Wprawdzie metoda, którą chcę Wam polecić, jest bardziej skuteczna wtedy, gdy stosuje ją równocześnie kilku rolników, niemniej skutkuje także wtedy, kiedy się ją stosuje tylko w obszarze jednego gospodarstwa, jakkolwiek nie może ona wtenczas zadziałać w pełni. Toteż rolnicy powinni przekonać do niej swoich sąsiadów z pomocą rozumnej argumentacji. Myślę, że w przyszłości w takich sprawach należy się przede wszystkim zwracać ku jasnej, logicznej argumentacji, a sięgać po środki, jakie w takiej sytuacji zazwyczaj rutynowo narzuca każdemu państwowo, mianowicie, gdy uzna, że coś należy koniecznie na danym terenie nakazać, zaprowadzić itd. – wcale nie wgłębiając się w to, czy jest to naprawdę uzasadnione.

Trzeba złapać kilka młodych myszy i oprawić je[37]. Teraz chodzi o to żeby skórki spalić w czasie, gdy Wenus stoi w znaku Skorpiona. Widzą państwo, stary poczciwi chłopi ze swoją instynktowną mądrością wcale nie byli tacy głupi, albowiem tam, gdzie od roślin przechodzimy do zwierząt, dochodzimy również do zwierzyńca niebieskiego, który został tak nazwany nie bez pewnego głębszego powodu. Otóż jest tak, że gdy coś przeprowadzamy w świecie roślin, to możemy pozostać w obrębie systemu planetarnego, natomiast nie jest już to możliwe w przypadku zwierząt.

Tutaj musimy również uwzględniać gwiazdy stałe, mianowicie te które znajdują się w zwierzyńcu niebieskim. Roślinie, do wydania na świat drugiej rośliny, wystarczą niemal całkowicie siły księżycowe. Natomiast w świecie zwierząt musi siły księżycowe wesprzeć Wenus własną siłą. Tutaj nie trzeba już tak bardzo zwracać uwagę na siły księżycowe, ponieważ zwierzę­ta zatrzymują w so1, konserwują je w sobie, i w ten sposób uniezależniają się od nich. W świecie zwierzęcym siły te działają nawet wtedy, gdy nie ma pełni Księżyca. Zwierzę nosi bowiem te siły w sobie, a to oznacza że uniezależniło się od nich pod względem determinacji czasowej. Takie uniezależnienie się od [sił zewnętrznych] nie występuje jednak u zwierząt w odniesieniu do sił pozostałych planet.

Musimy teraz skórkę myszy poddać działaniu ściśle określonych sił kosmicznych, to znaczy, musimy ją zdjąć z zabitej myszy w czasie, gdy Wenus stoi w znaku Skorpiona, następnie musimy ją spalić i starannie pozbierać pozostały popiół. Popiołu nie będzie dużo, ale gdy będziemy mieć więcej skorek, to powinno wystarczyć. Będziemy mieć teraz popiół ze skórki myszy polnej, który powstał w czasie, gdy Wenus stała w znaku Skorpiona. W tym, co zniszczył ogień, pozostanie pewna negatywna siła, która będzie się przeciwstawiać rozrodczym siłom myszy. Gdy teraz ten "pieprz" rozsy­piecie na polu, i gdy rzeczywiście będzie to substancja, która przeszła przez ogień dokładnie w czasie koniunkcji Wenus i Skorpiona, wówczas będziecie mieć środek, który sprawi, że myszy będą trzymać od niego z daleka. Na pewnych terenach będzie to trudno przeprowadzić, ale wtedy będzie to można wykonać homeopatycznie, toteż nie będziemy potrzebować całego talerza takiego "pieprzu". Myszy polne są jednak natrętnymi zwierzętami pojawią się znowu tam, gdzie popiół jeszcze nie zadziałał. W takich miejscach mogą się one znowu zagnieździć. A więc chociaż działanie popiołu sięga dość daleko, to jednak może ono nie dotrzeć wszędzie. Niewątpliwie popiół będzie działać skuteczniej, gdy rozsypią go także Wasi sąsiedzi.

Widzą państwo, istotną rzeczą jest tutaj to, że w ten sposób człowiek rzeczywiście zaczyna uwzględniać wpływy gwiazd i planet, nie ulęgając przy tym najmniejszej nawet mierze przesądom. Jest już tak, że wiele takich rzeczy, które pierwotnie były wiedzą, przeobraziły się później w czyste zabobony. Naturalnie, nie możemy odgrzewać dzisiaj zabobonów. Dzisiaj musimy znowu wychodzić z wiedzy, ale musi to być wiedza, którą trzeba rozwijać rzeczywiście na drodze duchowej, a nie tylko na drodze zmysłowo – fizycznej. W ten sposób możemy dzisiaj usuwać z naszych pól zwierzęta, które w pewnym sensie można zaliczyć do zwierząt wyższych. Myszy mianowicie są gryzoniami i zaliczamy je do zwierząt wyższych. Natomiast w ten sam sposób nie można zwalczać owady, gdyż owady znajdują się pod całkiem innymi wpływami kosmicznymi. Wszystkie zwierzęta niższe znajdują się bowiem pod innymi wpływami kosmicznymi niż zwierzęta wyż­sze.

Pasożytem [korzeni roślin] z grupy niższych zwierząt jest mątwik burakowy (Heterodera schachtii). Otóż przy jego zwalczaniu chodzi o to, żebyśmy mieli coś, co można łatwo zrozumieć. Tutaj pierwszym symptomem choroby są opuchnięte włókna korzenia oraz to, że rano liście rośliny obwisają. Musimy pamiętać o tym, że część środkowa rośliny (czyli liście), pobiera siły kosmiczne bezpośrednio z powietrza, korzenie zaś pobierają siły kosmiczne poprzez glebę. Cóż zatem dzieje się, gdy pojawia się mątwik burakowy? Otóż tutaj proces przyjmowania sił kosmicznych, który właściwie zachodzić powinien w rejonie liści, zostaje zepchnięty w dół, do korzeni.

Rys. 14.

Na schematycznym rysunku wygląda to w ten sposób: Jeżeli tutaj mamy poziom ziemi, a tutaj roślinę, to owe siły kosmiczne, które powinny działać w górnym rejonie rośliny, działają w rejonie dolnym [w roślinie opanowanej przez mątwika burakowego]. Właśnie o to tutaj chodzi. Pew­ne siły kosmiczne schodzą tutaj za głęboko w dół, co również wpływa na cały zewnętrzny wygląd rośliny. W ten sposób mątwik może czerpać siły kosmiczne w samej ziemi, w której musi żyć. W przeciwnym razie musiałby żyć w liściach, w których nie może się rozwijać, gdyż jego właściwym środowiskiem jest ziemia – mątwik jest mianowicie wydłużonym, nitko­watym robakiem[38].

Pewne istoty żywe, a nawet wszystkie istoty żywe, mają już taką właściwość, że mogą żyć tylko w obrębie pewnych granic, w których możliwe jest życie. Spróbujcie tylko żyć w powietrzu rozgrzanym do 70° C lub tam, gdzie panuje mróz sięgający minus 70° C. Jesteśmy całkowicie zdani na to, żeby żyć w granicach pewnej określonej temperatury i nie moglibyśmy żyć w temperaturze zarówno wyższej, jak i niższej. Nie potrafi tego również mątwik burakowy. Nie może on żyć tam, gdzie, po pierwsze, nie ma ziemi, a po drugie, gdzie nie ma pewnych kosmicznych sił. Nie mając tego musiałby wymrzeć. Wszystkie istoty żywe muszą mieć zawsze określone warunki żeby mogły żyć. Oczywiście, dotyczy to również całego rodu ludzkiego: który niewątpliwie musiałby wymrzeć, gdyby nie miał na ziemi odpowied­nich warunków do życia.

Otóż dla zwierząt [niższych], rozwijających się podobnie jak mątwik, jest sprawą życia i śmierci, żeby do gleby wniknęły takie kosmiczne siły, które powinny działać tylko nad powierzchnią ziemi, – przy czym działają one zawsze w cyklu czteroletnim. W mątwiku mamy coś, co bardzo odbie­ga od tej normy, a co mógłby dalej badać ten, komu zależałoby na bardziej dokładnym poznaniu tego zjawiska. Są to te same siły, które pojawiają się co cztery lata – jeśli np. popatrzymy na larwy chrabąszczy. Są to również te same siły, które obdarzają ziemię zdolnością rozwijania np. kiełków ziemniaków i dokładnie te same siły otrzymuje ziemia do ukształtowania pędraków chrabąszcza, które pojawiają się wraz z ziemniakami co cztery lata. Istnieje tutaj cykl czteroletni – ale nie u mątwika burakowego – lecz musimy się tego cyklu trzymać, żeby można go było [mątwika] zwalczać skutecznie[39].

Teraz bierzemy całe zwierzę, a nie tylko jedną jego część (jak przy polnej myszy), gdyż owad, który zagnieżdża się w korzeniu buraka, jest wynikiem działania sił kosmicznych jako całość. Ziemia jest mu potrzebna tylko jako podłoże. Dlatego trzeba spalić teraz całego owada. Jest to najlepsze rozwiązanie. W ten sposób najszybciej można się uporać z tym problemem. Można by było również pozostawić martwe owady, żeby zaczęły się rozkładać, ale trudno jest zbierać produkty rozkładu – niemniej wtedy moglibyśmy działać skuteczniej [to znaczy bardziej dogłębnie]. Ale w zasadzie można to również osiągnąć przez spalenie całego owada. Oczywiście tam, gdzie jest to możliwe, można również przechować [martwe, zasuszone owady] owady i dopiero potem je spalić. Cały ten zabieg należy przeprowadzić w czasie, gdy Słońce stoi w znaku Byka, a więc w znaku konstelacji, która znajduje się po przeciwnej stronie Skorpiona. (W konstelacji Skorpiona musi Wenus podczas sporządzania preparatu z mysiej skórki.) Świat owadów związany jest bowiem całkowicie z siłami, które rozwijają się, gdy Słońce przechodzi przez gwiazdozbiór Wodnika, Ryb, Barana, [Byka], Bliźniąt aż do Raka. Mątwik jest wtedy słaby i staje się słaby ponownie przy Wodniku. Słońce przechodząc przez ten region wypromieniowuje siły, które związane są właśnie ze światem owadów.

Ludzie oczywiście nie wiedzą, jak wyspecjalizowaną istotą jest Słońce. Właściwie jest ono zawsze inne w zależności od tego, czy w swoim dziennym i rocznym obiegu świeci ku Ziemi z gwiazdozbioru Byka czy Raka itd. Toteż jest to nawet przejaw dużej głupoty, gdy mówią oni o n i m ogólnie, – głupoty, którą można jednak wybaczyć. Właściwie należałoby mówić: Słońce Barana, Słońce Byka, Słońce Raka, Słońce Lwa i tak dalej. Należałoby tak mówić dlatego, że Słońce za każdym razem jest inną istotą. Zależy to zarówno od jego dziennego jak i rocznego obiegu, który określany jest przez jego pozycję w punkcie równonocy wiosennej, – przy czym powstaje tu oddziaływanie, które łączy w sobie różne wpływy. Zatem gdy w ten sposób przygotujecie ów "pieprz", możecie go rozprowadzić na polach buraków cukrowych i mątwik stopniowo będzie się stawał coraz słabszy. Słabość tą będzie można wyraźnie zauważyć już po czwartym roku. Mątwik po prostu będzie miał chęci do życia, gdy będzie musiał żyć w takiej glebie.

Wyłania się tutaj przed nami w bardzo osobliwy sposób coś, co określano dawniej jako naukę o ciałach niebieskich. Nauka o ciałach niebieskich, którą mamy dzisiaj, najwyżej może jeszcze służyć jako matematyczna orientacja, gdyż do innych rzeczy właściwie nie można jej już używać. Jednakże nauka o ciałach niebieskich nie zawsze tak wyglądała. Dawniej w ciałach niebieskich postrzegano coś, czym można się było kierować w życiu ziemskim, to znaczy, w szeroko rozumianej praktycznej działalności na ziemi, jednak nauka ta zanikła już całkowicie.

W ten sposób możecie ów zwierzęcy element powstrzymywać od wyrządzania szkód. Teraz jest ważne, żebyśmy (poprzez owo wewnętrzne zbliżenie się do Ziemi) byli świadomi nie tylko tego, że gleba może rodzić rośliny dzięki wodzie i siłom księżycowym, – lecz także tego, że to, co znajduje się w roślinach i wszystkich żywych istotach nosi w sobie również zarodek samozniszczenia. Tak bowiem jak woda jest z jednej strony nieodzownym warunkiem płodności, tak z drugiej strony ogień jest niszczycielem płodności. Ogień spala płodność. Dlatego jeśli teraz w odpowiedni sposób potraktujcie ogniem element roślinny – to znaczy, jeśli potraktujecie ogniem to, na co dotychczas oddziaływaliście wodą w celu wzmocnienia płodności – wówczas w obrębie gospodarki przyrody doprowadzicie do zniszczenia [płodności]. To jest właśnie to, co należy tutaj jeszcze wiedzieć i uwzględnić. Otóż dzięki wodzie, przenikniętej siłami Księżyca, nasiono może rozwijać płodność daleko wokół siebie – jednakże dzięki ogniowi, przenikniętemu siłami Księżyca i w ogóle siłami kosmosu, nasiono może również rozwijać daleko wokół siebie (weithin) siłę niszczącą [ową płodność], jak to widzieliśmy w ostatnim przykładzie.

Widzą państwo, rzeczy te nie przedstawiają się jednak tak strasznie, żeby było trzeba obawiać się tutaj dużych rozprzestrzeniających się sił niszczących – przy czym musimy tu także uwzględnić jeszcze to, że tutaj tak­ że czas. Otóż to, co działa w nasionie posiada zdolność rozprzestrzeniania się i zdolność ta obecna jest również w owej niszczącej sile. Ta zdolność rozprzestrzeniania się jest jego charakterystyczną właściwością. Dlatego tą zdolność musi również posiadać to, co nazwałem "pieprzem". Nazwałem to "pieprzem" tylko dlatego, że tak to wygląda. Rzeczy te [czyli popiół] przeważnie wyglądają jak pieprz.

Pozostały jeszcze do omówienia tak zwane choroby roślin. Wchodzimy teraz na teren, gdzie właściwie nie można mówić o chorobie w ścisłym znaczeniu tego słowa. Owe odbiegające od normy procesy, które określa się jako choroby roślin, nie są bowiem chorobami w tym samym sensie, jak te choroby, które występują u zwierząt. Gdy będziemy omawiać choroby zwierząt, zrozumiemy ową różnicę dokładniej. Przede wszystkim nie są to procesy takie, jak u chorego człowieka. Choroba, w ścisłym znaczeniu tego słowa, nie jest bowiem możliwa bez obecności ciała astralnego, które zarówno w zwierzęciu jak i w człowieku połączone jest z ciałem fizycznym poprzez ciało eteryczne i jest to normalność. Jednakże to normalne połączenie jest ściśle określonym rodzajem połączenia. Otóż do większości procesów chorobowych dochodzi wtedy, gdy ciało astralne łączy się z ciałem fizycznym lub z jakimś jego narządem intensywniej niż powinno, a więc, gdy wdziera się do ciała fizycznego i gdy ciało eteryczne nie potrafi utworzyć odpowiedniej wyściółki. Rośliny jednak nie mają w sobie właściwego ciała astralnego i dlatego nie chorują w taki sam sposób, jak chorują zwierzęta i ludzie. Musimy być tego w pełni świadomi.

Chodzi o to, żebyśmy zrozumieli, co może być przyczyną zachorowania rośliny. Z moich dotychczasowych wywodów mogliście się już do­wiedzieć, że ziemia, która otacza roślinę, ma w sobie życie. Znajdują się w niej różne rodzaje sił wegetacyjnych, a więc subtelne siły reprodukcji oraz wszystko to, co działa tam w podobny sposób pod wpływem sił pełni Księżyca przenoszonych przez wodę. Chociaż siły te nie są aż tak intensywne, żeby z nich mogły wyłonić się formy roślinne, ale jednak do pewnego stopnia są dość intensywne.

Mamy tutaj dużo rzeczy powiązanych ze sobą w sposób szczególny – mamy ziemię, mamy ziemię nasyconą wodą i mamy Księżyc. Księżyc do pewnego stopnia ożywia ziemię w ten sposób, że wprowadza w nią swoje promieniowanie i budzi w jej elemencie eterycznym falowanie życia, przędzenie życia. Łatwiej jest mu to robić wtedy, gdy ziemia przeniknięta jest wodą, a trudniej, gdy jest sucha. Woda jest tutaj właściwie tylko pośrednikiem [przekaźnikiem]. Dlatego musimy tutaj przede wszystkim ożywiać samą ziemię, czyli element stały, element mineralny. Ale woda jest także czymś mineralnym. Naturalnie, nie ma tutaj ostrej granicy. Zatem w ziemi musimy mieć również siły księżycowe.

Rys. 15.

Czasem jednak siły Księżyca stają się zbyt silne w glebie. Może dojść do tego w bardzo prosty sposób. Wyobraźcie sobie, że po bardzo mokrej zimie przyszła również bardzo mokra wiosna. W takiej sytuacji siły księżycowe będą wnikać do ziemi za silnie i dojdzie do jej nadmiernego ożywienia. Zaznaczę to w ten sposób, że narysuję tu czerwone punkciki. (Rys. 15) Widzą państwo, gdyby nie było tych czerwonych punkcików, to znaczy, gdyby w takich okresach Księżyc nie ożywiał tak mocno ziemi, wówczas rośliny rozwijałyby się normalnie i następnie [normalnie] tworzyłyby nasiona. Na przykład zboże rozwijałoby się normalnie i następnie tworzyłoby nasiona. Tak by było, gdyby wtedy Księżyc dawał glebie rzeczywiście tyle sił ożywiających, ile ich ona powinna otrzymać. Wtedy tak by one działały one z dołu do góry, że mogłyby powstawać [zdrowe] nasiona.

Przyjmijmy, że Księżyc działał nazbyt intensywnie w glebie i za bardzo ją ożywił. W takiej sytuacji jego siła za mocno działa z dołu. Na skutek tego wcześniej niż zwykle pojawiło się to, co powinno pojawić się dopiero podczas tworzenia się nasion. Otóż, kiedy Księżyc działa tak intensywnie w glebie nieco wcześniej [to znaczy działa w dolnej części rośliny], to potem już nie potrafi wznieść się do góry i wskutek tego musi działać głównie w dole. Doprowadza to do tego, że procesowi nasiono-twórczemu brakuje wtedy sił do prowadzenia normalnej aktywności i pojawia się w nich coś z obumierającego życia, a to obumierające życie sprawia, że ponad glebą, ponad jej [normalnym] poziomem wytwarza się w pewnym sensie drugi poziom. Wprawdzie nie jest to gleba, ale działają tam te same siły. Wskutek tego nasiona stają się pewnym rodzajem podłoża dla innych organizmów i pojawiają się wszelkiego rodzaju pasożyty i grzyby. W ten sposób powstaje głownia i podobne choroby roślin. A więc zanadto silne oddziaływanie Księżyca spowodowało, że na dole zostały zatrzymane siły, które powinny działać z dołu w górę. Płodność [roślin] zależy więc od tego, czy siła Księżyca działa normalnie, czy nie działa za mocno. Jest to dziwne, ale tak właśnie jest. Toteż można powiedzieć: Przyczyną osłabienia płodności roślin nie jest słabsza aktywność sił księżycowych w glebie, lecz jest odwrotnie: przy­czyną jest ich zanadto silna aktywność. Kto chciałby dojść do wyjaśnienia przyczyny tego dziwnego zjawiska na drodze myślowej spekulacji, a nie na drodze obserwacji, mógłby wręcz dojść do przeciwnego poglądu, – ale tutaj jest to błędna droga. Kiedy będziecie to zbadać dokładnie, zobaczycie, że jest tak, jak to przedstawiłem.

O co teraz chodzi? Otóż chodzi teraz o to, żeby jakoś uwolnić glebę od nadmiaru sił księżycowych i rzeczywiście jest sposób na to, żeby ją od nich uwolnić. Musimy tylko dowiedzieć się, co tak działa w glebie, że odbiera wodzie jej pośredniczącą siłę, a zarazem daje glebie więcej właściwości ziemskich, więcej elementu ziemskiego – a mianowicie w tym celu, żeby [gleba] wskutek obecności wody nie przyjmowała za dużo sił księżycowych. Zabieg wykonujemy w ten sposób – zewnętrznie wszystko pozostaje takie, jakie jest – że przyrządzamy gęstą herbatę z Equisetum arvense, którą później musimy rozcieńczyć. Rozpryskujemy ją – jako rodzaj gnojówki – na tych polach, na których jest to potrzebne. Wystarczą tu dawki homeopatyczne, a więc znowu nie potrzeba tego dużo.

Ale popatrzcie państwo, tutaj znowu można dokładnie obserwować, jak powinny oddziaływać na siebie poszczególne sfery życia. Ktoś, kto wie, jak Equisetum arvense osobliwie wpływa na ludzki organizm poprzez nerki, ten ma już w tym pewną wskazówkę. Naturalnie, nie można tutaj spekulować i fantazjować, niemniej jest to już pewna wskazówka, dzięki której można [dalej] badać, jak działa skrzyp, gdy zostanie przemieniony w coś, co nazwałem rodzajem gnojówki, którą następnie należy rozpryskać, – przy czym nie jest tu potrzebny aparat, gdyż jej oddziaływanie rozprzestrzenia się dosyć daleko, nawet wtedy, gdy rozpryskuje się ją w niedużej ilości. Można się wtedy przekonać, że jest to rzeczywiście dobry środek leczniczy. Nie jest to jednak środek leczniczy w ścisłym znaczeniu tego słowa, gdyż rośliny właściwie nie mogą chorować. Nie jest to więc rzeczywisty proces leczniczy, a nawet jest to proces przeciwny do tego, który przedstawiłem przedtem. Gdy w ten sposób będziemy wglądać w to, co rozgrywa się na najróżniejszych obszarach przyrody, możemy rzeczywiście nauczyć się skutecznie oddziaływać na rozwój rośliny, na rośnięcie rośliny. Później zobaczymy, że możemy w ten sposób oddziaływać również skutecznie na rozwój zwierzęcia, to znaczy na to, co w jego życiu jest normalne i nienormalne. Dopiero wtedy nauka będzie rzeczywistą nauką. Takie eksperymentowanie, jakie mamy dzisiaj, nie jest nauką, lecz jest tylko procesem odnotowywania pojedynczych szczegółów, pojedynczych zjawisk. Rzeczywista nauka powstanie dopiero wtedy, gdy ludzie nauczą się [prawidłowo] kierować siłami, które działają i tworzą u podłoża procesów przyrodniczych.

Otóż jest tak rzeczywiście, że roślin i zwierząt a nawet organizmów pasożytujących na roślinach, nie można zrozumieć przez nie same. Niewątpliwie dużo prawdy jest w tym, co powiedziałem Państwu w pierwszych godzinach tego kursu, gdy stwierdziłem, że brednie wygłasza ten, kto utrzymuje, że w samej igle magnetycznej tkwi przyczyna jej ustawicznego zwracania się w kierunku północy. Oczywiście, w ten sposób nie można rozumować. Tutaj trzeba uwzględniać całą Ziemię z jej północnym i południowym biegunem magnetycznym. A więc zjawisko to można wyjaśnić dopiero wtedy, gdy bierze się pod uwagę całą Ziemię. Ale tak samo jest rów­nież wtenczas, gdy stajemy przed rośliną. Wyjaśnienia zagadki roślinnego organizmu nie znajdziemy w samej roślinie. Musimy jej szukać w całym uniwersum, gdyż życie wyłoniło się z całego uniwersum, a nie tylko z Zie­mi[40].

Przyroda jest całością i działają w niej siły z całego kosmosu. Kto dostrzega i rozumie te działania, rozumie również przyrodę. Jak jednak postępuje dzisiaj nauka? Oto bierze się tam małą szklaną podstawkę, umiesz­cza się na niej badany obiekt, następnie precyzyjnie wszystko się od niego oddziela i teraz dopiero zaczyna się go obserwować. Zatem oddziela się od niego wszystko to, co by mogło mieć na niego jakiś wpływ. Nazywa się to obserwacją mikroskopową. Taki sposób postępowania jest jednak przeciwieństwem tego, co właściwie należałoby czynić, aby zrozumieć działanie kosmosu. Współczesnemu człowiekowi już nie wystarcza to, że zamyka się w pokoju. Teraz od całego tego wspaniałego uniwersum izoluje się nawet w ten sposób, że zamyka się w tubusie mikroskopu – nie dopuszczając tam niczego poza tym, co umieścił pod soczewką obiektywu. I oto w ten sposób, krok po kroku, doszliśmy do obserwacji mikroskopowych. Jednak dopiero wtedy będziemy mogli zrozumieć przyrodę (a także jeszcze wiele innych rzeczy), gdy znajdziemy drogę do makrokosmosu.

 

 

Pytania i odpowiedzi

Koberwitz; 14 czerwca 1924

 

Pytanie: Czy metodę stosowaną przy zwalczania mątwika burakowego można rów­nież zastosować do zwalczania owadów? Mam na myśli różnego rodzaju pasożyty roślin. Ale czy można tymi metodami tak bezceremonialnie niszczyć roślinne i zwierzęce życie na dużych obszarach ziemi? Przecież może to doprowadzić do wielkich nadużyć. Należałoby wszystko to utrzymać w jakichś granicach, ty człowiek nie szerzył wokół siebie spustoszenia.

Rudolf Steiner: Widzi pan, problem dopuszczalności tego rodzaju metod przedstawia się następująco. Przyjmijmy, – nie chcę teraz na samym wstępie zajmować problemem etycznym, problemem okultno etycznym – że stosowanie tych metod byłoby zabronione. Otóż wtenczas musiałoby pojawić się coś, na co już niejednokrotnie wskazywałem, mianowicie, nasze rolnictwo w obrębie cywilizowanego świata musiałoby podupaść, a klęski głodu i podobne rzeczy nawiedzałyby ludzkość nie tylko sporadycznie. Są to rzeczy, które pojawią się w przyszłości nie tak znowu odległej. Dlatego człowiek nie ma już dzisiaj innego wyboru, jak tylko ten, że albo dopuści do upadku cywilizacji na ziemi, albo poprowadzi te rzeczy w taki sposób, żeby mogły one obdarzyć ziemię nową płodnością. Zatem myślę, że nie mamy dzisiaj innego wyboru i nie możemy prowadzić dyskusji o tym, czy te rzeczy powinny być dozwolone. Niemniej takie pytanie można tutaj postawić z innego punktu widzenia. Chodzi o to, żeby rzeczywiście pomyśleć o stworzeniu czegoś, co będzie pewnego rodzaju wentylem bezpieczeństwa, a więc czymś, co będzie zabezpieczać przed ewentualnymi nadużyciami. Jest niewątpliwie prawdą, że gdy takie rzeczy będą się rozpowszechniać, to oczywiście może dochodzić do nadużyć. To jest zrozumiałe. Mogę tu tylko wskazać na to, że na ziemi zawsze były takie epoki cywilizacyjne, w których ludzie wiedzieli o tych sprawach i stosowali je w szerokim zakresie, ale też można było wówczas zachować te rzeczy w kręgach ludzi najbardziej odpowiedzialnych, tak, że nie dochodziło do nadużyć. Do większych nadużyć doszło w czasie, w którym rzeczywiście pojawiła się możliwość ich popełniania na większą skalę, to znaczy, gdy siły te znalazły się w powszechnym użyciu. Zdarzyło się to w późnym okresie epoki atlantyckiej. Doszło wówczas do większych nadużyć, które doprowadziły do ogromnego kataklizmu. Uogólniając, można tutaj tylko powiedzieć: Niewątpliwie utrzymywanie wiedzy o tych rzeczach w ścisłych gremiach jest postępowaniem uzasadnionym. Wszelako w naszych czasach jest to już niemal niemożliwe. Dzisiaj nie można już tych tajemnic utrzymywać tylko w wąskich kręgach, gdyż od razu zaczynają one dążyć do tego, żeby w jakiś sposób wyciągnąć je na zewnątrz. Dopóki ludzie nie znali jeszcze sztuki drukarskiej, dopóty było to jeszcze łatwe. Było to łatwe wówczas, gdy większość ludzi nie umiała jeszcze pisać. Dzisiaj niemal przy każdym wykładzie, który wygłasza się w jakiejś niedużej grupie od razu wyłania się pytanie, skąd wziąć stenografa. Właściwie patrzyłem zawsze na to bardzo niechętnie, jakkolwiek jest to coś, co należy zaakceptować. Byłoby jednak lepiej, gdyby tego tutaj nie było. Oczywiście, mam na myśli stenografię, a nie osobę stenografującą.

Ale popatrzcie państwo, czy z drugiej strony nie należy liczyć się również z inną koniecznością, mianowicie z koniecznością podniesienia całego ludzkiego życia na wyższy poziom etyczny? Takie moralne uzdrowienie całego ludzkiego życia będzie panaceum przeciw nadużyciom tego rodzaju. Wszelako, gdy przyglądamy się pewnym współczesnym zjawiskom, opanowuje nas nastrój pesymistyczny. Proces moralnego uzdrawiania ludzkiego życia nie powinien jednak nigdy prowadzić do biernego przypatrywania się życiu, lecz zawsze do takiego myślenia, które przeniknięte jest impulsami woli – a człowiek właściwie powinien być również świadomy tego, że należy stale pracować nad etycznym rozwojem całej istoty ludzkiej. Również to mogłaby zainicjować antropozofia, która nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby ukonstytuowało się owo gremium, które byłoby rodzajem antidotum na nadużycia, jakie mogłyby tutaj powstać. Ale również w przyrodzie jest tak, że to, co jest dobre, może również zaszkodzić. Pomyślcie tylko: gdybyśmy nie mieli sił księżycowych dla tego, co znajduje się tutaj w dole, to nie moglibyśmy mieć ich również dla tego, co znajduje się w górze. Te księżycowe siły muszą tam być, muszą tam działać. W przyrodzie jest już tak, że to, co w jednym miejscu jest w najwyższym stopniu potrzebne i niezbędne, to znowu w innym miejscu staje się szkodliwe. Coś, co na jednym pozio­mie jest ucieleśnieniem moralności, to na innym poziomie działa tak, jak jej przeciwieństwo. Element arymański, który działa w sferze Ziemi, jest tylko dlatego szkodliwy, że działa on właśnie w sferze Ziemi, natomiast jest już inaczej, gdy działa on w sferze znajdującej się odrobinę wyżej.

Jeśli chodzi o drugie pytanie, to jest rzeczywiście tak, że to, co podałem tutaj dla nicieni, odnosi się również do owadów w ogólności. Odnosi się to właściwie do całego świata niższych zwierząt, którego charakterystyczną cechą jest to, że należące do niego organizmy posiadają rdzeń brzuszny, a nie kręgowy. Skórkę ściąga się wtedy, gdy zwierzę posiada rdzeń kręgowy, natomiast gdy posiada rdzeń brzuszny, należy je całe spalić.

 

Pytanie: Czy chodzi tutaj o dziki rumianek?

Rudolf Steiner: Chodzi o ten rumianek, którego płatki kwiatowe zwrócone są w dół w taki oto sposób:

Rys. 16.

Ma on płatki, które nie zwracają się do góry, lecz w dół. Jest to zatem "Chamomilla officinalis", który dziko rośnie na skraju drogi.

 

Pytanie: Czy z pokrzywy bierze się również kwiaty?

Rudolf Steiner: Można również brać jej kwiaty, a więc całą roślinę, gdy kwitnie, ale bez korzenia.

 

Pytanie: Czy można tu również zastosować tzw. psi rumianek, to zna­czy ten, który rośnie na polach?

Rudolf Steiner: Jest to gatunek, który z właściwym rumiankiem spokrewniony jest bardziej niż ten, który pokazujecie tutaj jako rumianek ogrodowy. Tego jednak nie należy stosować. Natomiast gatunkiem właściwym jest ten, z którego robi się również herbatę.

 

Pytanie: Czy rumianek, który często można znaleźć przy torach kolejowych, nie jest tym gatunkiem właściwym?

Rudolf Steiner: Tak jest, to jest właśnie ten właściwy.

 

Pytanie: Czy to, co powiedział Pan w związku ze zwalczaniem chwastów, można również zastosować do zwalczania chwastów wodnych, np. do zwalczania moczarki?

Rudolf Steiner: Odnosi się to również do roślin rosnących w zbiornikach wodnych oraz na bagnach, a również do chwastów wodnych. Natural­nie wtedy takim "pieprzem" należy posypać brzegi.

 

Pytanie: Czy środkami, którymi zwalczamy pasożyty nadziemne, można również zwalczać pasożyty żyjące pod powierzchnią ziemi, jak na przykład kiłę kapusty (Plasmodiophora brassicae)?

Rudolf Steiner: Naturalnie.

 

Pytanie: Czy środki, które stosujemy przeciw chorobom roślin, można również zastosować przy winorośli?

Rudolf Steiner: Chociaż nie zostało to sprawdzone – ja też tego nie sprawdzałem – a także okultnie niewiele uczyniono w tym kierunku, to jednak uważam, że można nimi również ochraniać winorośl.

 

Pytanie: A jak to jest przy mączniku rzekomym winorośli (Plasmopara viticola)?

Rudolf Steiner: Należy go zwalczać w taki sam sposób, jak zgorzel.

 

Pytanie: Czy jako antropozofowie powinniśmy wspierać uprawę winorośli?

Rudolf Steiner: Widzi pan, antropozofia dzisiaj w wielu sprawach może być tylko po to, by mówić ludziom, co jest. Natomiast pytanie, co być powinno, jest jeszcze dla wielu sfer naszego życia naprawdę pytaniem bar­dzo trudnym. Miałem kiedyś dobrego przyjaciela antropozofa, który miał dużą winnicę. Człowiek ten pewną część swoich rocznych dochodów z win­nicy – niezbyt dużą, ale jednak stosunkowo dużą – przeznaczał na to, żeby na cały świat wysyłać kartki pocztowe, które wzywały ludzi do abstynencji. Ale miałem również przyjaciela, który był bardzo rygorystycznym abstynentem. Człowiek ten przez całe swoje życie wspierał zawsze szczodrą ręką antropozofię. Należał jednak do ludzi, którzy propagowali wszędzie Stemberger Cabinett [gatunek wina]. Czynili to nawet w tramwajach, na których można było przeczytać: Sternberger Cabinet! Tutaj jednak wyłania się bardzo praktyczny problem, albowiem nie można przeprowadzić dzisiaj od razu wszystkiego. Dlatego powiedziałem tak: Rogi krowie są niewątpliwie tą rzeczą, którą musimy wziąć od krowy i włożyć do ziemi. Natomiast gdybyśmy nałożyli sobie na głowę rogi byka, walcząc niczym byk przeciw wszystkie­mu i wszystkim, to moglibyśmy tylko zaszkodzić sprawie, o którą nam tak bardzo chodzi.

 

Pytanie: Czy by nie można było pęcherza jelenia zastąpić czymś innym?

Rudolf Steiner: Niewątpliwie jest prawdą, że zdobycie takiego pęcherza może być rzeczą trudną. Ale ileż to jest takich rzeczy na świecie, które nie przychodzą nam łatwo. Można naturalnie próbować, czy by nie można było zastąpić pęcherza jelenia czymś innym. Dzisiaj nie potrafię jeszcze tego powiedzieć. Oczywiście, jest całkiem możliwe, że gdzieś żyje taki gatunek zwierzęcia, który być może pochodzi z niedużego rejonu Australii. Jest to możliwe. Jed nak wśród rodzimych europejskich zwierząt nie widzę innego takiego zwierzęcia. Właściwie wchodzi tutaj w rachubę jedynie pę­cherz zwierzęcia i dlatego nie radzę zastępować go jakimś surogatem.

 

Pytanie: Czy przy zwalczaniu owadów musi być taki sam układ gwiazd?

Rudolf Steiner: Jest to coś, co należy wypróbować. Powiedziałem, że wchodzi tutaj w rachubę cały szereg takich układów od Wodnika w górę aż do Raka i powiedziałem, że dla różnych niższych zwierząt pewną rolę odgrywa określona wariacja w obrębie konstelacji. Trzeba to jednak wypróbować.

 

Pytanie: Czy przy zwalczaniu polnej myszy chodzi o astronomiczną Wenus?

Rudolf Steiner: Oczywiście, chodzi tutaj o to, co nazywamy Gwiazdą Wieczorną.

 

Pytanie: Czy chodzi tutaj o koniunkcję Wenus ze Skorpionem?

Rudolf Steiner: Koniunkcję Wenus ze Skorpionem należy tak rozumieć, że w rachubę wchodzi każda koniunkcji z Wenus, gdzie Wenus wi­doczna jest na niebie, a za nią znajduje się gwiazdozbiór Skorpiona. Wenus musi znajdować się za Słońcem.

 

Pytanie: Czy palenie ziemniaczatrych naci wywiera jakiś wpływ na zbiory ziemniaków?

Rudolf Steiner: Wpływ ten jest tak minimalny, że właściwie nie ma to tutaj jakiegoś większego znaczenia. Oczywiście, jest tu pewien wpływ, który istnieje zawsze, gdy robimy coś z jakimikolwiek resztkami organicznymi. Oddziałuje to nie tylko na poszczególne rośliny, lecz nawet na całe pole roślin, ale jednak jest to tak słabe oddziaływanie, że praktycznie nie wchodzi ono tutaj w rachubę.

 

Pytanie: Co należy rozumieć przez określenie "krowia kreza"?

Rudolf Steiner: Miałem na myśli otrzewną. O ile wiem, przez to określenie należy rozumieć otrzewną.

 

Pytanie: Czy jest to to samo, co flaki?

Rudolf Steiner: Nie, jest to otrzewna.

 

Pytanie: A jak powinno się taki popiół rozprowadzać na polach?

Rudolf Steiner: Należy tutaj postępować tak, jak postępujemy z pieprzem, gdy posypujemy nim cokolwiek. Preparat ten posiada tak duży promień działania, że właściwie wystarczy posypać nim ziemię, np. idąc przez pole.

 

Pytanie: Czy preparaty te działają w ten sam sposób na drzewa owocowe?

Rudolf Steiner: Wszystko to, o czym mówiłem, można również zastosować do drzew owocowych. Pewne rzeczy, które jeszcze należy tutaj uwzględnić, omówię jutro.

 

Pytanie: W rolnictwie zazwyczaj postępujemy w ten sposób, że nawóz dajemy pod rośliny okopowe. Czy nawóz (Dünger), który został poddany działaniu preparatu, można również dawać pod zboże, i czy należy go jeszcze dodatkowo poddać innym zabiegom?

Rudolf Steiner: Na początku możemy – oczywiście – pozostać przy tych metodach, które już stosujemy. Chodzi tylko o to, żeby uzupełnić je tym, o czym tutaj mówiłem. O pozostałych metodach, o których nie mówiłem, należy powiedzieć tak: Nie należy od razu odstawiać wszystkiego, jako czegoś złego i wszystko reformować. Sądzę, że to, co się sprawdziło, można stosować dalej i tylko należy to uzupełnić tymi rzeczami, o których tutaj mówimy. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na to, że nasze metody trzeba będzie mocno zmodyfikować w wypadku, gdy będziemy stosować nawóz z dużą ilością owczego lub świńskiego obornika, przy czym kiedy ograniczymy się tutaj tylko do krowiego obornika, osiągniemy lepsze wyniki.

 

Pytanie: A jak to jest, gdy stosuje się nawozy mineralne?

Rudolf Steiner: Otóż wtedy okazuje się, że są one czymś, co musi wyjść z użycia całkowicie, gdyż każdy nawóz mineralny sprawia, że rośliny tracą wartości odżywcze. Takie już jest prawo przyrody. Natomiast metoda, którą przedstawiłem – oczywiście, jeżeli będziecie ją Państwo stosować – sprawi, że n ie trzeba będzie nawozić częściej, niż co trzy lata, a być może nawet, co cztery – sześć lat. Okaże się wówczas, że można się obejść bez sztucznych nawozów. Będziemy musieli od nich odejść przede wszystkim dlatego, że stosowanie ich nie będzie miało sensu. Zatem nawozy sztuczne nie będą potrzebne i będą musiały zniknąć. Dzisiaj ludzie oceniają wszystko ze zbyt krótkiego dystansu czasu. Podczas pewnej dyskusji o hodowli pszczół, jeden z dzisiejszych pszczelarzy tłumaczył, że należy zaprowadzić przemysłową hodowlę matek i sprzedawać je na wszystkie strony. Twierdził, że dzięki temu poszczególne pasieki nie będą się już musiały zajmować hodowlą ma­tek. Musiałem na to tak odpowiedzieć: Niewątpliwie macie rację! Ale być może jeszcze nie po 30 – 40 latach, ale już po 40 – 50 latach okaże się, że doprowadziło to do zniszczenia hodowli pszczół. Dlatego musimy zwracać uwagę na takie rzeczy. Dzisiaj ludzie chcą wszystko mechanizować mineralizować, ale jest już tak, że element mineralny powinien działać w przy­ rodzie tylko w ten sposób, w jaki sam może w niej działać. Dlatego żywego organizmu ziemi nie należy przesnuwać elementem martwym, elementem mineralnym – nie poddając go [mineralnego elementu] najpierw pewnym procesom ożywiającym. Nie zadziała to jeszcze jutro, ale już pojutrze na pewno zadziała to samo z siebie.

 

Pytanie: Jak właściwie należy chwytać te owady? Czy można je również wziąć w stadium poczwarki?

Rudolf Steiner: Można wziąć zarówno larwy, jak i uskrzydlone owady. Jednak wtedy może się okazać, że troszeczkę zmieni się konstelacja, albowiem, gdy od uskrzydlonego owada przechodzimy do poczwarki, wówczas konstelacja lekko przesuwa się od Wodnika do Raka. Owad (uskrzydlony) musi mieć konstelację przesuniętą bardziej w kierunku Wodnika.

Wykład 8

Koberwitz, 15 czerwca 1924

 

Do rozważań, jakie tu prowadziliśmy, chciałbym jeszcze dodać kilka uwag o hodowli zwierząt oraz o uprawie owoców i warzyw.

Wprawdzie nie pozostało nam już dużo czasu, ale też o tym ważnym dziale rolnictwa nie będziemy mogli mówić sensownie, jeśli najpierw nie zrozumiemy jego najważniejszych uwarunkowań. Tą sprawą zajmiemy się właśnie dzisiaj, by jutro przejść do zaleceń praktycznych.

Chciałbym teraz wraz z Państwem przyjrzeć się pewnym już nieco odległym rzeczom, albowiem dzisiaj zostały już one prawie całkowicie zapomniane, jakkolwiek były niegdyś dobrze znane ludziom mającym instynktowną wiedzę rolniczą. Otóż dzisiaj ludzie jakże często patrzą na minerały, rośliny i zwierzęta – samego człowieka teraz pominiemy – w taki sposób, jakby prócz nich nie było już tutaj [w przyrodzie] niczego więcej. Dzisiaj ludzie przyzwyczaili się patrzeć na pojedynczą roślinę jak na osobny, odrębny, indywidualny byt i również w ten sam sposób przyzwyczaili się patrzeć na gatunki roślin, to znaczy, każdy gatunek roślin postrzegają jako rzecz odrębną W ten sposób można je sobie ład nie zaszufladkować na rodzaje i gatunki, można zrobić z tego uporządkowany zbiór wiadomości, których trzeba się później uczyć. Ale w przyrodzie tak nie jest. W przyrodzie i w ogóle w świecie, wszystko wzajemnie na siebie oddziałuje. Ustawicznie jeden organizm oddziałuje tam na drugi organizm. Dzisiaj, w dobie materializmu, ludzie obserwują tylko owe najm niej subtelne wzajemne oddziaływa­ nia [przyrody], a więc np. zwierzęta zabijające i trawiące inne zwierzęta lub procesy zachodzące na polu po rozrzuceniu nawozu zwierzęcego pochodzenia. Zatem znają tylko te najgrubsze wzajemne oddziaływania.

Ale przecież poza tym i grubymi wzajemnymi oddziaływaniami istnieją również takie, które powstają pod wpływem aktywności subtelniej­szych sił i substancji; pod wpływem ciepła; pod wpływem ustawicznie działającego w atmosferze eteru chem icznego i życiowego, itd. Nie sprostamy jednak wielu zadaniom stojącym przed gospodarstwem rolnym, jeśli nie będziemy uwzględniać także owych subtelnych rzeczy. Musimy zwracać na nie uwagę właśnie dlatego, że w gospodarstwie rolnym mamy do czynienia ze współżyciem zwierząt i roślin. Ale musimy tutaj nie tylko zwracać uwagę na te zwierzęta, które niewątpliwie w gospodarstwie są nam bardzo bliskie, a więc krowy, konie, owce itd., ale także na wielobarwny świat owadów, które w pewnej porze roku fruwają wokoło roślin. Co więcej, musimy tu również w rozumny sposób uwzględniać świat ptaków. Ludzie mają dzisiaj nieprawdziwe wyobrażenie o tym, jaki wpływ wywarło na rolnictwo i gospodarkę leśną wypędzenie niektórych gatunków ptaków z pewnych terenów. Na tą sprawę będzie musiała rzucić światło nauka o orientacji antropozoficznej – a mógłbym równie dobrze powiedzieć: na tą sprawę będzie musiała rzucić światło obserwacja makrokosmosu. Żebyśmy jednak mogli posunąć się dalej w zrozumieniu [owych wzajemnych oddziaływań] przedstawię teraz Państwu coś z naszych dotychczasowych badań.

Gdy patrzymy na drzewo owocowe, powiedzmy gruszę, jabłoń lub śliwę, to widzimy, że już zewnętrznie jest ono czymś całkiem innym niż tzw. rośliny zielne lub zboża. Musimy się teraz dokładniej przyjrzeć, jak dalece drzewo różni się od roślin tego typu, gdyż w przeciwnym razie nigdy nie będziemy mogli zrozumieć funkcji i rol i owoców w gospodarce przyrody. Mówię tu naturalnie przede wszystkim o tych owocach, które rosną na drzewach.

Przyjrzyjmy się zatem drzewu. Jaką rolę spełnia drzewo w całej gospodarce przyrody? Otóż, kiedy przyglądamy się mu uważnie, dochodzimy do wniosku, że rośliną – rośliną w ścisłym znaczeniu tego słowa, są w nim właściwie tylko zielone łodygi, liście, kwiaty i owoce. Wyrastają one z niego tak, jak rośliny zielne wyrastają z ziemi. Drzewo [pień, konary, gałęzie] jest dla nich rzeczywiście jak gdyby ziemią. Jest ono jak gdyby kopczykiem ziemi – tyle że ziemia w tym kopczyku zawiera więcej życia niż ta ziemia, z której wyrastają nasze rośliny zielne i zboża.

Zatem jeśli chcemy zrozumieć drzewo, musimy powiedzieć tak: Mamy tutaj najpierw gruby pień, do którego w pewnym sensie należą jeszcze konary i gałęzie. Dopiero z niego wyrasta właściwa roślina, a więc liście i kwiaty. Roślina ta jest tak zakorzeniona w jego pniu i gałęziach, jak rośliny zielne zakorzenione są w ziemi. Tutaj jednak wyłania się pytanie, czy takie roślinki, – którą z tego powodu należałoby nazwać mniejszym lub większym pasożytem – są w nim naprawdę zakorzenione?

Ich właściwych korzeni nie możemy przecież w nim odkryć. Jeśli zatem chcemy to dobrze zrozumieć, musimy powiedzieć tak: owe rośliny, któ­re w górze rozwija swoje liście i kwiaty, a nawet łodygi, właściwie utraciły swoje korzenie wówczas, gdy usadowiły się na drzewie. Jednakże roślina, która nie posiada korzeni, nie jest jeszcze całą rośliną. Roślina bowiem potrzebuje korzeni – a zatem gdzie się one znajdują?

Korzenie te istnieją, tyle że są one niewidoczne dla grubej zmysłowej obserwacji. W takim wypadku należy jednak nie tyle dążyć do ich zobaczenia, co do ich zrozumienia. Należy je zrozumieć – ale co to znaczy? żebyśmy mogli posunąć się dalej, posłużę się pewnym porównaniem. Wyobraźcie sobie, że w ziemi blisko siebie zasadziłem same rośliny jednoroczne. Następnie roślinki te zrosły się w swoich korzeniach, to znaczy zrosły się tak, że jeden korzeń oplótł się wokół drugiego i wszystko to razem utworzyło jednorodną masę splecionych korzeni. Wyobraźcie sobie, że ta jednorodna masa korzeni nie mogła pozwolić sobie na to, żeby być czymś niezorganizowanym i utworzyła jednorodny organizm, tak że na dole soki tych wszystkich roślinek połączyły się ze sobą. Powstała jednorodna masa splecionych korzeni i nie wiadomo już, gdzie kończy się jeden korzeń., a gdzie zaczyna się drugi. Powstał jeden wspólny system korzeniowy.

Rys. 17.

Czegoś takiego oczywiście nie ma [w takiej postaci], gdyż nie ma potrzeby, żeby to powstało. Przedstawiłem to tylko jako hipotezę, która może pomóc państwu zrozumieć drzewo, gdyż w drzewie istnieje to rzeczywiście, tyle że rosnące na nim roślinki utraciły swoje korzenie, a nawet do pewnego stopnia oddzieliły się od nich i połączone są z nimi eterycznie. To, co tutaj narysowałem, rzeczywiście znajduje się we wnętrzu drzewa. Jest to jego miazga twórcza [miazga łykotwórcza], czyli kambium.

Zatem korzenie owych roślinek można sobie tylko tak wyobrazić, że zastąpiło je kambium. Oczywiście, kambium nie wygląda tak, jak korzenie. Jest to bowiem twór­cza warstwa drzewa, która nieustannie wytwarza nowe komórki, i z której nieprzerwanie rozwija się roślinne życie. Niczym z korzeni roślin jednorocznych. A więc w drzewie z jego warstwą miazgową – która jest warstwą twórczą i może wytwarzać młode komórki roślinne – inne warstwy drzewa [pnia], oczywiście, by mogły wytwarzać młodych komórek – doszło rzeczywiście do spiętrzenia się elementu ziemnego. Widzimy, że ten spiętrzony element ziemny wyrósł w górę i wniknął do elementu powietrznego i widzimy, że wskutek tego potrzebuje on więcej uwewnętrznienia życia, to znaczy więcej niż zazwyczaj zawiera go w sobie ziemia. Zaczynamy teraz rozumieć drzewo. Zrazu postrzegamy je jako istotę dość osobliwą, to znaczy jako istotę, która jest tutaj po to, żeby rosnące na niej rośliny – to znaczy, łodygi, kwiaty i owoce – oddzielić od korzeni; żeby je od nich odsunąć i łączyć je z nim i tylko – poprzez element duchowy, element eteryczny.

Właśnie w ten sposób, czyli koniecznie makrokosmicznie, należy wglądać w proces rośnięcia drzewa. Ale to idzie jeszcze znacznie dalej. Cóż bowiem dzieje się wskutek tego, że powstaje drzewo? Otóż to, co dzieje się wskutek tego, przedstawia się następująco: To, co w powietrzu i cieple wyrasta z drzewa w górze, jest w rzeczywistości innym elementem roślinnym niż ten, który bezpośrednio wyrasta z ziemi (w powietrzu i cieple) jako rośliny zielne. (Rys. 18). To, co rośnie w górze jest rzeczywiście innym światem roślinnym. Jest on bardziej wewnętrznie, bardziej intymnie związany z otaczającą astralnością, to znaczy z astralnością, która została wydzielona do powietrza i ciepła właśnie w tym celu, żeby powietrze i ciepło mogły być mineralne, a więc takie, jakie potrzebuje człowiek i zwierzę. Jest zatem tak, że gdy patrzymy na rośliny zielne, to jak powiedziałem, otacza [osłania] je element astralny niczym obłok. Wokół drzewa ten astralny obłok Jest gęściejszy. Jest on tam dlatego gęściejszy, że nasze drzewa są skupiskami substancji astralnej. Są one najwyraźniej zbieraczami astralności.

Na tym terenie można łatwo osiągnąć pewien wyższy rozwój duchowy i gdy człowiek dołoży starań, może tu stosunkowo łatwo wejść w sferę ezoteryki. Wprawdzie nie stanie się od razu jasnowidzącym, ale dość łatwo może osiągnąć jasnowęch, oczywiście o ile rozwinie wyższy zmysł powo­nienia zarówno dla tych zapachów, które rozchodzą się z roślin zielnych, Jak i dla tych, które rozchodzą się z drzew owocowych – również wtedy, gdy dopiero kwitną – a nawet dla tych zapachów, które wydaje las. Dostrzeże wówczas różnicę między niezasobną w astralność atmosferą roślin zielnych i nasyconą astralnością atmosferą drzew, którą można poczuć, gdy wącha się zapachy roztaczane przez korony drzew. Gdy w ten sposób nauczycie się rozróżniać zapachy, to znaczy, gdy nauczycie się je wyodrębniać i indywidualizować, gdy nauczycie się zauważać różnicę między zapachem roślin zielnych i zapachem korony drzewa, to w pierwszym wypadku będziecie mieć jasno­węch dla rzadszej astralności [roślin zielnych], a w drugim wypadku dla gęściejszej astralności [drzew]. Widzą Państwo, rolnik może taki jasnowęch rozwinąć i nie jest to wcale trudne. W ostatnich czasach nie korzystał on z tej możliwości tak, jak to było w czasach starego instynktownego jasnowidzenia, ale jak powiedziałem, rolnik może taki wyższy zmysł rozwinąć.

Rys. 18.

Możemy się teraz zapytać: Dobrze, ale jak to jest z kambium, czy­li z tym, co w pewnym sensie jest przeciwieństwem tej astralności, którą przyciąga owa "pasożytnicza" roślina rosnąca na drzewach? Cóż to takiego powstaje tutaj za sprawą miazgi twórczej, co ona czyni?

Widzą państwo, drzewo działa tak, że otaczająca je atmosfera zawiera w sobie więcej astralności. A co dzieje się, gdy na drzewie wyrastają rośliny w rodzaju roślin zielnych? Otóż wskutek tego drzewo ma określoną wewnętrzną witalność, eteryczność, ma w sobie silniejsze życie. Jednakże kambium to życie przytłumia, toteż drzewo upodabnia się trochę do minerału. Staje się uboższe w eteryczność. A więc kambium działa tak: Podczas gdy w górze zbiera się wokół drzewa trochę więcej astralności, to za spra­wą kambium we wnętrzu [drzewa] dochodzi do uszczuplenia eteryczności. Jednak przez to, że dochodzi tam do uszczuplenia eteryczności, dochodzi również do zmian w korzeniach. Mianowicie korzenie drzew mineralizują się bardziej niż korzenie roślin zielnych.

A ponieważ stają się one bardziej mineralne, przeto zabierają glebie coś z jej własnej eteryczności. Dlatego drzewa mają wokoło siebie glebę bar­dziej mineralną niż rośliny zielne. Na to należy zwracać szczególną uwagę. Jednakże to, co w ten sposób w przyrodzie powstaje, posiada w jej gospodarce znaczenie szczególne, znaczenie wewnętrzne. Toteż musimy się teraz uważnie przyjrzeć temu znaczeniu. Co zatem w gospodarce oznacza zagęszczanie się astralności wokół [korony] drzewa oraz ubytek eteryczności w obszarze jego korzeni.

Kiedy będziemy to dalej badać, zauważymy, że dojrzałe owady przędą i żyją dzięki zagęszczonej astralności, która otacza i opływa drzewa. Natomiast na ich larwy działa znowu coś innego, mianowicie działa na nie to, co w ziemi [w korzeniach] i wokoło korzeni traci swoje siły eteryczne i podnosi się w górę jako eteryczność wyjałowiona. Otóż ta wyjałowiona, uszczuplona, zubożała eteryczność działa tak, jak zawsze działa element duchowy, to znaczy oddziałuje na całość – tak jak to przedstawiłem wczoraj w odniesieniu do karmy człowieka. Dlatego gdyby Ziemia nie miała drzew, to również nie byłoby na niej owadów, gdyż żyją one właśnie dzięki drzewom i także ich larwy żyją z tego, co dają im drzewa i co daje im las.

Widzą państwo, wskazuje to na to, w jaki sposób wewnętrzny świat korzeni jest powiązany z podziemnym światem zwierzęcym. Powiem tak: Drzewo w sposób szczególny może nas o tym pouczać. W drzewie można to wyraźnie zobaczyć. Ale jest rzeczą znamienną, że to, co jest tak wyraźnie widoczne w drzewie, jest także w zróżnicowany sposób obecne w całym świecie roślinnym, toteż w każdej roślinie żyje coś, co pragnie stać się drzewem. W każdej roślinie korzeń wraz z swoim otoczeniem dąży do wyzbycia się elementu eterycznego i w każdej roślinie to, co wyrasta do góry, dąży do jeszcze ściślejszego przyciągnięcia elementu astralnego. Wola stania się drzewem istnieje właściwie w każdej roślinie. Dlatego również w każdej roślinie uwidacznia się powinowactwo ze światem owadów, które scharakteryzował, gdy omawiałem drzewo. Jednakże to powinowactwo roślin ze światem owadów rozszerza się na całe królestwo zwierząt. A nadto owe larwy, które niegdyś mogły żyć na Ziemi dzięki korzeniom drzew, przeobraziły się [w rozwoju] w inne podobne do nich gatunki zwierząt, które swoje całe zwierzęce życie przechodzą mniej lub bardziej w stadium larwy i na­stępnie uniezależniają się w pewnym sensie od korzeniowości drzewa, aby móc żyć podług innej korzeniowości, a nawet podług korzeniowości roślin zielnych oraz wraz z nią.

Tutaj jednak możemy zauważyć rzecz bardzo osobliwą, mianowicie owe zwierzęta podziemne, które bardzo już oddaliły się od stadium larwy, mają zdolność regulowania eterycznej witalności w glebie, jeżeli jest jej tam za dużo. Dlatego gdy gleba staje się, że tak powiem, za bardzo żywa, gdy dochodzi w niej do przerostu sił witalnych, wówczas zwierzęta te starają się ów nadmiar witalności z niej wydalić. Są one dlatego cudownym wentylem i regulatorem witalnych sił w ziemi. Zwierzętami tymi są dżdżownice. Dżdżownice należałoby badać w ich współżycie z glebą, gdyż pozostawiają jej dokładnie tyle eteryczności, ile jej ona potrzebuje dla roślin.

Mamy więc w glebie dżdżownice, które tak bardzo jeszcze przypominają larwy i mamy w niej podobne zwierzątka. W przypadku niektórych rodzajów gleby powinniśmy nawet założyć hodowlę dżdżownic. Przekonamy się wówczas, że będzie to korzystnie wpływać na wegetację, a poprzez nią także na cały świat zwierząt, – ale jeszcze będziemy o tym mówić.

Istnieje również pewne dalekie podobieństwo zwierząt do świata owadów, zwłaszcza wtedy, gdy owady osiągną już swoje dojrzałe stadium i fruwają w powietrzu. To podobieństwo dotyczy ptaków. Jak wiadomo, pomiędzy ptakami i owadami dokonało się w biegu ziemskiego rozwoju coś bardzo niezwykłego. Obrazowo można to tak przedstawić: Pewnego razu w dziejach Ziemi owady zakomunikowały ptakom: Nie czujemy się już na siłach, by w dalszym ciągu wokoło drzew przetwarzać element astralny. Skorzystamy z tego, że pozostałe rośliny również pragną stać się drzewami i będziemy je oblatywać, a wam ptakom pozostawimy astralność drzew. W ten sposób [w ewolucji] dokonał się podział pracy między ptakami i fruwa­jącym i owadami, przy czym oboje w cudowny sposób nadal ze sobą współpracują w przyrodzie. Mianowicie rozprowadzają astralność na powierzchni ziemi i rozprowadzają ją wszędzie tam, gdzie jest ona potrzebna w powietrzu. Gdyby ich nie było, astralaność odmówiłaby pełnienia swojej zwyczajnej służby i już wkrótce zobaczylibyśmy ogólny zanik wegetacji. Owe fruwające zwierzęta oraz to, co wyrasta z ziemi i wrasta w powietrze – po prostu do siebie przynależą. Dlatego musimy dołożyć starań, żeby owady i ptaki miały u nas odpowiednie warunki do spełniania leżących przed nimi zadań. Ale również dlatego musimy się też zaznajomić z ich hodowlą. W przyrodzie bowiem – muszę to nieustannie podkreślać – wszystko jest z sobą wzajemnie powiązane.

Ale przyjrzyjmy się im teraz dokładniej [tzn. przyjrzyjmy się tym powiązaniom]. Możemy powiedzieć tak: Dzięki fruwającym u światu owa­dów dokonuje się właściwa astralizacja powietrza, przy czym bardzo ważne zadanie spełnia w niej las, który tak prawidłowo kieruje obiegiem elementu astralnego, jak w naszym organizmie pewne siły kierują obiegiem krwi. To, co pod tym względem czyni las w swoim otoczeniu – przy czym rzeczy te oddziałują na bardzo duże powierzchnie – musimy na terenach bezleśnych realizować z pomocą całkiem innych środków. Przy czym musimy także wiedzieć o tym, że tam, gdzie lasy i łąki przeplatają się z polami uprawnymi, wegetacja podlega zupełnie innym prawom niż na terenach bezleśnych.

Na ziemi występują naturalnie takie tereny, gdzie od razu widać, że przyroda obdarzyła je wspaniałymi lasami, zanim jeszcze człowiek uczynił cokolwiek w tym kierunku, albowiem w pewnych rzeczach przyroda jest na­dal mądrzejsza od człowieka. Toteż, gdy na jakimś terenie rośnie las, który wyrósł tam w sposób naturalny, to można założyć, że wywiera on korzystny wpływ zarówno na otaczające go gospodarstwa rolne, jak i na wegetację roślin rosnących w jego otoczeniu. W takich okolicach nie tyl ko nie należy wycinać lasu, lecz należy go dobrze kultywować – i tego powinniśmy być świadomi. A ponieważ gleba stopniowo zmienia się na skutek różnego rodzaju klimatycznych i kosmicznych wpływów, przeto gdy zauważymy spadek wegetacji, wówczas powinniśmy odważyć się trochę poszerzyć zalesioną powierzchnię w najbliższej okolicy, a nie koncentrować się tylko na samych uprawach. Natomiast, jeśli zauważymy, że rośliny nadmiernie roz­rastają się, a ich nasiona utraciły dotychczasową siłę kiełkowania, to musi­ my w lesie poszerzyć miejsca nie zarośnięte drzewami. Taka regulacja lasu na terenach, które już zostały przeznaczone do zalesienia także należy do zadań rolnika, – a nadto musimy się nauczyć patrzeć na nią głębiej, czyli musimy się nauczyć dostrzegać jej całe duchowe znaczenie.

Następnie należy powiedzieć, że tak, jak cały ów trzepoczący skrzydłami i skrzydłami świat owadów i ptaków związany jest stosunkiem wzajemnego oddziaływania z astralnością drzew, tak znowu świat robaków i larw związany jest stosunkiem wzajemnego oddziaływania z wapnem ziemi, czyli z elementem mineralnym. A ponieważ powiązany jest on z elemen­tem wapniowym, przeto umożliwia on odprowadzanie z ziemi eteryczności, co już przedstawiłem Państwu przed paru dniami z innego punktu widzenia. Zadania tego jęło się właśnie wapno i wykonuje je wraz ze światem larw i owadów[41] na drodze wzajemnego oddziaływania.

Widzą państwo, gdy człowiek bardziej specjalistycznie pracuje nad tym, co tutaj przedstawiłem, wówczas może dojść do metod, które stosowali ludzie w czasach dawnego, instynktownego jasnowidzenia, a których nie odważyłbym się stosować dzisiaj. Dzisiaj bowiem ludzie utracili instynkt potrzebny do tych rzeczy. Intelekt utracił już dawną instynktowną mądrość, a mówiąc ściśle, intelekt wyplenił dawną mądrość. Wina materializmu polega na tym, że ludzie stali się tak bardzo sprytni, tak bardzo intelektualni. W dawnych czasach ludzie byli jeszcze mniej przeintelektualizowani i nie tak sprytni, ale za to byli mądrzejsi. Kierując się uczuciem umieli tak postępować z tymi rzeczami, jak dzisiaj znowu musimy się nauczyć z nimi świadomie postępować, – jeżeli tylko potrafimy zbliżyć się do mądrości przez coś, co nie jest sprytnym intelektualizmem. Antropozofia nie jest czymś takim, gdyż dąży ona przede wszystkim do prawdziwej mądrości. Ale także nie zbliżymy się do niej, jeśli będziemy powtarzać jak katarynka: człowiek składa się z ciała astralnego, eterycznego itd"[...] Tutaj nie o to chodzi, lecz o to, żeby można było coraz bardziej zaznajamiać się z tymi faktami i rozumieć je i żeby rozszerzało się zrozumienie dla tych rzeczy. A wtedy, gdy człowiek rozwinie rzeczywiście jasnowidzenie w taki sposób, jak to Wam przedstawiłem, nauczy się je rzeczywiście rozróżniać w przyrodzie, to znaczy nauczy się je widzieć takimi, jakimi naprawdę są.

Zauważy wtenczas, że ptaki wyrządzają szkody właściwie wtedy, kiedy pod bokiem nie mają iglastego lasu, który potrzebny jest im właśnie do tego, żeby to, co czynią, można było przemieniać w coś pożytecznego. Teraz jego wzrok wyostrzy się jeszcze bardziej i dostrzeże jeszcze inne powinowactwo. Jest to również powinowactwo tak subtelne jak to, o którym Wam już mówiłem. Niem niej może się ono również przemienić w powinowactwo mniej subtelne. Mianowicie jest to powinowactwo ssaków z krzewami, na przykład z krzewem leszczyny, a więc z roślinami, które wprawdzie nie są drzewami, ale również nie są małymi roślinami. Dlatego sadzenie krzewów w gospodarstwie wpływa korzystnie na zdrowie jego ssaków. Krzewy będą bowiem wywierać na nie dobroczynny wpływ już przez to, że będą tam tylko rosły. W przyrodzie bowiem wszystko wzajemnie na siebie oddziałuje.

Ale idźmy dalej. Zwierzęta [o których teraz mówię] nie są tak tępe jak człowiek i szybko spostrzegą to powinowactwo. Gdy zaś je spostrzegą, poczują do nich sympatię i zaczną wyjadać z nich wszystko, co jest im potrzebne, a to znowu będzie w ich organizmie regulować trawienie innych pokarmów. Ktoś, kto obserwuje te intymne powinowactwa w przyrodzie, może lepiej zrozumieć samą istotę szkodnictwa.

Tak, jak las iglasty jest wewnętrznie powiązany z ptakami i tak, jak krzewy są wewnętrznie powiązane są z ssakami, tak znowu cały świat grzybów jest wewnętrznie powiązany ze światem niższych zwierząt, mianowicie z bakteriami i podobnymi pasożytującymi mikroorganizmami. Trzymają się one razem z grzybami i rozwijają się tam, gdzie występują grzyby. Powstają przez to choroby roślin powstają również poważniejsze szkody w świecie roślin. Jeśli jednak w odpowiedniej odległości znajdować się będzie nie tyl­ko las, lecz również podmokły [bagienny] teren, to zauważycie, że będzie on wpływać dobroczynnie w uprawiane wokoło rośliny – właśnie dzięki temu, że stanowi dobre podłoże dla grzybów. Dlatego trzeba nawet dołożyć starań, żeby w jego podłożu osadziły się kolonie grzybów. Przekonacie się, że grzyby dzięk i powi nowactwu z bakteriami i innymi pasożytującym i drobnoustrojami, odciągają te organizmy od pasożytowania na roślinach. Po prostu grzyby przyciągają je do siebie bardziej, niż uprawiane wokoło rośliny. Zatem naprawdę warto tworzyć także takie zaciszne zakątki.

Zdrowie gospodarstwa rolnego do tego stopnia zależy od właściwego podziału jego powierzchni na las, sad, zarośla, krzaki i podmokły teren z naturalną hodowlą grzybów, że taki podział należałoby wprowadzić nawet kosztem zmniejszenia areału ziemi uprawnej. W każdym razie nie można prowadzić ekonomicznej gospodarki rolnej w ten sposób, że całą powierzchnię gruntów ornych wykorzystuje się tylko pod uprawy, tak, że już nie ma tam miejsca na to, o czym mówiłem. Nie można tu rozumować w ten sposób, gdyż to, co można wtedy wygospodarować, będzie dużo gorsze niż to, co można osiągnąć przeznaczając część ziemi na las, zarośla itp. Nie można mieć bowiem zdrowego gospodarstwa rolnego, jeśli ignoruje się jego powiązania z otaczająca przyrodą; jeśli poważnie nie bierze się pod uwagę, że te dwa systemy wzajemnie na siebie oddziałują.

W czasie, jaki nam jeszcze pozostał, zastanowimy się nad tym, jak powinien wyglądać właściwy stosunek elementu roślinnego do elementu zwierzęcego i odwrotnie. Ale czym jest zwierzę i czym jest królestwo roślin?

Kiedy mówimy o królestwie roślin, musimy je ujmować jako całość. Ale czym jest zwierzę i czym są rośliny? To, że musimy się patrzeć na nie z uwzględnieniem ich wzajemnych powiązań, wynika już z tego, że dopiero zrozumienie tych powiązań pozwala cokolwiek zrozumieć karmienie zwierząt. Dlatego zwierzęta będziemy mogli karmić dobrze dopiero wtedy, gdy będziemy uwzględniać ich prawidłowe powiązanie z królestwem roślin. Ale czym są zwierzęta?

Nieprawdaż, ludzie z uwagą badają zwierzęta i nawet poddają je sekcji. Mają także ich szkielety, których formami można się delektować, i które można badać. Ludzie, oczywiście, badają również ich mięśnie, badają system nerwowy, ale z tych badań nie można się jeszcze dowiedzieć, czym naprawdę są zwierzęta w całej gospodarce przyrody. Możemy się tego dowiedzieć tylko wtedy, gdy uwagę skierujemy na to, czym zwierzę tak bardzo bezpośrednio i tak bardzo wewnętrznie oddziałuje na swoje otoczenie i odwrotnie. Otóż jest tak, że zwierzę w swoim systemie nerwowo­ zmysłowym i w pewnej części swojego systemu oddechowego przetwarza bezpośrednio wszystko to, co najpierw przechodzi przez powietrze i ciepło. Zwierzę w takim stopniu, w jakim jest ono istotą należącą do siebie (ein eigenes Wesen), bezpośrednio przetwarza powietrze i ciepło swoim systemem nerwowo zmysłowym.

Zatem zwierzę możemy schematycznie narysować w ten sposób: (Rys. 19). W tym wszystkim, co znajduje się na peryferiach jego organizmu, a więc w systemie nerwowo-zmysłowym i w jednej części systemu oddechowego, jest on istotą należącą do siebie – jest istotą, która bezpośrednio żyje w powietrzu i cieple. Zwierzę utrzymuje zatem bardzo bezpośredni stosunek z powietrzem i ciepłem, a jego system kostny jest właściwie uformowany z ciepła, – przy czym ciepło pośredniczy tu w przekazywaniu sił Księżyca i Słońca. Natomiast z powietrza uformowany jest jego system mięśniowy, w którym siły Słońca i Księżyca działają znowu za pośrednictwem powietrza.

Natomiast zwierzę nie może już być tak bezpośrednio związane z elementem ziemnym i wodnym, gdyż wody i ziemi nie potrafi bezpośrednio przetwarzać. Dlatego musi je przyjmować do swojego wnętrza, a więc (idąc z zewnątrz do wnętrza) musi mieć przewód pokarmowy i musi wszystko to [czyli wodę i ziemię] przetwarzać w swoim wnętrzu, posługując się w tej pracy tym, czym się stało dzięki pośrednictwu ciepła i powietrza. Zatem przetwarza ziemię i wodę i w tej pracy posługuje systemem przemiany materii oraz jedną częścią systemu oddechowego. System oddechowy prze­chodzi wówczas w system przemiany materii. A więc zwierzę przetwarza ziemię i wodę jedną częścią swojego systemu oddechowego i jedną częścią swojego systemu przemiany materii. Ale jeśli ma ono przetwarzać ziemię i wodę, to najpierw musi samo zaistnieć tutaj dzięki pośrednictwu powietrza i ciepła. W taki to sposób zwierzę żyje w elemencie ziemi i wody. Naturalnie, musimy tu również uwzględnić, że przetwarzanie to należy rozumieć bar­dziej jako przetwarzanie sił niż jako przetwarzanie substancji. Wobec tego zapytajmy teraz, czym jest roślina?

Rys. 19.

Widzą państwo, roślina związana jest z ziemią i wodą tak samo bez­ pośrednio, jak zwierzę bezpośrednio związane jest z powietrzem i ciepłem, tak, że roślina bezpośrednio wchłania [bierze] wszystko to, co jest ziemią i wodą, posługując się przy tym pewnym rodzajem oddychania oraz czymś, co posiada dalekie podobieństwo do systemu zmysłowego. Zatem roślina żyje bezpośrednio z ziemią i wodą [wchłaniając je bezpośrednio].

Ale możecie powiedzieć: A więc dobrze, teraz, gdy już wiemy, że roślina tak bezpośrednio żyje ziemią i wodą, jak zwierzę żyje powietrzem i ciepłem, to z tego można już wyprowadzić wniosek, że roślina powinna w swoim wnętrzu tak przetwarzać powietrze i ciepło, jak zwierzę przetwarza ziemię i wodę.

Tak jednak nie jest. Nie możemy bowiem wnioskować poprzez analogię, jeżeli chcemy dojść do prawd duchowych. Jest bowiem tak, że gdy zwierzę przyjmuje element ziemny i wodny i przetwarza je w sobie, to rośli­na właśnie odwrotnie wydziela powietrze i ciepło. A więc powietrze i ciepło nie wnikają do jej wnętrza albo przynajmniej nie wnikają zbyt daleko, lecz wychodzą na zewnątrz, tak, że roślina zamiast je przetwarzać, wydziela je na zewnątrz.

Otóż właśnie ów proces wydzielania jest tą rzeczą, o którą tutaj chodzi. Roślina w odniesieniu do procesów organicznych jest pod każdym wzglę­dem odwrotnością zwierzęcia, jest nawet jego prawdziwą odwrotnością. To bowiem, co u zwierzęcia jest przyjmowaniem pokarmu (z uwzględnieniem jego znaczenia dla organizmu), to znowu u rośliny jest wydzielaniem powietrza i ciepła. Dlatego roślina tak żyje z wydzielania powietrza i ciepła, jak zwierzę żyje z przyjmowania pokarmu. Dziewiczość rośliny wyraża się właśnie w tym, że ona nie chce niczego pożądliwie przyjmować, lecz właściwie daje to, co zwierzę bierze ze świata i dzięki czemu żyje. A więc roślina daje i z tego dawania żyje.

Gdy teraz uważnie przyjrzycie się temu dawaniu i braniu, to zauważycie, że jest to znowu coś, co odgrywało dużą rolę w dawnym instynktownym zrozumieniu tych rzeczy. Takie zdanie jak: W gospodarce przyrody roślina daje, a zwierzę bierze, które przytoczyłem z mądrości antropozoficznej, dawniej (to znaczy w czasach instynktownego, jasnowidzącego wglądu w przyrodę) było czymś, co rozumiało się samo przez się. Coś z tego przechowali aż do późniejszych czasów ludzie obdarzeni szczególnym wyczuciem tych rzeczy. Na przykład Goethe kilka razy w swoich dziełach przytacza zdanie: W przy­rodzie wszystko żyje dzięki dawaniu i braniu. Możecie natrafić na nie czytając jego prace. Wprawdzie Goethe nie rozumiał już jego właściwego znaczenia, ale wziął je z tradycji, albowiem czuł, że w ten sposób dawniej wskazywano na pewną niezwykle ważną właściwość [cechę] przyrody. Natomiast pokolenia późniejsze nic już z tego nie rozumiały i również dzisiaj nie rozumieją, co Goethe miał na myśli, gdy mówił o dawaniu i braniu. Otóż Goethe także o oddychaniu mówił jako o procesie brania i dawania, o ile oddziałuje ono na przemianę materii i odwrotnie. A więc Goethe jeszcze przytaczał takie mądrości, jakkolwiek sam rozumiał je tylko połowicznie.

Widzą państwo, zadanie lasów, ogrodów, zarośli itd. polega na porządkowaniu wegetacji na Ziemi. Są one regulatorami wegetacji i czynią to po to, żeby rośliny mogły rosnąć i rozwijać się w prawidłowy sposób (In der richtigen Weise). A znowu pod powierzchnią ziemi podobne zadanie spełniają związane z wapnem zwierzęta niższe: larwy, robaki itp. Tak właśnie powin­niśmy postrzegać to, co łączy gospodarkę polową, sadownictwo i hodowlę zwierząt – i teraz wiedząc już o tym, powinniśmy przejść do rzeczy praktycznych. Zrobimy to w czasie, który jeszcze mamy dyspozycji, i postaramy się na tyle wyczerpać temat, żeby nasza zacna grupa robocza mogła nad tym dalej pracować.

 

 

Wykład 9

Koberwitz, 16 czerwca 1924

 

W tym ostatnim wykładzie chciałbym jeszcze – oczywiście w stopniu, w jakim jest to możliwe w tak krótkim czasie – omówić kilka zagadnień, a następnie podam Państwu kilka praktycznych wskazówek. Dzisiaj będzie chodzić o takie rzeczy praktyczne, które jest trudno podać w formie ogólnych przepisów, gdyż w dużej mierze zależą one od specyficznych i zawsze trochę odrębnych warunków panujących w każdym gospodarstwie oraz od osobistego podejścia do nich. Właśnie z tego powodu w przyszłości trzeba będzie koniecznie – a zwłaszcza w tej dziedzinie – doprowadzić do takiego zrozumienia tej sprawy, jakie jest właściwe metodzie antropozoficznej. Zrozumienie to następnie doprowadzi w roztropny sposób do zindywidualizowania gospodarstw w praktycznym sposobie postępowania.

Proszę tylko pomyśleć, jakie słabe rozeznanie mają dzisiaj ludzie w jednej z najważniejszych dziedzin rolnictwa, mianowicie w dziedzinie karmienia zwierząt hodowlanych. Tej sytuacji wiele też nie poprawi wydawanie publikacji dających wskazówki, jak należy to robić. Ale jak należy karmić zwierzęta? Tutaj, moim zdaniem, sytuacja mogłaby się zasadniczo poprawić dopiero wtedy, gdyby uczelnie rolnicze konsekwentnie dążyły do rozpozna­ nia samej istoty karmienia zwierząt, – a jest to właśnie ta sprawa, o której chciałbym teraz trochę Państwu powiedzieć.

Widzą państwo – wspomniałem już o tym, – że ludzie ciągle całkiem błędnie zapatrują się na to, czym dla zwierzęcia i człowieka jest odżywia­nie. Otóż w odżywianiu nie to jest najistotniejsze, że zwierzę [lub człowiek] przyjmuje w pożywieniu różne substancje i odkłada je w organizm ie, tak jak to sobie ludzie dzisiaj wyobrażają – nawet, jeśli myślą przy tym o różnych złożonych przemianach metabolicznych. Naiwnie wyobrażają sobie, że w świecie zewnętrznym znajdują się różne produkty, którymi żywi się zwie­rzę i odkłada sobie z nich to, co jest mu potrzebne a wydala to, co nie jest mu potrzebne. Przy czym zwracają także uwagę na to, żeby nie przekarmić zwierząt, żeby pasza była w miarę treściwa, gdyż jej składniki są im oczy­wiście potrzebne. Naturalnie, wyróżniają oni jeszcze właściwe substancje odżywcze oraz takie, które mają wartość energetyczną. Na tej podstawie tworzą różne teorie, które następnie znajdują zastosowanie praktyczne, przy czym muszą też ustawicznie konstatować, że coś się [w nich] zgadza, a coś się nie zgadza lub dochodzą do wniosku, że trzeba je kolejny raz modyfikować. Ale czy tutaj można oczekiwać czegoś innego?

Popatrzcie państwo, ludzie mówią dzisiaj o procesach spalania w organizmie. W organizmie, oczywiście, nie występuje ani jeden proces spalania, a połączenie jakiejkolwiek substancji z tlenem oznacza w organizmie coś całkiem innego niż proces spalania. Spalanie jest bowiem procesem, który zachodzi w nieożywionym, mineralnym świecie. Podobnie jak organizm nie jest kryształem kwarcu, tak również to, co określa się dzisiaj jako proces spalania w organizmie, nie jest takim martwym procesem spalania, jaki zachodzi w świecie zewnętrznym, lecz jest czymś żywym, a nawet jest czymś, co czuje, co odczuwa.

Otóż na skutek tego, że ludzie w ten sposób o tym myślą i mówią, do­szło już do poważnych wypaczeń. Gdy ktoś mówi dzisiaj, że w organizmie [zwierzęcia] odbywa się proces spalania, to właściwie jest to tylko objaw pewnej nierzetelności w rozumowaniu, tak, że jeśli potem w życiu postępuje wiarę prawidłowo [tzn. karmi zwierzęta], to może nawet swoje gospodarstwo prowadzić stosunkowo prawidłowo, przy czym opiera się on wtedy na starych, tradycyjnych metodach. Gdy jednak taki nierzetelny sposób wyrażania się stopniowo coraz bardziej przechodzi w psychopatia profesoralis – już kilkakrotnie posługiwałem się tym określeniem – to wówczas z tego, co było tylko nierzetelnym sposobem wyrażania się, często później tworzy się fantazyjną teorię naukową. Czyż nie jest tak rzeczywiście? A kiedy następnie na takim teoretycznym podłożu prowadzi się także określoną praktyczną działalność, to mija się to z rzeczywistością, gdyż to, o czym mówi teoria, jest czymś innym niż to, co żyje w roślinach i zwierzętach. Otóż to mijanie się z rzeczywistością jest charakterystycznym symptom naszych czasów. Robi się coś, co nie harmonizuje z życiem przyrody. Zatem gdy chcemy działać na polu rolnictwa, musimy przede wszystkim zwracać uwagę na to, co jest istotą procesów przyrodniczych.

Zatem przyjrzyjmy się zagadnieniu, na którym zakończyliśmy nasz wczorajszy wykład. Powiedziałem wtedy, że roślina ma ciało fizyczne, ciało eteryczne, oraz że w górze unosi się wokół niej astralność, która jest bardziej lub mniej gęsta. Roślina nie doprowadza swojego rozwoju aż do astralności, lecz astralność tylko ją otacza, tylko subtelnie się wokoło niej unosi. Gdy łączy się z nią troszeczkę mocniej, co np. ma miejsce przy powstawaniu owoców, wówczas wytwarza się coś, co można przeznaczyć na pokarm, coś, co wspiera astralność w organizmie zwierzęcym i ludzkim. Gdybyśmy mogli oglądać roślinę [jasnowidząco], zobaczylibyśmy, czy może ona cokolwiek (pod tym względem) wesprzeć w zwierzęcym organizmie. Ale myślę, że należałoby się tu również przyjrzeć biegunowi przeciwnemu, gdyż to, co tam zachodzi, jest również czymś niezmiernie ważnym. Chociaż niedawno już tę sprawę poruszałem, jednak sądzę, że jeszcze raz powinniśmy się jej uważnie przyjrzeć.

Zacznijmy zatem od zwierzęcia, ponieważ mówimy teraz o karmieniu zwierząt. U zwierzęcia nie mamy tak wyraźnego rozczłonowania organizmu na trzy części jak u człowieka, natomiast wyraźnie dominują w nim dwa organizmy: organizm nerwowo-zmysłowy i organizm obejmujący przemianę materii i kończyny. Te dwa organizmy są tutaj od siebie wyraźnie oddzielone, natomiast środkowy, rytmiczny organizm jest niewyrazisty. U zwierzęcia do środkowego organizmu wnika coś, co pochodzi zarówno z organizmu nerwowo-zmysłowego jak i z organizmu przemiany materii. Toteż o zwierzęciu musimy mówić inaczej niż o człowieku. Człowiek posiada bowiem organizm wyraźnie trójczłonowy. Mówiąc zaś o organizmie zwierzęcia, musimy zwracać uwagę na to, że dominują w nim dwa systemy. Zwierzę ma bowiem silną organizację nerwowo-zmysłową, która przede wszystkim skupia się w jego głowie (chociaż przenika także cały organizm) oraz posiada silną organizację przemiany materii i kończyn, która głównie skupia się w tylnej części ciała i kończynach (chociaż także przenika cały organizm). Przemiana materii przebiega tutaj w części środkowej organi­zmu i przebiega bardziej rytm i cznie niż u człowieka. Tak samo bardziej rytmicznie funkcjonuje u zwierzęcia organizacja nerwowo-zmysłowa, przy czym obie te organizacje wzajemnie w siebie wnikają, tak, że organizacja rytmiczna nie osiąga tu tak wyraźnej samodzielności jak u człowieka. Jest to raczej tylko niewyraźne przenikanie się dwóch zewnętrznych biegunów (Rys. 20). Zatem gdy mówimy o organizmie zwierzęcia, musimy być zawsze świadomi tego, że występuje w nim bardzo wyraźne rozczłonowanie na dwa człony, przy czym w środku człony te mieszają się ze sobą.

Rys. 20.

Otóż wszelka substancja [wszelka materia] znajdująca się w organizacji głowy zwierzęcia wywodzi się z materii ziemskiej – a jest tak również u człowieka, ale pozostańmy teraz przy zwierzęciu. W głowie znajduje się materia ziemska. Ta ziemska materia jest wprowadzana tam już w okresie embrionalnym. Rozwój embrionalny musi przebiegać tak, żeby głowa otrzymywała swoje substancje z Ziemi. Zatem w głowie mamy materię ziemską. Natomiast wszelka materia, jaką mamy w organizacji przemiany materii i kończyn, wszystko to, co przenika nasze jelita, kończyny, mięśnie i kości itd., nie wywodzi z ziemi, lecz z powietrza i ciepła. Jest to substancja kosmiczna. Jest to bardzo ważne, żebyście nie wyobrażali sobie, że racice krowy powstają z materii ziemskiej, którą zwierzę zjadło. Tak nie jest, gdyż jest to substancja, którą zwierzę wchłonęło za sprawą oddychania i narządów zmysłowych.

Materia ziemska (a więc to, co dostaje się do organizmu przez żołądek) przede wszystkim służy zwierzęciu do rozwijania wewnętrznej dynamiki, którą musi ono mieć, żeby mogło wprowadzać kosmiczność do organizacji przemiany materii i kończyn, a więc także do racic. Dlatego tutaj znajduje się substancja kosmiczna. Natomiast z siłami [kosmicznymi] sprawa przedstawia się odwrotnie. Z siłami kosmicznymi mamy do czynienia w głowie właśnie dlatego, że znajdują się w niej przede wszystkim narządy zmysłowe, a to, co one postrzegają dochodzi do nich z kosmosu. A znowu w organizacji przemiany materii i kończyn mamy do czynienia z siłami ziemskimi, to znaczy z substancją kosmiczną i siłami ziemskimi. Czy nie zastanawialiście się nad tym, że idący po ziemi nieustannie włącza się w [sferę działania sił] ciężkości ziemi. Toteż wszystko to, co człowiek wykonuje kończynami, związane jest z siłami ziemskimi – a więc mamy tutaj do czynienia z siłami ziemskimi, to znaczy: z substancją kosmiczną i siłami ziemskimi.

Jest to niezmiernie ważne, żeby krowy i woły (robocze), mogły wchłaniać jak najwięcej substancjalności kosmicznej. Musimy dla nich tak przygotowywać paszę, żeby mogła w nich rozwijać jak najwięcej sił potrzebnych do wprowadzania substancjalności kosmicznej do kończyn, muskułów i kości. Ale tak samo musimy wiedzieć, że substancje, które są potrzebne w głowie muszą zwierzęta pozyskiwać drogą karmienia oraz że do głowy mogą dochodzić tylko substancje przetworzone, tzn. takie, które przeszły już przez żołądek. Pod tym względem właśnie głowa zdana jest na żołądek, a nie duży palec u nogi. Także musimy być świadomi tego, że głowa będzie mogła tylko wtedy przetwarzać substancje dopływające do niej z ciała, jeśli będzie mogła w odpowiedni sposób pozyskiwać siły z kosmosu. Dlatego nie należy zamykać zwierząt tam, gdzie siły kosmiczne nie mogą się przedostać, na przykład w dusznych stajniach. Zwierzęta powinny przebywać na pastwisku. Zwierzętom należy przede wszystkim stworzyć odpowiednie warunki, by mogły nawiązać kontakt z otaczającym światem – również w sensie zmysłowo-postrzeżeniowym. Nie można lekceważyć potrzeb zwierzęcia. Przykład, jaki zaraz przedstawię, pokaże Państwu, jakie to ma konsekwencje.

Wyobraźcie sobie, że w dusznej stajni przy żłobie stoi zwierzę i że odmierza się mu dokładnie tyle paszy, ile zaleca ludzka mądrość. Naturalnie takie zwierzę, jeśli nie będzie mogło wychodzić na pastwisko i jeśli nie będzie miało żadnej odmiany, będzie się bardzo różnić od zwierzęcia, które może samo swobodnie szukać pożywienia, posługując się przy tym swoimi zmysłami (na przykład zmysłem węchu), i które w ten sposób rozwija swoją całą [także] wewnętrzną aktywność.

Natomiast zwierzę zamknięte w stajni nie ujawni tego od razu – naturalnie, te rzeczy przekazywane są dziedzicznie z pokolenia na pokolenie, – że nie będzie miało sił kosmicznych, gdyż jeszcze będzie je dziedziczyło. Jednakże już jego potomstwo będzie ich miało mniej i z czasem będzie ich miało coraz mniej. Otóż takie zwierzę – zaczynając od głowy – będzie się stawać coraz słabsze, co będzie świadczyć o tym, że już [w sposób prawidłowy] nie może odżywiać swojego ciała, czyli nie może wchłaniać substancji kosmicznych. Już to, co powiedziałem, wskazuje na to, że nie można uogólniać i nie można mówić: W ten sposób należy odżywiać to, a w ten sposób należy odżywiać tamto. Natomiast należy wiedzieć, jaki wpływ wywierają określone metody karmienia na cały organizm zwierzęcia.

Pójdźmy jednak dalej. Cóż to takiego znajduje się w głowie? W głowie znajduje się materia ziemska. Gdybyśmy wyjęli ze zwierzęcia ten najszla­chetniejszy narząd, jakim jest mózg, to mielibyśmy w nim [tylko] ziemską materię. W mózgu człowieka znajduje się zatem materia ziemska, natomiast działające tam siły są siłami kosmicznymi. Ale do czego służy mózg? Otóż jest on podłożem dla jaźni. (Unterlage für das Ich) Zwierzę nie ma jednak jaź ni. Spróbujmy to dokładnie określić: Mózg jest podłożem dla jaźni, a zwierzę nie ma jeszcze jaźni[42]. Jego mózg dopiero znajduje się na drodze do przejaźniowienia. (zur Ich-Bildung) U człowieka ten rozwój postępuje ciągle dalej. Zwierzę ma mózg, ale w jaki sposób powstał mózg?

Popatrzmy na cały ten organiczny proces. Otóż wszystko, co pojawia się w mózgu jako materia ziemska, zostało po prostu wydzielone z procesów organicznych. Jest to wydzielina [układu trawiennego], która wydzieliła się z niego po to, by służyć jaźni jako podłoże. Otóż pewna określona ilość ziemskiej materii ma odpowiednie warunki, aby ziemskie substancje odżywcze (zawarte w trawionym pokarmie) wprowadzać do głowy i mózgu. Czyni to ona na podłożu pewnego procesu, które rozwija się (sich bildet) w systemie przemiany materii poprzez kolejne etapy trawienia – poczynając od spożycia pokarmu. Jest tam określona ilość ziemskiej materii, która przechodzi taką drogę i [na końcu] jest w mózgu odpowiednio wydzielana. (richtig abgeschieden wird) Ale taka substancjalność wydzielana jest nie tylko w mózgu, lecz także wcześniej, kiedy jeszcze przechodzi przez jelita. W jelitach wydziela się bowiem to, czego nie można dalej przetworzyć. Tutaj odkryjecie pewien szczególny rodzaj pokrewieństwa [pokrewieństwa między mózgiem i jelitami], które was zaskoczy, zadziwi. Jednakże nie możemy­ tego pokrewieństwa przeoczyć, jeżeli rzeczywiście chcemy się zrozumieć zwierzęcy i ludzki organizm. Czym jest bowiem materia mózgu? Otóż jest ona po prostu doprowadzoną do końca zawartością jelit. W jelitach odbywa się bowiem przedwczesne wydzielanie mózgowe. To znaczy, że zawartość jelit, pod względem zachodzących tam procesów, jest całkowicie spokrewniona z tym, co zawiera mózg.

Gdybym miał to przedstawić w sposób groteskowy, to powiedziałbym, że materia znajdująca się w mózgu jest dojrzałym nawozem. W głębszym znaczeniu jest to w pełni prawdziwe, albowiem organizm – dzięki własnemu organicznemu procesowi – przekształca ów jelitowy nawóz w subtelną materię mózgu, czyli w coś, co jest koniecznym warunkiem rozwoju jaźniowego. Najwięcej takiego brzusznego nawozu przemienia się w nawóz mózgowy w organizmie człowieka. Jest tak dlatego, że człowiek nosi na ziemi swoją jaźń. Oczywiście, u zwierzęcia wygląda to inaczej i dzięki temu możemy jego nawóz używać do wytwarzania prawdziwego nawozu. W jelitach zwierząt pozostaje więcej jaźni w stanie zalążkowym, w stanie pierwotnym dlatego, że zwierzęta tego nie rozwijają. Toteż odchody zwierzęce i odchody ludzkie – to dwie różne rzeczy. Odchody zwierzęce zawierają jeszcze to, co jest zalążkiem jaźni (ich-Anlage). Zatem kiedy nawozimy i nawóz zwierzęcy doprowadzamy do korzeni roślin, to w gruncie rzeczy doprowadzamy tam zalążek jaźni. (R. Steiner rysuje roślinę – rys. 21) Kiedy się obserwuje roślinę w sposób nadzmysłowy, widzi się, że w górze poprzez kontakt z powietrzem dodatkowo rozwija się wokoło niej element astralny, a znowu w dole, przez kontakt z nawozem rozwija się ów jaźniowy zaczątek rośliny. (die Ich-Angle der Pflanze).

Rys. 21.

Gospodarstwo rolne jest rzeczywiście organizmem. Jest to organizm, który swoją astralność rozwija w górze, a rozwija ją dzięki drzewom owocowym i dzięki lasowi. Zatem, kiedy zwierzęta prawidłowo zjadają to, co znajduje się nad ziemią, to w pochodzącym od nich nawozie rozwijają się właściwe (richtige) siły jaźniowe, które znowu pozwalają roślinom w prawidłowy sposób wyrastać z korzeni w kierunku [przeciwnym do] siły ciężkości. Jest to cudowne, wzajemne oddziaływanie. Jednak do jego zrozumienia trzeba dochodzić stopniowo.

Widzą państwo, dzięki temu, że procesy te przebiegają właśnie w ten sposób, gospodarstwo rolne jest pewnego rodzaju indywidualnością. Z tego można już wyprowadzić wniosek, że zwierzęta powinny w mniejszym lub większym stopniu przebywać w zasięgu tego wzajemnego oddziaływania. Rzecz jasna, dotyczy to także roślin. Dlatego zawsze przynosi pewien uszczerbek przyrodzie, kiedy jakieś gospodarstwo nie pobiera nawozu od własnych zwierząt, kiedy wyzbywa się własnych zwierząt, a nawóz na przy­kład sprowadza z Chile. Taki osobliwy sposób gospodarowania nie bierze pod uwagę tego, że gospodarstwo jest [powinno być] zamkniętym obiegiem. A ponieważ powinno być ono zamkniętym obiegiem, więc musimy je tak gospodarować, żeby mogło się samo utrzymać. Po prostu gospodarstwo musi mieć tyle odpowiednich zwierząt, żeby miało dostateczną ilość dobrego, własnego nawozu. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na to (a jest to również bardzo ważne), żeby sadzić w nim takie rośliny, których zwierzęta instynktownie poszukują.

Naturalnie, próby będą tu sprawą skomplikowaną, a to dlatego, że będą one indywidualne. Ale tutaj chodzi właśnie o to, żeby podać pewne wskazówki, jak właściwie należy przeprowadzać takie próby – a będziemy musieli im poddać wiele rzeczy. Wtedy dopiero okaże się, jakie będziemy musieli zastosować reguły. Jednakże wszystkie te reguły powinny kierować się tą zasadą, że gospodarstwo rolne – w takim stopniu, w jakim jest to możliwe – powinno być organizmem zamkniętym, tak żeby mogło się samo utrzymywać, – ale jednak nie całkowicie. Dlaczego? Dlatego, iż rze­czowe nastawienie do otaczającej nas rzeczywistości – w sensie antropo­zoficznym – nigdy n ie doprowadza człowieka do fanatyzmu. Nie można bowiem osiągnąć całkowitej samowystarczalności w obrębie naszego dzisiejszego życia gospodarczego. Niemniej jednak, w takim stopniu, w jakim jest to możliwe, powinniśmy starać się to urzeczywistnić.

A więc widzicie państwo, gdy już to mamy, możemy konkretniej określić stosunek organizmu zwierzęcego do organizmu roślinnego, czyli do organizmu żywiciela. Popatrzmy na to najpierw bardziej ogólnie.

Popatrzmy na korzeń. Otóż korzeń zazwyczaj rozwija się w ziemi, którą za sprawą nawozu przeniknęła rozwijająca się siła jaźni (eine werdende Ich-Kraft). Korzeń wchłania tę rozwijającą się siłę przez cały swój sposób bytowania w ziemi, przy czym w tym procesie wchłaniania siły jaźniowej wspiera go sól. A więc znajduje on wsparcie wówczas, gdy w glebie może znaleźć odpowiednią ilość soli [mineralnych].[43]

Przyjmijmy, że mamy korzeń, o którym już tutaj mówiliśmy. O korzeniu można powiedzieć, że jest to taki produkt spożywczy, który po wprowadzeniu do organizmu najłatwiej przedostaje się do głowy poprzez układ trawienny. Dlatego korzenie powinniśmy podawać zwierzętom zwłaszcza wtedy, gdy trzeba do ich głowy wprowadzić więcej substancji ziemsko-mineralnych: mianowicie po to, aby (działające poprzez głowę) siły kosmiczne mogły znaleźć właściwy materiał dla swojej plastycznej twórczości. Wyobraźcie sobie, że ktoś mówi: "Muszę moje młode zwierzęta karmić korze­niami, gdyż koniecznie powinny one wprowadzić do swojej głowy więcej korzeniowych substancji. Chodzi mi bowiem o to, żeby nawiązały one bardziej żywy, bardziej aktywny kontakt zmysłowy – to znaczy kontakt kosmiczny – ze swoim otoczeniem kosmicznym". Czy od razu nie przychodzi Państwu na myśl: ależ właśnie, trzeba im dawać po prostu więcej marchwi. [Rzeczywiście] należy im dawać więcej marchwi, – a mianowicie po to, żeby mógł w nich zachodzić niezbędny proces. Zatem jeśli będziemy wiedzieć, jak te procesy przebiegają i jak się rozwijają, będziemy także dostrzegać to, co należy koniecznie robić. Trzeba tylko wiedzieć, jak ten zmienny [ziemsko-kosmiczny] proces przebiega.

Idźmy jednak dalej. Otóż teraz, – gdy już substancję tą wprowadziliśmy do głowy, (gdy zwierzę już przez pewien czas dostawało marchew), – powinien się zacząć odwrotny proces, to znaczy teraz powinna zacząć pracować głowa. Powinna ona wytwarzać siły po to, żeby można je było wprowadzić do organizmu. A więc ów "marchwiowy nawóz" nie może się tylko osadzać w głowie, lecz z tego, co już się w niej osadziło – a co [jako materia] rozpada się – musi wnikać do organizmu promieniowanie sił, a to oznacza, że teraz musicie mu dać inny rodzaj paszy. Musicie mu dać coś, co po zaspokojeniu jednego członu organizmu (czyli w tym wypadku: głowy) pozwoli jej [tzn. głowie] w prawidłowy sposób pracować dla reszty organizmu.

Powiedzmy, że dałem już zwierzęciu marchew. Chcę teraz, żeby jego organizm w prawidłowy sposób przeniknęły takie siły, które swoją działalność mogą rozwijać z głowy. Zatem potrzebuję teraz czegoś, co w na­turze posiada formę promienistą (strahlige Form), albo też taką promienistą formę skupia w sposób prawidłowy: powiedzmy w skoncentrowanej postaci (in konzentrierter Bildung). Co zatem jest nam teraz potrzebne? Otóż jako ów drugi rodzaj paszy oraz jako dodatek do marchwi potrzebne jest coś, co w roślinie przechodzi w promieniowanie i co tą promieniującą siłę znowu skupia w sobie. Wzrok kieruje się teraz ku siemieniu lnianemu i podobnym rzeczom. Zatem jeśli teraz do marchwi dodacie jeszcze siemię lniane lub coś takiego, co w jeszcze inny sposób tak harmonizuje z sobą, jak powiedzmy świeże siano z marchwią, to będziecie mieć coś, co rzeczywiście wniknie do całego zwierzęcia i sprowadzi je znowu na drogę, którą powinno podążać ze względu na swoje predyspozycje. Dlatego młodzieży musimy podawać taką paszę, która z jednej strony wspiera siłę jaźni, a z drugiej strony również wspiera to, co zstępuje z góry w dół, czyli wypełniacze astralne.[44]

Występuje to szczególnie u tych roślin, które posiadają długie łodygi (Rys. 22) i w tej swojej "długo-łodygowości" pozostawione są po prostu swojemu własnemu rozwojowi, czyli rośliny o długich łodygach, które po skoszeniu stają się sianem. Tak właśnie zapatrujemy się tutaj na tą sprawę i tak należy również zapatrywać się na całe rolnictwo, wiedząc, co dzieje się z tym, co albo przechodzi ze zwierzęcia do gleby, albo z rośliny do zwierzęcia.

Rys. 22.

Ale idźmy dalej. Popatrzmy, jakie zwierzę powinno być silne zwłaszcza w środkowej części swojego organizmu, a więc tam, gdzie organizacja głowy (system nerwowo zmysłowy) rozwija się w ten sposób, że trochę dostosowuje się do oddechu i gdzie także organizacja przemiany materii rozwija się w ten sposób, że trochę dostosowuje się do procesów rytmicznych – i gdzie wszystko to wzajemnie się przenika i miesza? Jakież to zwierzęta powinny być silne w środkowej części swojego organizmu? Są to zwierzęta mleczne. Powinny być one silne właśnie tutaj. Przy produkcji mleka uwzględniamy tą potrzebę w ten sposób, że staramy się je wzmacniać właśnie w części środkowej. Tutaj musimy zwracać szczególną uwagę na to, żeby prąd płynący od głowy ku tyłowi organizmu, (który jest prądem sił) dobrze współdziałał z prądem substancji, który w zwierzęciu płynie od tyłu do przodu. Gdy takie współdziałanie istnieje, wówczas powstaje dobre mleko. Zatem dobre mleko powstaje wtedy, gdy to, co w zwierzęciu płynie od tyłu do przodu, zostaje subtelnie przetwarzane przez siły płynące od przodu ku tyłowi. Takie mleko zawiera wówczas to, co rozwinęło się zwłaszcza w systemie przemiany materii. Zawiera ono substancje, które jeszcze nie przeszły przez system seksualny, ale w najwyższym stopniu upodobniły się do procesu seksualno-trawiennego w układzie trawiennym. Mleko jest po prostu przetworzoną wydzieliną gruczołów płciowych, ale jest to taka wy­dzielina, którą przetworzyło to, czym siły głowy oddziałują na substancje znajdujące w toku przekształcania się w wydzielinę gruczołów płciowych. Można w ten proces głęboko wglądać.

Dla wszystkich tych procesów musimy znaleźć taką paszę, która nie będzie działać na głowę tak silnie jak korzenie, które wchłaniają z gleby [zalążkową] siłę jaźni. A ponieważ powinno to być spokrewnione z siłą sek­sualną i nie powinno zawierać za dużo astralności, przeto nie możemy dawać zwierzęciu za dużo tego, co w roślinie znajduje się w pobliżu kwiatów i owoców. Oznacza to, że musimy podawać mu przede wszystkim zieloną część rośliny, czyli to, co w roślinie znajduje się między kwiatem i korzeniem, – czyli zielone łodygi i liście. Gdy zatem dojdziemy do wniosku, że nasza krowa mogłaby dawać więcej mleka, powinniśmy karmić ją w następujący sposób:

Przyjmijmy, że krowę karmimy roślinami zielonymi, a więc liśćmi itp., gdyż istnieją takie warunki. Po pewnym czasie dochodzimy do wniosku, że produkcję mleka można zwiększyć. Co wtedy powinniśmy zrobić? Otóż powinniśmy ją karmić takimi roślinami, które proces owocowy, – czyli to, co zachodzi w kwiatach i zapylaniu – wprowadzają do procesów przebiegających w liściach i w części zielonej. Czynią tak np. rośliny strączkowe, mianowicie różne gatunki koniczyny. W substancjalności koniczyny rozwijają się różne procesy natury owocowej. Gdy będziemy ją karmić w ten sposób, to jeśli nawet nie ona sama, ale już jej dorosłe potomstwo będzie dawać więcej mleka, gdyż wszystko, co w zwierzęciu zmieniamy przez odżywia­nie, zazwyczaj przechodzi przez jedną generację. Jednak musimy tu jeszcze zwrócić uwagę na pewną ważną sprawę.

Gdy zaniknęły tradycyjne, instynktowne metody produkcji rolnej, ludzie jeszcze coś z nich zachowali, podobnie jak lekarze, którzy stosują jeszcze stare środki lecznicze, chociaż często sami już dobrze nie wiedzą dlaczego. Zazwyczaj stosują je dlatego, że one zawsze skutkowały. A więc dzisiaj ludzie stosują w dalszym ciągu stare metody produkcji rolnej i oprócz tego także eksperymentują. Na przykład podają krowom jakąś paszę i obserwują w jaki sposób ona działa – przy czym, kiedy się eksperymentuje, często wkracza jeszcze przypadek. Pomyślcie tylko, co może spotkać kogoś, kto rozpowiada, że boli go gardło. Otóż wówczas każdy, kto czuje do niego jakąś sympatię, obdarowuje go środkiem leczniczym, tak, że w wkrótce może nawet zgromadzić całą aptekę. Gdyby wszystkie te środki spróbował jeszcze zażyć, to zapewne jeden środek niweczyłoby działanie drugiego nie­wątpliwie musiałoby się to odbić na jego żołądku, natomiast z samym bólem gardła nie wiadomo jak by było – a może wcale nie byłoby lepiej. A więc coś, co jest stosunkowo proste w leczeniu, może się wskutek tego bardzo skomplikować.

Otóż coś podobnego zachodzi również wtedy, gdy ludzie zaczynają eksperymentować z różnymi rodzajami paszy. Często dzieje się wtedy tak, że gdy jakiś rodzaj paszy działa dobrze w jednym kierunku, to niebawem okazuje się, że wcale nie działa dobrze w innym kierunku i wtenczas bie­rze się inną paszę. W ten sposób można mieć dużo różnych rodzajów pasz, z których każda oczywiście wywiera pewien wpływ na organizm krowy. Wszystko to zaczyna się teraz tak komplikować, że człowiek przestaje się już w tym orientować, gdyż nie może już rozpoznać sił, które tutaj działają. A może też być tak, że oddziaływanie jednej paszy będzie niweczyć od­działywanie drugiej. Jest to zjawisko, które rzeczywiście niejednokrotnie występuje, szczególnie u tych rolników, którzy prowadzą gospodarstwo na pół z podręcznika, opierając się na tym, co przeczytali w książce lub zapamiętali ze szkoły. Zaglądają wtedy do książek, ale przecież z książek można dowiedzieć się właściwie niewiele, a czasem to, co można tam wyczytać, może nawet przeczyć temu, co człowiek i tak już wie bez tego. Zatem racjonalnie możemy tu postępować tylko wtedy, gdy w tej kwestii zajmiemy takie stanowisko, jakie Wam przedstawiłem, a które po to (pod wielu względami) upraszcza całą sprawę karmienia zwierząt, żeby je można było dobrze zrozumieć.

Powiedzmy – można dobrze zrozumieć, jak działają marchew i siemię lniane. Możemy to dobrze zrozumieć i nie miesza się nam to wszystko. Teraz możemy zrozumieć, jak działa to, co podajemy zwierzętom. Pomyślcie tylko, jak głęboko musi uczestniczyć w toczących się tutaj procesach ten, kto wszystko to realizuje rozważnie i świadomie. Tutaj rozpoznanie istoty rzeczy nie prowadzi do zagmatwania sposobu żywienia zwierząt, lecz przeciwnie, prowadzi do jego uproszczenia. Powiem tak: jest nawet dużo rzeczy prawidłowych w tym, do czego ludzie doszli stopniowo przez eksperymentowanie, jednak nie zostało to usystematyzowane i jest niedokładne. Właśnie ten rodzaj dokładności, którego się ludzie dzisiaj trzymają, w rzeczywistości jest niedokładny, gdyż rzeczy stały się mniej przejrzyste i nie można ich dobrze przeniknąć, podczas gdy naszą metodę można dobrze przeniknąć – przeniknąć w jej całej prostocie. Można bardzo dobrze przeniknąć prosty sposób oddziaływania tych rzeczy na siebie. Można je bowiem obserwować krok po kroku, aż w głąb zwierzęcego organizmu. Ale spróbujmy podejść teraz do rośliny jeszcze inaczej.

Podejdziemy do niej tak, że uwagę skupimy na jej kwiatach i na tym, co dąży w nich do wytworzenia owocu. Tutaj jednak musimy posunąć się jeszcze trochę dalej i musimy zobaczyć ów element owoco-twórczy także w pozostałej części organizmu rośliny. Otóż rośliny posiadają coś, co tak bardzo podobało się Goethemu, mianowicie posiadają w całym swoim organizmie predyspozycję do określonej specjalizacji. Nieprawdaż, chcąc wyhodować nową roślinę wkładamy w przypadku pewnych roślin do ziemi to, co pojawia się w kwiecie jako owoc, natomiast przy ziemniakach postępujemy inaczej. Tutaj do ziemi wkładamy oczka bulwy ziemniaka. Jest jednak dużo roślin, z którym i tak nie postępujemy, gdyż obecny jest w nich proces owoco-twórczy. Otóż proces ten – a więc to, co w przyrodzie nie zostało jeszcze doprowadzone do swojego ostatniego stadium, gdyż nie wszystko w przyrodzie doprowadzone zostaje do ostatniego stadium – można wzmacniać w jego sposobie działania z pomocą procesów, które zewnętrznie podobne są – do pewnego stopnia – do gotowania, ogrzewania itp.

Na przykład proces ten można poprowadzić trochę dalej w kierunku owocowania przez poddawanie ścinek buraków cukrowych (wysłodków suszonych) parowaniu w świetle słonecznym. Po prostu ścinki buraków rozkładamy na słońcu. Wtenczas to, co wniknęło do nich z rośliny, będzie wzmocnione w swojej aktywności. Oznacza to, że proces owoco-twórczy (który jest w nich obecny w zawiązku jako predyspozycja), zostanie poprowadzony trochę dalej w kierunku owocowania. Metoda ta opiera się na pewnym cudownym instynkcie. Otóż, gdy obserwujemy świat i staramy się go zrozumieć, zadajemy sobie czasem pytanie: Dlaczego właściwie ludzie zaczęli gotować swoje pożywienie? Jest to niewątpliwie pytanie bardzo ważne. Tyle, że zazwyczaj ludzie nie pytają się o takie rzeczy, z którymi codziennie mają do czynienia. Jak zatem doszło do tego, że ludzie zaczęli żywność gotować. Otóż zaczęli gotować ją, gdyż odkryli, że we wszystkim, co [w roślinie] dąży do wydania owocu, szczególną rolę odgrywają procesy zasadzające się na gotowaniu, a więc takie procesy jak: ogrzewanie, parowanie wysuszanie itp. Procesy te pozwalają zwłaszcza nasionom i kwiatom, – ale pośrednio również pozostałym częściom rośliny, mianowicie tym, które położone są w jej górnej części – rozwijać siły, które należy rozwijać w systemie przemiany materii i kończyn zwierzęcia. – Otóż nasiona i kwiaty działają przede wszystkim na system przemiany materii i na system trawienia zwierzęcia, przy czym nie działają one przez swoje substancje, lecz przez rozwijanie swoich sil. System przemiany materii i kończyn potrzebuje bowiem sił ziemskich i w tym stopniu, w jakim ich potrzebuje, musi je również otrzymywać.

Popatrzmy na krowy pasące się na alpejskich pastwiskach. Oczywiście, różnią się one od tych, które żyją na równinach. Różnią się dlatego, że chodzą po stromych zboczach. Dlatego muszą one spożywać coś, co rozwija siły w regionie kończyn, to znaczy siły, które wola zwierzęcia zaprzęga do pracy w kończynach. Gdyby nie miały tego, byłyby słabe. Muszą dostawać paszę z aromatycznych alpejskich łąk, gdzie za sprawą [wspomnianego powyżej] procesu słonecznego gotowania, (który skierowany jest ku kwiatom), – nawet sama przyroda intensywniej, gruntowniej opracowuje to, co w roślinie kwitnie i owocuje. Otóż siły te można wprowadzać do kończyn zwierząt również przez poddawanie paszy procesowi gotowania i warzenia. Najlepiej, gdy takiemu procesowi poddaje się to, co pochodzi z owocującej i kwitnącej części roślin, zwłaszcza, gdy są to rośliny, które już od początku intensywnie nastawiają się na kwitnienie i owocowanie. Rośliny te rozwijają niewiele liści i od razu przechodzą do wydawania kwiatów i owoców. Toteż tutaj gotowaniu musimy poddawać wszystko to, co nie skłania się do rozwijania zielonych liści i łodyg, lecz od razu chce rozwijać kwiaty i owoce.

Ludzie uczynią dobrze, gdy czasem zwracać będą większą uwagę na takie rzeczy – również z myślą o samych sobie – gdyż w przeciwnym ra­zie nie zrealizują tego, co powinni zrealizować w swoim życiu. Dotyczy to zwłaszcza tych ludzi, którzy w życiu pogrążają się w lenistwie, a więc poniekąd staczają się po równi pochyłej. Otóż każdy może się znaleźć na takiej równi pochyłej i może powiedzieć sobie: Chcę zostać prawdziwym mistykiem, ale nie zostanę nim, jeśli całe dnie będę lekkomyślnie marnotrawić wskutek wykonywania rzeczy, jak ich ode mnie wymaga otaczający świat. Prawdziwym mistykiem mogę stać się wtedy, gdy się wyciszę, gdy będę tak żyć, że będę mógł ludziom powiedzieć: Nie mam sił do zajmowania się wszystkim tym, czego chce [od ludzi] świat. Dlatego teraz będę tak przygotowywać sobie pożywienie, żebym mógł rzeczywiście zostać prawdziwym mistykiem. Ale wtedy człowiek zaczyna odżywiać się suro­wiznami i niczego już nie gotuje. Jednak wszystkie te rzeczy nie tak łatwo odsłaniają swoje prawdziwe oblicze. Dlatego dobrze jest wiedzieć o tym, że taki sposób odżywiania popycha człowieka w stronę mistycyzmu i dobrze jest także wiedzieć o tym, że ten, kto idzie tą drogą, a jest naturą fizycznie słabą, osiąga wprawdzie szybkie postępy, lecz równocześnie staje się coraz bardziej ospały, to znaczy coraz bardziej mistyczny. Otóż to, co w takiej formie występuje wówczas u człowieka, możemy w całej pełni zastosować również w odniesieniu do zwierzęcia. Kiedy się to wie, wie się także, jak karmić zwierzęta, by były bardziej aktywne.

Ale u człowieka możliwa jest jeszcze inna ewentualność. Na przykład, ktoś może mieć silną naturę fizyczną i dopiero później może zdziwa­czeć i zapragnąć stać się mistykiem. Zatem może on mieć w sobie silne siły fizyczne. W takiej sytuacji jego silne fizyczne procesy, [które ma w sobie], będą te surowe produkty przetwarzać i wtedy nie powinny mu one szkodzić. A gdy jeszcze obudzi w sobie siły, które zazwyczaj przebywają w dole orga­nizmu (i które są sprawcami wielu schorzeń, np. reumatyzmu, gośćca itp.), – i odpowiednio je przetworzy, wówczas stanie się o tyle mocniejszy.

Wszystkie te rzeczy mają zawsze dwie strony – tak, jak waga ma dwie szale. Toteż trzeba wiedzieć, jak się one indywidualizują. Nie można tu jednak podawać ogólnych reguł. Dobrą stroną wegetariańskiego sposobu życia jest niewątpliwie to, że wzmacnia on organizm przez to, że zaprzęga owe siły do pracy. Zatem zaprzęga on do pracy siły, które zazwyczaj zalegają w dolnej części organizmu. Otóż, gdy człowiek odżywia się samymi roślinami, wówczas przez to zmusza je do pracy nad ich przetwarzaniem. Natomiast zalegają one głęboko w organizmie – i bynajmniej nie są tam bezczynnie, gdy w jego w odżywianiu dominuje mięso. Mianowicie osadzają w organizmie produkty przemiany materii i szkodzą mu jeszcze przez to, że z narządów usuwają substancje, które są tam niezbędne, po czym wykorzystują je do własnych celów. Zatem wykorzystują coś, co człowiek powinien tam mieć, – co np. zachodzi w cukrzycy. Jednak zjawiska te można właściwie zrozumieć tylko wtedy, kiedy się w nie wgląda.

Chodzi o to, żebyśmy wiedzieli, że podczas tuczeniu zwierząt należy do organizmu zwierzęcia wprowadzać jak najwięcej substancji kosmicznych – wprowadzać niczym do worka. Ach te tłuste świnie, są to przecież zwierzęta tak bardzo niebiańskie. Nie mają bowiem w swoim ciele – o ile nie jest to system nerwowo zmysłowy – substancji ziemskich, lecz substancje całkowicie kosmiczne. Wszystko to, co z taką przyjemnością zjadają, potrzebne jest im właściwie tylko po to, by mogły rozprowadzać w swoim organizmie całą pełnię substancji kosmicznych, które muszą przyciągać i wchłaniać ze wszystkich stron. Zatem świnie muszą jeść, by mogły rozprowadzać w swo­im ciele substancje kosmiczne, które muszą przyciągać z całego kosmosu. Muszą mieć one siły, by mogły je wchłaniać i rozprowadzać w organizmie. Podobnie muszą je również mieć inne zwierzęta tuczne. Dlatego zauważycie, że zwierzęta te będą przybierać na wadze wtedy, gdy będziecie im dawać element owocowy w stanie przetworzonym przez gotowanie lub parowanie i także, gdy będziecie im dawać coś, co ów element owocowy również zawiera, ale już trochę wzmocniony: powiedzmy, gdy będziecie im dawać buraki (Rüben), które powiększyły się za sprawą pewnego procesu, który w [nich] posunął się już trochę dalej w stosunku do tego procesu, który działał [w nich] pierwotnie. Zatem będą przybierać na wadze, gdy będziecie im dawać buraki, które powiększyły się dzięki długiej kultywacji i nie są już takie małe, jakimi były w swoim pierwotnym, dzikim stanie.

Zwierzętom tucznym trzeba dawać coś, co będzie w nich wspierać rozprowadzanie substancji kosmicznych. Toteż trzeba im dawać to, w rośl ­nie znajduje się jest w pobliżu sfery owocowania i dodatkowo jeszcze zostało przetworzone w odpowiedni sposób. Warunek ten spełniają w zasadzie pewne rodzaje makuch oraz podobne rzeczy. Ale musimy również pamiętać o tym, że przy takich zwierzętach nie możemy pominąć głowy. Chodzi o to, żeby za sprawą takiej diety mogło także do głowy przeniknąć coś z substancji ziemskich. Dlatego makuchom musimy przeciwstawić coś, co należy podawać w niedużych ilościach, gdyż głowa nie potrzebuje tego dużo. Tą rzeczą są korzenie, które teraz również dodajemy do paszy – jednakże w ilościach niedużych.

Jest jeszcze pewna substancja – substancja czysta, – która nie ma jakiegoś specjalnego zadania w organizmie zwierzęcia. Powiem tak: korzenie mają do spełnienia zadanie w odniesieniu do głowy; kwiaty mają do spełnienia zadanie w odniesieniu do systemu obejmującego przemianę materii i kończyny, a znowu łodygi i liście mają do spełnienia zadanie w odniesieniu do systemu rytmicznego. Lecz jest jeszcze substancja, która w organizmie zwierzęcia nie ma specjalnego zadania, ale którą także musimy go wesprzeć. Jest to mianowicie substancja w rodzaju soli. (Salzartige). Jest ona bowiem również związana z wszystkimi jego członami. A ponieważ pożywienie zwierząt i ludzi zawiera jej bardzo mało, przeto już z tego można wyprowadzić wniosek, że w odżywianiu swój znaczący udział mają także małe dawki substancji o odpowiedniej jakości. Toteż chodzi o to, żeby w organi­zmach zwierząt [i ludzi] swoje zadanie mogła również spełniać substancja, której jest wprawdzie bardzo mało, ale która posiada pewne wyróżniające właściwości.

Chciałbym tu jeszcze wskazać na jedną rzecz, przy czym mam prośbę, żebyście Państwo poddali to dokładnej obserwacji, którą następnie będzie można poszerzyć również o obserwację człowieka, jeśli czuje on pociąg do pomidorów. Naturalnie, wiedzą Państwo o tym, że pomidory zostały wprowadzone do spożycia stosunkowo niedawno i dzisiaj stały się ulubioną potrawą wielu ludzi. Ale stały się one również przedmiotem badań i obserwacji. Można rzeczywiście dużo nauczyć się, kiedy obserwuje się ich uprawę, a również ich konsumpcję. Ci, którzy zastanawiają się trochę nad tymi rzeczami – niewątpliwie dzisiaj tacy ludzie również istnieją – całkiem słusznie spostrzegli, że spożywanie pomidorów zaczęło odgrywać szczególną rolę w odżywianiu ludzi, a można by było rozszerzyć to również na zwierzęta, gdyby zwierzęta można było przyzwyczaić do pomidorów. Otóż badania wskazują na to, że pomidory oddziałują w organizmie szczególnie na wszystko to, co najbardziej skłania się w nim do wyodrębnienia się z niego, do wytworzenia w nim swojej własnej organizacji. Widzą Państwo, z tego można wyprowadzić pewne wnioski. Jest znamienne, że potwierdza to informację, którą niedawno ogłosił pewien amerykański naukowiec. Mianowicie z jego badań wynika, że pomidorowa dieta może czasem korzystnie wpływać na pewną chorobową inklinację wątroby ludzkiej. Otóż może tak być, gdyż wątroba jest właśnie takim narządem, który w organizmie działa najbardziej samodzielnie. Zatem z pomocą pomidorów można by było także ogólnie zwalczać schorzenia wątroby zwłaszcza u zwierząt.

Widzą państwo, człowiek wgląda tu w obustronne zależności i powiązania łączące roślinę i zwierzę. Dlatego – to, co teraz powiem, chciałbym umieścić w nawiasie – należałoby odwieść od spożywania pomidorów zwłaszcza te osoby, które cierpią na chorobę nowotworową. Schorzenie to bowiem już od samego początku usamodzielnia pewien obszar w ludzkim i zwierzę­cym organizmie. Zapytajmy jednak, skąd się to bierze, że pomidory w taki sposób oddziałują na to, co w organizmie jest samodzielne, – co poniekąd wyspecjalizowuje się w organizmie?

Związane jest to z tym, czego chce i czego potrzebuje pomidor dla swojego własnego rozwoju. Pomidor czuje się najlepiej w swoim rozwoju wtedy, gdy posiada dużo takiego nawozu, w którym zachowała się jeszcze jego pierwotna forma, czyli taka, jaką posiadał, gdy oddzielił się od zwierzęcego organizmu lub od czegoś jeszcze innego. Toteż pomidory będą się rozwijać najpiękniej wtedy, gdy zasadzicie je na nawozie, który jeszcze nie zdążył się w przyrodzie przetworzyć; na przykład na niedojrzałej jeszcze kupie kompostu, gdzie wyrzucacie nieprzetworzone odpadki organiczne, a zwłaszcza, jeśli kompost składa się z ich własnych resztek. Pomidor nie chce bowiem wyjść z siebie, nie chce wyjść z tego silnego żywego elementu, chce pozostać w swoim własnym elemencie. W królestwie roślin jest on istotą najbardziej aspołeczną. Nie przyjmuje on czegokolwiek od kogoś, kto jest dla niego obcy. Przede wszystkim zaś odpycha od siebie to, co prze­szło już pewien proces kompostowania. Pomidor tego nie chce. Ale z tym związane jest znowu to, że może wywierać pewien wpływ na samodzielną organizację w organizmie człowieka i zwierzęcia.

Pod pewnym względem z pomidorem spokrewniony jest ziemniak, przy czym to pokrewieństwo dotyczy wspomnianej tu inklinacji [pomi­dora]. Ziemniak bowiem również skłania się ku pewnej samodzielności. Skłania się ku niej nawet tak bardzo, że łatwo przechodzi przez cały proces trawienia i wnika do mózgu, i uniezależnia go od wpływu pozostałych narządów. Nadmierna konsumpcja ziemniaków, która nastąpiła w Europie po wynalezieniu sposobu ich masowej uprawy, spowodowała, że ludzie i zwierzęta silniej związali się z światem materialnym. Dlatego nie należy [dzisiaj] przesadzać z ich spożywaniem. Powinniśmy spożywać tylko tyle ziemniaków, żeby pobudzały w nas aktywność mózgu, aktywność głowy. Właśnie takie bardziej wnikliwe poznawanie tych rzeczy sprawi, że rolnictwo będzie mogło głębiej związać się z życiem socjalnym w sposób praktyczny, w sposób racjonalny, a jest to dzisiaj niezmiernie ważne, by rolnictwo związało się z całym życiem socjalnym.

Naturalnie, mogłem podać państwu tylko poszczególne wytyczne, które jeszcze długo – szczególnie na tym obszarze – mogą służyć za podstawę dla różnych eksperymentów. Gdy jednak zostaną eksperymentalnie dobrze opracowane, wyłoni się z tego coś bardzo pięknego. I powinny nam także pokazywać, jak powinniśmy dalej pracować nad tym, co zostało nam w tym kursie podane. Całkowicie zgadzam się z decyzją, którą z taką stanowczością podjęli obecni tutaj rolnicy. Mianowicie to, co przedstawiłem uczestnikom kursu, zostanie najpierw poddane próbom. Dopiero później społeczność rolników, to znaczy owa "grupa badawcza", (która zawiązała się w czasie niniejszego kursu) ustali jakiś termin publikacji, – ale będzie to możliwe dopiero wtedy, gdy badania posunął się już na tyle daleko, że będzie można to opublikować.

Dzięki szczególnej tolerancji organizatorów, w kursie mogły uczestniczyć osoby, które same bezpośrednio nie są rolnikami. Właśnie te osoby chciałbym teraz prosić, żeby zechciały przypomnieć sobie pewną bardzo sławną operę i zdecydowały się także zapieczętować swoje usta – tak, jak to dzieje się w tej operze. Chodzi o to, żeby nie ulec owemu niedobremu zwyczajowi, który zapanował wśród antropozofów, a który polega na rozgłaszaniu treści wykładów wszędzie tam, gdzie tylko jest to możliwe. Niejednokrotnie już ponieśliśmy szkody z tego powodu, przy czym nie ci czynią szkody, którzy mówią o tych sprawach w sposób rzeczowy, lecz ci, którzy nie potrafią zapanować nad sobą i wszystko to po prostu powtarzają i rozpowszechniają.

Jest to bowiem duża różnica, czy o takich rzeczach mówi rolnik, czy ktoś, kto nie jest rolnikiem. Różnicę tę można od razu rozpoznać. Pomyślcie tylko, do czego mogłoby to doprowadzić, gdyby to nie rolnicy mieli rozpowszechniać dalej wszystkie te rzeczy, np. jako jeden z interesujących rozdziałów antropozofii? Zapewne doprowadziłoby to do tego, co już spotkało różne cykle wykładów. Mianowicie ludzie, a wśród nich także rolnicy, do­wiadywaliby się o tym od osób niekompetentnych. Otóż jest już tak, że gdy rolnik słyszy o czymś od innego rolnika, to na początku może powiedzieć: Szkoda, że mój kolega zbzikował aż do tego stopnia. Jednakże, kiedy mówi on to drugi i trzeci raz i także pokazuje, że rzeczy te skutkują, wówczas ten, kto na początku był sceptyczny, już tego nie może odrzucać. Natomiast, jeśli o tym mówi ktoś, kto nie jest osobą kompetentną, lecz tylko się tym interesuje, to naturalnie od razu dyskredytuje to całą sprawę. Dlatego jest konieczne, żeby nasi przyjaciele, – którzy również mogli wziąć udział w tym kursie z uwagi na swoje zainteresowania, a nie są rolnikami – za­chowali to dla siebie, żeby nie rozgłaszali tego tak, jak to zazwyczaj czyni się z antropozofią. To, co podał nam dzisiaj do wiadomości nasz czcigodny hrabia Keyserlingk, stanowi decyzję grupy badawczej i mogę powiedzieć, że w całej pełni zgadzam się z jego stanowiskiem.

Nadto chciałbym jeszcze – ponieważ, wyjąwszy rozmowę, która potem nastąpi, doszliśmy już do końca kursu – Wam powiedzieć, że bardzo się raduję z Waszego przyjazdu, – z tego, że zechcieliście tutaj przybyć, by uczestniczyć w wykładach, które mogłem tutaj wygłosić i także z tego, co później ma się z tego rozwinąć, a co powinno się rozwijać dalej. A z drugiej strony chciałbym także powiedzieć, że podzielam zdanie Was wszystkich mówiąc: To, co już się wydarzyło [w Koberwitz] powinno zainicjować pożyteczną pracę – pracę o znaczeniu bardzo głębokim. Ale mówiąc o tym, musimy także ciągle pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze o tym, że zorganizowanie tego kursu musiało kosztować bardzo dużo pracy zarówno hrabiostwo Keyserlingk, jak i cały ich dom, przy czym tutaj także niezbędna była ich wiedza, ogrom na kompetencja (Zielbewußtheit), antropozo­ficzny realizm (anthroposophischer Wirklichkeitssinn), bezinteresowne oddanie się sprawie antropozofii, ofiarność i jeszcze wiele innych chwalebnych rzeczy. (…) A przy tym cała ta niesłychana praca była wykonywana wówczas, gdy my uczestniczyliśmy w prawdziwym święcie, które przebiegło tak, jak te rzeczy tutaj przebiegają. Już za pięć minut otrzymacie państwo coś, co będzie kolejnym przykładem ich wielkiej ofiarności. Wszystko to – i także niezwykła serdeczność całego domu Keyserlingk – sprawiło, że nasz kurs mógł przebiegać w atmosferze cudownego święta. Toteż uczestnicząc w Kursie Rolniczym, w rzeczywistości uczestniczyliśmy w święcie rolniczym i właśnie za to dziękujemy im najserdeczniej. Dziękujemy im za wszystko, co uczynili dla nas w ciągu tych dziesięciu dni i za serdeczny sposób, w jaki nas tutaj przyjęli ugościli.

 

 

Pytania i odpowiedzi

Koberwitz, 16 czerwca 1924

 

Pytanie: Czy gnojówka posiada taką samą organizującą siłę jaźni (Ich – Organisa­tionskraft) co gnój (obornik)?

Rudolf Steiner: Tutaj chodzi o to, żeby gnojówkę i gnój stosować w odpowiednim połączeniu, gdyż mają one razem wspierać i rozwijać organizujące siły gleby. Ten związek z jaźnią odnosi się w całości do obornika [krowieniec, krowie odchody], natomiast na ogół nie odnosi się do gnojówki [przefermentowany mocz krowi]. Każda jaźń – również taka, która znajduje się jeszcze w zawiązku (in der Anlage) – jak to jest w przypadku obornika – musi działać razem z elementem astralnym, – przy czym obornik nie miałby siły astralnej, gdyby przy nim nie było gnojówki. Gnojówka to wspiera. Posiada ona mocniejszą siłę astralną, natomiast obornik posiada mocniejszą siłę jaźniową. Obornik jest bardziej mózgiem – gnojówka bardziej wydzieliną mózgową. Zatem, jak już mówiłem, gnojówka posiada siłę astralną. Jest ona bardziej podobna do tego, co w mózgu jest płynne; jest bardziej płynem mózgowym.

 

Pytanie: Prosimy o dokładniejsze dane dla tych konstelacji które należy uwzględniać podczas wytwarzania tzw. palonych preparatów (Verbrennungspraparate)?

Dr Vrede: Takich danych nie można jeszcze podać, gdyż potrzebne są obliczenia, których w tym momencie nie można przeprowadzić. Na ogół owady należy spalać od początku lutego do połowy sierpnia. W tym roku (1924) przy tępieniu polnych myszy w rachubę mógłby wchodzić okres od połowy listopada do pierwszej połowy grudnia, przy czym okresy te przesuwają się z roku na rok.

Rudolf Steiner: Należałoby najpierw dokładniej opracować zasady kalendarza antropozoficznego – właśnie tak, jak to zamierzamy zrobić – a wtedy będzie można postępować dokładnie według niego.

 

Pytanie: Gdy mówimy o pełni i nowiu Księżyca, to czy oznacza to tylko dzień pełni i nowiu, albo może okres ten obejmuje również czas krótko przed pełnią i nowiem oraz krótko po pełni i nowiu?

Rudolf Steiner: Nów Księżyca liczy się od momentu, gdy na niebie [porannym] pojawia się taki widok (Rys. 23). W okresie tym Księżyc widoczny jest tylko jako wąski sierp, a potem znika. Natomiast pełnia Księżyca liczy się od momentu, gdy na niebie [wieczornym] pojawia się taki widok. [dolny sierp Księżyca]. Jest to zawsze mniej więcej 12 – 14 dni.

 

Rys. 23.

 

Pytanie: Czy można przechowywać owady, których nie można zdobyć w okresie od­nośnych konstelacji?

Rudolf Steiner: Później jeszcze bardziej dokładnie określimy czas, w którym należy sporządzać preparaty. Poszczególne owady można przechowywać.

 

Pytanie: Czy nasiona chwastów należy spalać tylko w lecie, albo może jest to obojętne, kiedy się to czyni?

Rudolf Steiner: Gdy już uzbieraliśmy nasiona, nie należy czekać z tym zbyt długo.

 

Pytanie: Jak to jest z rozsiewaniem takiego "pieprzu", który powstał z owadów nie mających styczności z ziemią?

Rudolf Steiner: Należy go również wprowadzać do ziemi. Działanie jego nie zależy od tego, czy owady miały fizyczny kontakt z ziemią, lecz od jego właściwości. Wprowadzamy go do ziemi zawsze w dawce homeopatycznej. Owady posiadają całkiem inny rodzaj odczuwania i unikają tego, co wytwarza się wskutek jego działania. Tutaj wcale nie przeszkadza, że owady nie mają styczności z ziemią.

 

Pytanie: Czy mróz szkodzi uprawom rolnym: zwłaszcza pomidorom. Jak należy rozumieć jego związek z kosmosem?

Rudolf Steiner: Chcąc mieć ładne i duże pomidory, należy je trzymać w cieple. Pomidory nie znoszą mrozu. Co się tyczy ogólnie mrozu, to musicie sobie uświadomić, co właściwie wyraża się w działaniu mrozu. Mróz wzmacnia zawsze w zasadniczy sposób ten wpływ kosmosu, który działa w ziemi. Wpływ ten znajduje dla siebie w ziemi normalne [odpo­wiednie] warunki wtedy, gdy panuje określona temperatura. Przy określonej temperaturze wpływ ten jest właśnie taki, jakiego rośliny potrzebują. Jeśli jednak ostry mróz utrzymuje się zbyt długo, to oddziaływanie nieba na ziemię staje się za mocne. Toteż rośliny zaczynają potem przejawiać tendencję do wypuszczania łodyg w różnych kierunkach, do wytwarzania włókien, a więc do rozprzestrzeniania się w rzadkich i smukłych formach. Naturalnie, rośliny stają się przez to nazbyt wiotkie i mróz będzie je później niszczył. Zatem za ostry, długotrwały mróz szkodzi roślinom, gdyż do ziemi przenika wówczas za dużo nieba.

 

Pytanie: Czy popiół pozostały po spaleniu bąków bydlęcych należy rozprowadzić na ciele zwierzęcia. czy też wystarczy go tylko rozsypać na łąkach i pastwiskach?

Rudolf Steiner: Należy go rozsypać tam, gdzie pasą się zwierzęta. Wszystkie te preparaty należy traktować jako dodatek do nawozu.

 

Pytanie: Jak można najlepiej zwalczać perz (Agropyron)? Trudno jest przecież znaleźć jego nasiona.

Rudolf Steiner: Sposób rozmnażania się perzu, który miał Pan na my­śli, a więc, gdy nie dochodzi do wytworzenia się nasion, sprawia, że perz znika sam, gdyż tam gdzie nie ma nasion, nie będzie rośliny. Gdy jed nak roślina zakorzen i się tak dobrze, że dalej się rozrasta, to można ją również zwalczać. Jeśli chodzi o nasiona perzu, to przecież nie jest trudno uzbierać taką ich ilość, jaka jest tutaj potrzebna, gdyż właściwie nie potrzeba ich dużo. Można przecież znaleźć nawet czterolistną koniczynę.

 

Pytanie: Czy prądem elektrycznym można konserwować paszę dla zwierząt?

Rudolf Steiner: A co chciałby pan przez to osiągnąć? Tutaj, natural ­ nie, należy lepiej przyjrzeć się całej roli elektryczności w przyrodzie. Jest rzeczą pocieszającą, że z Ameryki – gdzie w ogóle występuje lepszy zmysł spostrzegawczości niż w Europie – dochodzą już wieści, które wskazują na to, że człowiek nie może rozwijać się dalej zdrowo w atmosferze, którą z różnych stron przenika prąd elektryczny i promieniowanie elektryczne, oraz że te rzeczy wywierają wpływ na cały rozwój człowieka. Otóż, gdy rzeczy te będą rozwijać się dalej w ten sposób, to znaczy tak, jak się to w rzeczywistości zakłada, wówczas zmieni się życie duszy ludzkiej. Na przy­kład, nie jest to jedno i to samo [dla duszy ludzkiej], czy pociągi na jakimś terenie mają lokomotywy parowe czy elektryczne. Para nie oddziałuje tak straszliwie na podświadomość jak elektryczność – a ludzie w ogóle nie wiedzą gdzie tkwi przyczyna pewnych zjawisk. Nie ulega wątpliwości, że dalszy rozwój [ludzkości] będzie zmierzać do coraz szybszego przesyłania informacji z jednego miejsca na drugie, – przy czym uwzględniam teraz, że elektryczność będzie stosowana nadziemnie jako (elektryczność) emitu­jąca promieniowanie, ale również jako prąd elektryczny płynący w ciałach przewodzących [przewodnikach]. Jednakże życie w otoczeniu elektryczno­ści emitującej promieniowanie sprawi, że człowiek już nie będzie potrafił prawidłowo rozumieć informacji, jakie będą do niego tak szybko dochodzić. Jest tak dlatego, że elektryczność oddziałuje wygaszająco na rozumienie.

Skutki tego można zauważyć już dzisiaj. Można już dzisiaj zauważyć, że ludziom jest coraz trudniej zrozumieć informacje, jakie do nich szybko dochodzą, to znaczy trudniej niż jeszcze przed paru dziesięcioleciami. Jest to niewątpliwie pocieszające, że z Ameryki rozszerza się zrozumienie tych rzeczy. [Zaś, jeśli chodzi o stosowanie prądu elektrycznego w celu zapobiegania określonym chorobom] – to już tak jest z tymi rzeczami, że jeśli gdzieś na świecie pojawia się coś nowego, wówczas niektórzy ludzie stosują to także jako lekarstwo i także wykorzystują to szarlatani (Propheten). Jest to zdumie­wające, że gdy pojawia się coś nowego, co związane jest z jasnowidzeniem, to sprowadza się do poziomu przyziemnej ludzkiej egzystencji. Na przykład niedawno pojawił się człowiek, który jak szalony głosi o leczniczych właściwościach prądu elektrycznego, podczas gdy zapewne dawniej nic takiego nie przyszłoby mu nawet do głowy. W ten sposób takie rzeczy wchodzą w modę. Jak długo nie było elektryczności, nie można było przecież myśleć o leczeniu z jej pomocą. Teraz nagle prąd elektryczny stał się również środkiem leczniczym, i nie dlatego, że tutaj jest, ale że powstała moda na te rzeczy. Jednak elektryczność jako środek leczniczy, – gdy stosuje się ją jako elektryczność emitującą promieniowanie – często nie jest środkiem skuteczniej­szym niż owe cienkie igły, którym i nakłuwa się ciało. Tym, co działa tutaj leczniczo nie jest jednak sama elektryczność, lecz wstrząsy [jakie wytwarza]. Nie możemy też zapominać o tym, że w człowieku i zwierzęciu elektryczność zawsze bardzo silnie oddziałuje na wyższą organizację, to znaczy na organizację głowy, a w roślinie odpowiednio na organizację korzenia. A więc gdybyśmy prądem elektrycznym przenikali środki spożywcze, to wytwarzali byśmy produkty, które stopniowo doprowadzałyby zwierzęta do sklerozy. Jest to proces długotrwały i zmian chorobowych nie zauważa się od razu. Z początku zauważa się tyl ko, że zwierzęta kończą życie wcześniej niż powinny. Dotychczas ludzie nie łączą tego zjawiska z elektrycznością i przypisują go różnym innym czynnikom. Zatem prąd elektryczny nie jest tym, czym należałoby oddziaływać na żywy organizm, a zwłaszcza nie jest tym, czym należałoby go wspierać [leczyć] (fordern) – gdyż on tego nie potrafi. Gdy będziemy wiedzieć o tym, że elektryczność działa poniżej poziomu żywego organizmu, oraz że żywy organizm odrzuca elektryczność od siebie, i to tym silniej, im wyżej stoi w rozwoju [tzn. w ewolucji] – jest to rzeczywiście odrzucanie elektryczności – to również będziemy świadomi tego, że przyuczanie żywego organizmu do stosowania środków obronnych w sytuacji, gdy w rzeczywistości nie ma się przed czym bronić, sprawia że staje się on przez to nerwowy, niespokojny i coraz bardziej także sklerotyczny.

 

Pytanie: Co nauka zajmująca się badaniem duchowej strony świata (die Geisteswissenschaften) może nam powiedzieć o konserwowaniu paszy metodą zakwaszania oraz ogólnie o procesie zakwaszania?

Rudolf Steiner: Gdy sól [i produkty do niej podobne] zastosujemy w jej szerszym znaczeniu, to właściwie nie robi to większej różnicy, czy daje się ją zwierzęciu bezpośrednio podczas karmienia, czy wcześniej, to znaczy podczas przygotowywania karmy. Jeśli zatem mamy paszę, która zawiera za mało soli – to znaczy za mało, by można było doprowadzić ją do takich miejsc w organizmie, gdzie powinna działać – wówczas zakwaszanie paszy jest działaniem zasadnym. Powiedzmy, że na jakimś terenie uprawiamy buraki. Widzieliśmy już, że buraki oddziałują dobrze na organizację głowy i dlatego są dobrą paszą dla pewnych zwierząt, na przykład dla młodzieży, Jednak, jeśli się okaże, że karmione nim i zwierzęta za wcześnie i za intensywnie zrzucają sierść, to musimy im podawać także odrobinę soli, ponieważ zrzucanie sierści świadczy to o tym, że substancje zawarte w paszy w sposób niedostateczny osadzają się w tych miejscach, do których powinny dochodzić. Nie dochodzą one wtedy tak daleko [jak powinny]. Sól, mówiąc ogólnie, działa silnie w tym kierunku, żeby substancje odżywcze dochodziły w organizmie do tych miejsc, gdzie powinny działać.

 

Pytanie: A co nauka (poszerzona o antropozofię) może powiedzieć o metodzie zakwaszania buraczanych liści lub innej zielonej paszy?

Rudolf Steiner: Tutaj należy zwrócić uwagę na to, żeby uzyskać owo optimum, którego nie można przekroczyć w kiszonkach. Kiszonki na ogół nie powinny działać szkodliwie, o ile nie będziemy dodawać do nich za dużo soli, gdyż substancje w rodzaju soli najbardziej chcą pozostać w organizmie takimi, jakimi są. Na ogół organizm zwierzęcy – a w jeszcze wyższym stopniu organizm ludzki – posiada predyspozycję do przekształcania wszystkiego w najbardziej różnorodny sposób, to znaczy, wszystkiego, co do niego wchodzi. Na przykład, wielkim absurdem jest twierdzenie, że organizm wykorzystuje spożyte białko w tej samej postaci, w jakiej weszło ono do niego przez żołądek. Organizm musi najpierw takie białko całkowicie przekształcić w substancję martwą i dopiero potem jego własne ciało eteryczne musi ją z powrotem przeobrazić w białko specyficznie ludzkie lub specyficznie zwierzęce. Takiemu przeobrażeniu podlega wszystko, co­ kolwiek wchodzi do organizmu. Dotyczy to nawet zwykłego ciepła. Schematycznie mógłbym to tak przedstawić: Przyjmijmy, że mamy tutaj żywy organizm, a wokoło niego znajduje się zewnętrzne ciepło, i przyjmijmy, że obok niego leży kawałek martwego drewna, który wprawdzie był kiedyś żywym organizmem, ale teraz jest substancją martwą. Otóż ciepło zewnętrzne nie może tak po prostu przeniknąć do żywego organizmu, gdyż żywy organizm natychmiast je przetwarza, a wtedy ciepło zewnętrzne staje się innym rodzajem ciepła. Inaczej być nie może. Natomiast jest inaczej w przypadku kawałka drewna, gdyż martwe drewno nie potrafi przekształcić zewnętrz­ nego ciepła. Dlatego jest ono w nim w dalszym ciągu takim samym ze­wnętrznym ciepłem. Przeziębimy się wtedy, gdy do naszego organizmu przeniknie ciepło zewnętrzne w swojej postaci nie przeobrażonej, gdy przeniknie tak, jak do kawałka martwego drewna. To, co wchodzi do żywego organizmu, nie może w nim pozostać w takim samym stanie, w jakim było, gdy znajdowało się na zewnątrz. Organizm musi to natychmiast przetworzyć. Otóż ten proces najsłabiej przebiega właśnie w soli. Toteż trzeba tutaj postępować roztropnie, – ale już sam zdrowy zmysł smaku nie dopuści do przebrania miary. Poza tym, jeśli sól jest tak bezwzględnie potrzebna przy konserwowaniu produktów spożywczych, to świadczy to już o tym, że do pewnego stopnia jest to proces właściwy.

 

Pytanie: A co można powiedzieć o bezsolnych kiszonkach?

Rudolf Steiner: Jest to proces, który posunął się za daleko. Jest to, że tak powiem, proces nadorganiczny i gdy czasem posunie się za daleko, jest bardzo szkodliwy.

 

Pytanie: Czy nie zaszkodzi zwierzętom kreda szlamowana, którą niektórzy dodają do kiszonek w celu zobojętnienia kwasów?

Rudolf Steiner: Pewne zwierzęta w ogóle nie tolerują kredy szlamo­wanej i zaczynają chorować. Niektóre ją tolerują, ale w tym momencie nie potrafię powiedzieć, które to są zwierzęta. Uogólniając, można powiedzieć, że nie będą one miały z niej pożytku, a nawet mogą się rozchorować.

Sądzę, że kreda szlamowana osłabia jeszcze soki żołądkowe.

Rudolf Steiner: Rzeczywiście, wówczas nie mogą one funkcjonować tak, jak powinny.

 

Pytanie: Czy nie jest to bez znaczenia, z jakim nastawieniem wewnętrznym podchodzimy do wykonywania poszczególnych czynności? Jest to przecież duża różnica, czy zboże się wysiewa czy rozsypuje, co prowadzi do zniszczenia. Toteż należy uwzględnić wewnętrzne nastawienie rolnika. Jeżeli jednak niszczy się owady podanymi tutaj metodami, to czy nie będzie to miało dla karmy dużo poważniejszych konsekwencji niż np. usuwanie zwierząt z pomocą narzędzi mechanicznych?

Rudolf Steiner: Tutaj – nieprawdaż – najważniejsze jest, czy jest to nastawienie dobre czy złe. Ale co ma pan na myśli mówiąc: "Jeżeli Jednak niszczy się"– Proszę przyjrzeć się całej złożoności tego problemu. Gdy przemyśli pan dzisiejszy wykład w tym duchu, w jakim został wygłoszony, np. gdy zastanowi się pan nad tym jego fragmentem, gdzie powiedziałem: dalej zatem kiedy będziecie to robić z takim nastawieniem, będziecie służyć ludzkości, służyć Uniwersum. Chodzi tylko o to, żeby owe szkody, które mogą przy tym powstać, nie wynikały ze złych zamiarów. Człowiek by musiał rzeczywiście mieć jakieś złe zamiary. Toteż nie mogę sobie wyobrazić, żeby mogło to w jakikolwiek sposób oddziaływać źle, – jeżeli będziemy to w ten sposób przeprowadzać. Pan natomiast myśli zapewne o bieganiu za tymi zwierzątkami i zabijaniu ich. Czy by to było mniejsze zło?

Myślałem tylko o tym, czy jest różnica między środkami mechanicznymi a siłami kosmicznymi?

Rudolf Steiner: Widzi pan, w rachubę wchodzą tutaj rzeczy bardzo skomplikowane, których zrozumienie zależy znowu od uwzględnienia szerszych powiązań. Przyjmijmy, że w morzu złowił pan rybę i ją zabił. Wykonał pan pewien proces. Proces ten zachodzi na pewnym określonym poziomie. A teraz przyjmijmy, że z morza wydobył pan wiadro wody, w której jest dużo rybiej ikry. To, co pan teraz uczynił również doprowadziło do zniszczenia dużej liczby żywych istot. Jest to jednak coś całkiem innego niż zabicie ryby. Mianowicie wykonał pan pewien proces na innym poziomie. Gdy w przyrodzie jakiś organizm staje się dorosłą rybą, to tym samym kończy pewien rozwój, to znaczy przebył pewną drogę. Gdy teraz cofa pan ten proces do punktu wyjścia, to doprowadza pan coś do stanu jeszcze nie­zorganizowanego, to znaczy doprowadza pan do niezorganizowanego sta­nu to, co osiągnęło już formę wysoce zorganizowaną. Gdy jednak proces ten wcześniej przerwę, to znaczy gdy przerwę go wtedy, gdy jego rozwój jeszcze nie dobiegł końca lub mówiąc inaczej: jeszcze nie utknął w ślepej uliczce, jaką jest organizm dorosły, (czyli taki, którego rozwój już dobiegł końca), to czynię coś, co nie jest tym, czym by było, gdybym uśmiercił dorosły organizm.

 

Dlatego pańskie pytanie muszę sprowadzić do następującego pytania: A jaką to niegodziwość popełniam, gdy sporządzam ów "pieprz"?

 

To bowiem, co w ten sposób niszczę, jest czymś, co żyje w innej sferze; na innym poziomie. Toteż tutaj chodzi tylko o to, żeby wiedzieć, co jest bezwzględnie konieczne do wytworzenia owego "pieprzu". Zawsze okazuje się wtedy, że zabija się mniej zwierząt niż gdyby miało się je łapać i mordować. Sądzę, że jeśli przemyśli pan sobie ten problem z praktycznego, a nie abstrakcyjnego punktu widzenia, to sprawa ta nie wyda się już panu czynem tak bardzo okrutnym.

 

Pytanie: Czy fekalia można używać do nawożenia i jakiej obróbce należałoby je poddać przed zastosowaniem?

Rudolf Steiner: Naturalnie, możliwie najmniej. Jest bowiem tak, że ich działanie jako nawozu jest bardzo małe, a działają dużo bardziej szkodliwe niż może działać jakikolwiek inny nawóz. Jeżeli jednak chciałby je pan stosować, to zupełnie wystarczy to, co samo z siebie pojawia się w nor­malnym gospodarstwie rolnym pod różnymi postaciami nawozu. (Dungei). Miarę tego, ile takiego nawozu nie działa jeszcze szkodliwie będziemy mieć wówczas, gdy będziemy wiedzieć, ile osób znajduje się na terenie danego gospodarstwa, a następnie, ile kału ludzkiego można dołożyć do odchodów zwierząt. Znając te proporcje możemy określić maksymalną ilość tego, co można tutaj zastosować. Jest to ogromne szaleństwo, gdy w pobliżu dużych miast do nawożenia pól uprawnych stosuje się fekalia, – gdy stosuje się je z tego powodu, że jest ich tam tak dużo. Nie możemy jednak dać się opanować idei tak absurdalnej jak ta, że np. pola uprawne można nawozić fekaliami z całego wielkiego Berlina. Proszę, skosztujcie tylko jak smakują rośliny, które tam rosną, a już one same coś Wam o tym powiedzą. Wystarczy tylko takie szparagi skosztować. Zatem musicie się dobrze zastanowić, jeśli chcecie stosować fekalia do zasilania roślin, które później mają zjadać zwierzęta, gdyż to, co wyrośnie na takim podłożu, będzie szkodliwe. Przy tych rzeczach wiele pozostaje na tym stopniu (to znaczy na stopniu, na którym znajduje się kał ludzki. uw. tł.). Otóż, gdy wyrosłe na takim podłożu rośliny przechodzą następnie przez organizm zwierzęcia, wówczas zachowują jeszcze w sobie wiele z tego, co otrzymały w czasie przechodzenia przez organizm człowieka. Pod tym względem panuje w społeczeństwie jakaś rażąca niewiedza, która już doprowadziła do wielkich absurdów.

 

Pytanie: Jak można zwalczać różycę świń?

Rudolf Steiner: Cóż, jest to pytanie dla weterynarza. Jeszcze nie zajmowałem się tym zagadnieniem, ponieważ nikt mnie jeszcze o to nie pytał, ale sądzę, że będzie to można dobrze leczyć poprzez wcieranie określonych dawek szarej blendy antymonowej. Jest to zagadnienie, które należy już do obszaru medycyny, jest to bowiem prawdziwa choroba.

 

Pytanie: Czy takim "pieprzem"można również zwalczać rzodkiew świrzepę, która jest mieszańcem[45].

Rudolf Steiner: Nasze preparaty działają skutecznie tylko na te gatunki roślin, z których zostały sporządzone, toteż nie należy je stosować do ro­ślin powstałych przez krzyżowanie. Nie działają one bowiem na symbiozy.

 

[przypis]47 "w ślepej uliczce organizmu, którego rozwój dobiegł już końca."

Z duchowego punktu widzenia rozwój żywego organizmu na ziemi posiada charakter ślepej uliczki, albowiem w gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia z powolnym, stopniowym pro­cesem zamierania. Każda rozpadająca się komórka bezpośrednio przed swoją śmiercią wysy­ła do kosmosu światło. To znaczy, wysyła swoje światło tam, gdzie już wkrótce rozpocznie się jej nowe życie. (G.St.)

 

 

Dobór Literatury

S.F Karłowski, Praktyczne wskazówki zastosowania metody biologiczno-dynamicznej na roli i w ogrodzie. Dla członków Zespołu pracy rolników i ogrodników pracujących według metody biologiczno-dynamicznej. Szelejo­wo 1934, ss. 28, (Odbito w Rolniczej Drukarni i Księgarni Nakładowej Sp. z o.o. w Poznaniu)

S.F. Karłowski, Organizacja kompostowania surowców. Poznań 1937, ss. 23, (Odbito w Rolniczej Drukarni i Księgarni Nakładowej Sp. z o.o. w Poznaniu)

A. Podoliński, Biodynamik. Landwirtschaft der Zukunft, Frumenta Verlag, Stollenrain 26, CH – 4144 Arlesheim, 2000

E. Pfeiffer, Die Fruchtbarkeit der Erde. Dornach I977.

Literatura bardziej specjalistyczna

F. Dreidax, Dżdżownica, Poznań 1934, Tłumaczenia S.F. Karłowski (wstęp jego autorstwa), ss. 24, (Odbito w Rolniczej Drukarni i Księgarni Nakładowej Sp. z o.o. w Poznaniu).

E. Pfeiffer, M. Kiintze, E. Sabath, Działanie preparatów metody biologiczno­-dynamicznej, Poznań 1935, ss. 22, Wydał S.F. Karłowski (Odbito w Rolniczej Drukarni i Księgarni Nakładowej Sp. z o.o. w Poznaniu).

F. Löbnis, Biologia gleby w praktyce rolniczej. Poznań 1939, ss. 26, Opracował i tłumaczył S.F. Karłowski. (Odbitka z czasopisma "Biologia i Ży­cie")

Herbert H. Koepf, Bodo v. Plato, Die biologisch-dynamische Wirtschaftsweise im 20 Jahrhundert. Verlag am Goetheanum, Dornach 2001, ss. 456.

H. Knauer, Erdenantlitz und Erdenstoffe. Gestaltung und Aufbau des Er­dorganismus, Verlag am Goetheanum, 1961.

Gotthard Stielow "Bodenbildung durch mikrobielle Komposte und Boden ­ und Kompostprüfung", dr G. Stielow, Schelploh 5, D – 29348 Eschede, ss. 11.

Gotthard Stielow, "Kompostierung im Boxen – Beschreibung der Kompostieranlage eines Gartenbaubetriebes", dr G. Stielow, Schelploh 5, D – 29348 Eschede, ss. 18.

Alex Podolinsky, "Biodynamik – Landwirtschaft der Zukunft'', Frumenta Verlag, Stollenrain 26, CH – 4144 Arlesheim, ss. 46.

 

Opracowania o majątku S.F. Karłowskiego w Szelejowie

Szelejowo, Złota księga ziemiaństwa polskiego poświęcona kulturze i wytwórczości rolnej. Pod naczelną redakcją Stanisława Sas-Lityńskiego, Poznań 1929 (tom Wielkopolska, bez numeracji stron).

S.F Karłowski, Majątek Szelejowo. Powiat Gostyń, wojew. Poznańskie, Poznań 1929 (bez numeracji stron). (Rolnicza Drukarnia i Księgarnia Nakładowa Sp. z o.o. w Poznaniu)

Pozostałe opracowania

E. Kośmicki, Przyszłość rolnictwa w Europie i w świecie. Ekologiczno-społeczny punkt widzenia, "Przegląd Komunalny'.' 1999, r.6, s. 95 – 8.

C. Rodet, O rolnictwie ekologicznym. Doświadczenie i przemyślenia Warszawa 1994, ss. 60.

E. Kośmicki, Współczesne rolnictwo ekologiczne. 75 lat rolnictwa biodynamicznego Rudolf Steinera. Międzynarodowa konferencja, Wrocław 15 – 17.09.1999, Wyd. Akademii Rolniczej we Wrocławiu, ss. 344.

E. Kośmicki, Czy zmierzamy do pustki biologicznej? o podstawowych problemach różnorodności biologicznej, W: Człowiek i pustka. Problemy wakuumologii, Z. Hull, W. Tulibacki (red.), Olsztyn 2000, s. 126 – 134.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zamówienia książki Kurs Rolniczy

prosimy kierować na adres:        .

Mateusz Szoblik, Fundacja Pomocy Przedszkolom Waldorfskim, ul. Grunwaldzka 3, 43 – 300 Bielsko-Biała

Niektóre istotne wydarzenia w życiu autora

Urodził się 25 lub 27 II w roku 1861 na pograniczu monarchii austro­-węgierskiej w Kraljevcu (obecnie Chorwacja). Podczas studiów matematyczno­-przyrodniczych na Politechnice Wiedeńskiej również interesował się twór­czością Joanna Wolfganga Goethego, a zwłaszcza jego metodologią.

(J. W. Goethe swoimi pracami przyrodniczymi położył kamień węgielny pod nową metodę badania żywej przy rody, dzięki czemu następnie można było zbudować most między przyrodą i duchem.)

W wieku 22 lat otrzymał propozycję opracowania pism botanicznych i zoologicznych Goethego do wydania w cyklu "Deutsche Nationalliteratur". Jego komentarze ukazały się później również w formie oddzielnej książki. W roku 1890 podjął pracę w archiwum Goethego i Schillera w Weimarze. W tym czasie opublikował kilka prac naukowych. W roku 1891 uzyskał doktorat z filozofii za dysertację pt.:

Die Grundfrage der Erkenntnistheorie mit besonderer Rücksicht auf Fichtes Wissenschaftslehre. W roku 1894 ukazało się jego główne dzieło filozoficzne pt.: Die Philosophie der Freiheit (Filozofia wolnoścci). W 1897 r. przeniósł się do Berlina i pracował jako publicysta; utrzymywał kontakty z czołowymi literatami, artystami, przyrodnikami, filozofami, teologami. W latach 1889 – 1904 prowadził wykłady i ćwiczenia w zorganizowanej w Berlinie przez Wilhelma Liebknechta szkole dla robotników. Od roku 1900 działał w Towarzystwie Teozoficznym w Berlinie, które powierzyło mu kierownictwo sekcji niemieckiej (1901/ 1902). Steiner podjął się tego zadania, jednak że zarezerwował sobie prawo do głoszenia poglądów wynikających z własnych badań. Du­chową dziedzinę świata badał narządami poznania nadzmysłowego. Zrobił wiele doniosłych odkryć w kilkunastu dziedzinach i na ich podstawie przedstawił ludzkości zdumiewający obraz rozwoju świata i człowieka. W pracy tej pomagała mu urodzona we Włocławku Maria von Sivers (1867) – jego przyszła żona. Zainspirował wielu przyrodników, pedagogów, lekarzy, teologów, artystów. Jego twórcze impulsy zainicjowały nowy rozwój w pedagogice, medycynie, rolnictwie, sztukach pięknych, teologii (zrozumienie Ewangelii odpowiadające naszej epoce). W roku 1917 przedstawił program przeobrażeń społecznych dla Europy Środkowej, w którym zaproponował podział jednolitego państwa na trzy samodzielne i niezależne sfery, – ale pozostające ze sobą w harmonijnej współpracy, mianowicie na sferę życia duchowego, życia prawnego i życia gospodarczego – współpracy analogicznej do tej, jaką obserwuje się w osobowości ludzkiej, u której podstaw leżą trzy systemy: nerwowo-zmysłowy, rytmiczny (oddychanie i krwiobieg) i przemiana materii w połączeniu z członkami ciała. Zmarł 30 marca 1925 w Dornach, u stóp statuy Chrystusa, którą sam wyrzeźbił. Dzieło jego niezmordowanie kontynuowała Maria Steiner-von Sivers aż do 81 roku życia.

Czy życie i twórczość ich obojga nie jest dla europejskiego Zachodu czymś wyjątkowym – wyjątkowym z uwagi na swój niezwykły charakter i swoje rozmiary?

Wydawca

Pałac w Kobierzycach

 

Dla uczczenia 75 rocznicy Kursu Rolniczego Rudolfa Steinera, 15 września 1999 r. w pałacu w Kobierzycach, odbyło się wmurowanie tablicy pamiątkowej. Napis w języku polskim i niemieckim informuje:

Tutaj w pałacu w Kobierzycach w czasie święta Zesłania Ducha św. (7-16 czerwca 1924 r.) Rudolf Steiner (1861-1925) twórca antropozofii wygłosił kurs dla rolników, którym położył kamień węgielny pod biologiczno-dynamiczną metodę gospodarowania w rolnictwie i ogrodnictwie.

 

[1] S.F. Karłowski urodził się 5 sierpnia 1879 roku w Grąbkowie (ówczesny powiat Rawicki). Był absolwentem Akademii Handlowych w Berlinie i Antwerpii (1902). Przed odzyskaniem niepodległości był naczelnym dyrektorem Banku Przemysłowego we Lwowie, a następnie Banku Handlowego w Warszawie. W niepodległej Polsce był inicjatorem powołania do życia Związku Banków w Polsce i został jego pierwszym prezesem. Na początku roku 2921 nabył od księcia Hugo Schönburg-Waldenburga majątek Szelejowo. Zorganizował tam hodowlę bydła i oraz wzorowe gospodarstwo nasienne. W roku 1924 rozpoczął działalność polityczną. W roku 1930 wszedł do Senatu. Powołał w Szelejowie Kółko Rolnicze. W roku 1937 odznaczony został Złotym Krzyżem Zasługi. Był honorowym prezesem Powstańców i Wojaków w Szelejowie. 19 października 1939 r. aresztowany przez nazistów. Dwa dni później rozstrzelany w publicznej egzekucji na rynku w Gostynie.

[2] "…że w tych świątecznych dniach…"– Zesłanie Ducha Świętego

[3] "Kommender Tag"– Towarzystwo akcyjne założone w roku 1919 w Sztutgarcie w celu wspierania rozwoju życia gospodarczego i duchowego (M.Sz.).

[4] Gustav Theodor Fecher, 1801–1887, przyrodnik (M.Sz.).

[5] Mathias Jakub Schleiden, 1804–1881, przyrodnik (M.Sz.).

[6] "…aż w dwudziestu ośmiu procentach"– według obliczeń ówczesnej nauki (M.Sz.).

[7] "…do 90% kwarcu krzemowego"– W popiele (M.Sz.).

[8] "jak kwarc,…"– Można się dowiedzieć, że chodzi tu również o inne krzemiany (M.Sz.).

[9] To znaczy: w tym działają siły, które płyną ku Ziemi z Księżyca, Merkurego i Wenus. Wapno wciąga je do gleby (D.J.D).

[10] "…wenn seine Strahlen durch die Erde durchgehen müßen"

[11] "…jako organizm rzeczywiście indywidualny, odrębny, zamknięty…"– to znaczy, posiada swój własny obieg sił i substancji (G.St.).

[12] "by stać się indywidualnością."– Rudolf Steiner "indywidualnością"nazywa wie­logatunkowe zbiorowisko zwierząt i roślin żyjących w obrębie gospodarstwa rolnego. Przy­roda wszędzie tam, gdzie może działać w sposób nieskrępowany, zawsze wytwarza rodzaj uporządkowanej całości, czyli rodzaj wyższego organizmu, przy czym jedynym z jego narządów jest gleba, gdyż tak ją należy określić. Pojęcie "indywidualności"implikuje, że między poszczególnymi gospodarstwami występują różnice indywidualne. Jest to jednak pierwszy i najniższy aspekt tego pojęcia. Steiner nawiązuje tutaj do sprawy, która budzi obecnie duże zainteresowanie ekologów. Mówi mianowicie, że żywa istota może się dobrze rozwijać tylko razem z innym żywymi istotami, a nigdy osobno. Wszystkie gatunki roślin i zwierząt żyjące w określonym środowisku tworzą razem biocenozę i równocześnie stopniowo zmieniają jego właściwości, albowiem wytwarzają w nim humus. W gruncie rzeczy gleba jest wytworem roślin, a nie odwrotnie. Najlepszym tego dowodem jest stepowienie terenów uprawnych. Dlatego traktowanie gleby tylko jako miejsca produkcji określonych roślin jest już symptomem nadciągającej katastrofy. Jednak, kiedy porównuje się gospodarstwo rolne z ludzką indywidualnością, nie można twierdzić, że są one identyczne, a nawet można przyjąć, że są sobie przeciwstawne (G.St.).

[13] "Element astralny"– termin "astral ność"odnosi się tutaj do sil, które mają do czy­ nienia z czuciem, odczuwaniem itp. Zdolność odczuwania posiada każdy żywy organizm na określonym stopniu rozwoju. Organizmem żywym i odczuwającym jest również nasza cała Ziemia. (D.J.D)

[14] Chodzi tutaj o dwa z czterech rodzajów eterów. Rudolf Steiner rozróżnia cztery rodzaje eterów: eter ciepły, eter świetlny, eter chemiczny(dźwiękowy) i eter życia. (D.J.D.)

[15] "Chaos"– Z ziarna odciągnięte zostają siły kształtujące, które dotychczas w nim pracowały. To sprawia, że substancja otwiera się. Mogą w niej teraz działać kształtujące siły kosmiczne i mogą się w niej odcisnąć. Ten stan Steiner nazywa "chaosem". Nasiono nie jest zatem kontynuacją starego "osobnika"lecz organizmem całkowicie nowym. Jest rzeczą godną uwagi, że Steiner doszedł do tego poglądu na drodze swoich nadzmysłowych obserwacji. Genetyka może dzisiaj odpowiedzieć na pytanie, jak się to dzieje; że "stary organizm", dzięki swojemu powiązaniu z pewnym określonym miejscem we wszechświecie, tak swoje nasiona ukierunkowuje na kosmos, że z mniszka nie powstaje berberys lecz znowu powstaje mniszek. Genetyczny skład każdej komórki dopuszcza bowiem do siebie tylko te siły kosmiczne, które właśnie jemu odpowiadają. (G.St.)

[16] W starożytności dzielono ostatnie epoki dziejów ludzkości (na podstawie poznania nadzmysłowego) na okres złoty, srebrny, spiżowy i ciemny. Ów ostatni ciemny okres, czyli kali gula (3102 przed Chr. 0 1899 po Chr.) związany był z rozwojem światopoglądu materialistycznego. Obecnie, to znaczy od końca 19 w. rozpoczęła się juga jasna (juga świetlana). (D.J.D)

[17] "…przyroda kosmicznie bada, analizuje samą siebie"– Zwierzęta wybiórczo wybierają odpowiednie rośliny, aby dać ziemi znowu to, co ona potrzebuje. Można to również nazwać samo selekcją. Czynnikiem badającym, analizującym jest ciało eteryczne względne życiowe zwierząt, które jest wielkim kosmicznym chemikiem. To, o czym mówi powyższy fragment, będziemy mogli lepiej zrozumieć, gdy uwzględnimy to, co w poprzednim wykładzie mówił R. Steiner o oddziaływaniu planet na życie roślin. Otóż, gdy zwierzęta znajdują określone rośliny i następnie swoimi odchodami wspierają ich rozwój, wówczas wybierają sobie takie siły kosmiczne, które stymulują prawidłowy rozwój ich środowiska. Przyczynia się to również do indywidualizowania się gospodarstwa rolnego, co np. objawia się w optymizmie pracujących w nim ludzi i we własnej twórczości kulturalnej; w kreowaniu kultury. itp.(G.St)

[18] "Dotyczy to mianowicie życia embrionalnego"– Naturalnie, nie chodzi tutaj o światło widzialne. To światło nie dochodzi bowiem do embrionu. Krótko przedtem R. Steiner powiedział, że ludzie nie są świadomi tego, jak światło zachowuje się we wnętrzu ziemi, (i także we wnętrzu organizmu zwierzęcia i człowieka). Przychodzące z zewnątrz siły słoneczne zatrzymują się przed sercem, w którym już przecież działają wyemancypowane siły słoneczne. Owo przychodzące z zewnątrz światło słoneczne przyjmowane jest wewnętrznie w ciele eterycznym zwierzęcia za sprawą oddziaływania sił ze sfery Marsa, Jowisza i Saturna, a nie za sprawą oddziaływania sił ze sfery Słońca. Ponieważ Saturn, Jowisz i Mars działają w przedniej części ciala eterycznego, przeto światło słoneczne również działa w przedniej jego części. Zatem siły ze sfery Marsa, Jowisza i Saturna dają wsparcie siłom słonecznym przychodzącym z zewnątrz. Natomiast za sercem, w kierunku ogona, działają siły ze sfery Wenus, Merkurego i Księżyca. To właśnie od nich otrzymują wsparcie siły księżycowe przychodzące z zewnątrz. Powyższy opis dotyczy oddziaływania promieniowania eterycznego i astralnego ze sfery księżycowej. Promieniowanie to oddziałuje na eteryczne i astralne ciało zwierzęcia szczególnie podczas rozwoju embrionalnego. Ciało eteryczne modyfikuje powstające formy ciała fizycznego. Od miejscowych warunków zależy więc, jak zwierzę wystawia się na oddziaływanie wpływów zewnętrznych. To tutaj leży przyczyna pewnych odmienności między zewnętrznymi formami zwierząt, które wynikają zawsze z indywidualnej relacji organizmu na miejscowe promieniowanie eteryczno – astralne (słoneczno – księżycowe) w czasie rozwoju embrionalnego. (G.St.)

 

[19] "…to znaczy – teraz przedstawiliśmy go w całości.". – Jednakże tylko do pewnego stopnia. Na tą sprawę także zwróciła uwagę hrabina Johanna Keyserlingk w swoim obszernym sprawozdaniu z przebiegu Kursu Rolniczego ("Zwölf Tage…"). Sprawozdanie to opublikował hrabia Adalbert Keyserlingk w książce pt.: "Koberwitz 1924 – Geburtsstunde einer neuen Landwirtschaft" ("Kobierzyce 1924 – narodziny nowego rolnictwa", wydawni­ctwo "Hilfsweg Elisabeth", Stuttgart 1985). Czytamy tam na stronie 61:

"Rudolf Steiner oprócz Kursu Rolniczego i kilku ściśle ezoterycznych wykładów oraz dwóch opublikowanych dłuższych przemówień do grupy młodych osób, wygłosił również w niedzielę Zesłania Ducha Świętego (po spacerze w ogrodzie i parku) pewien dodatkowy ezoteryczny wykład dla rolników. Nie ma dzisiaj nikogo, kto by go dobrze pamiętał. Rudolf Steiner mówił wówczas o medytacjach, jakie rolnik powinien praktykować – praktykować zarówno dla sie­bie jak i dla ziemi; mówił o istotach duchowych, jakie schodzą w dół do wspólnoty pracującej około gospodarstwa i oddziałują na ziemię, na rośliny oraz na to, co znajduje się w jego oto­czeniu,. Tłumaczył, w jaki sposób ludzie mogą wywierać wpływ na pogodę poprzez moralne siły swojej woli. Mówił także o degeneracji środków spożywczych i dobitnie wskazywał na to, że obecnie jest to problem dramatycznie ważny i mówił, co należy czynić, by wyhodować nowe rośliny. Otóż należy koniecznie stworzyć podstawy pod całkiem nową naukę – pod naukę, która za swój cel nie będzie miała samej siebie, lecz niesamolubne poznanie prawd ezoterycznych. A ponieważ, jak już powiedziałam, nie spotkałam nikogo, kto wszystko to dokładnie sobie zapamiętał, przeto przytoczę jeszcze coś, co przeczytałam w wykładzie, jak i R. Steiner wygłosił w Berlinie w listopadzie 1908; prócz tego przytoczę jeszcze coś z tego, co sobie dobrze zapamiętałam z wykładu, jaki słyszałam 22 lipca 1924 w Dornach, – zatem przytoczę coś, a na co R. Steiner zwracał nam uwagę również w Koberwitz, kiedy przemawiał do małej grupy rolników w czasie owej pamiętnej niedzieli Zesłania Ducha Świętego. Otóż mówił on wówczas o chórach dostojnych aniołów, które wspomagają ludzi przy ich pracy około gospodarstwa rolnego. Jednakże aniołowie przychodzą do rolników wówczas, gdy oni świat duchowy biorą poważnie pod uwagę i przygotowali się na jego przyjęcie. Dopiero wtedy będą się oni mogli kontaktować z owymi sferycznymi duchami, którym służą duchy przyrody, – i również dopiero wtedy będą mogli wywierać prawdziwie prawidłowy i prawdziwie leczniczy wpływ na życie roślin. I jeszcze dodał, kierując spojrzenie w stronę pani dr Vreede: "… a pani dr Vreede jest tą osobą która także przez swoją wytężoną pracę naukową nawiąże z nimi bliskie stosunki.". […] (M. Sz.)

[20] "… zajmowali się sprawami centralno-antropozoficznymi''. – Skąd się wzięło to dziwne określenie? – O co tu chodzi? Żeby zrozumieć, o co tu chodzi, należy uwzględnić, że w ruchu antropozoficznym istniały wówczas dwa prądy, dwa kierunki lub dwie tendencje. Pierwszy prąd tworzyli ezoterycy – wśród nich było wielu ludzi niepospolitych, twórczych, genialnych – którzy do Steinera dołączyli się przede wszystkim dlatego, że przypadło im do serca jego trzeźwe i jednocześnie wyjątkowo głębokie spojrzenie na pracę ezoteryczną, a zwłaszcza jego dążenie do wypracowania głębszego zrozumienia dla Chrześcijaństwa i chrześcijańskiej ezoteryki. Oczywiście pracę w tym kierunku R. Steiner kontynuował w ciągu następnych lat. Dopiero później dołączyli do niego ludzie, którzy wyspecjalizowali się w jakiejś praktycznej dziedzinie działalności i z antropozofii przede wszystkim chcieli przyjmować nowe impulsy, nowe idee, aby sprostać problemom i wyzwaniom współczesności. Tworzyli oni ów drugi prąd w ruchu antropozoficznym. Do grupy tej należeli biolodzy, przyrodnicy, pedagodzy, lekarze, artyści itd. R. Steiner prowadził dla nich specjalistyczne wykłady i kursy, aby antropozofię wprowadzić do wszystkich ważnych dziedzin ludzkiej działalności. Gdy R. Steiner nazwał był antropozofów należących do pierwszego prądu "centralnymi antropozofiami", to oczywiście nie chciał ich deprecjonować. Chodziło mu tylko o to, żeby te dwa prądy w obrębie ruchu antropozoficznego nauczyły się lepiej wzajemnie rozumieć i lepiej ze sobą współpracować. (D.J.D)

[21] "…Wielu antropozofów uważa, że w życiu najważniejszą rzeczą jest myślenie"[to znaczy myślenie takie, jakie cechuje dzisiejszą naukę]. Autor wskazuje tu na dwa rodzaje myślenia o otaczającej nas rzeczywistości. Pierwszy rodzaj myślenia przyjmuje za swoją postawę obserwację rzeczywistości martwej (fizyka, chełma, mechanika itd.) oraz zawęża się do niej programowo. Drugi, za swoją postawę przyjmuje obserwację także rzeczywistości żywej. Pierwszy rodzaj myślenia zapanował w nowożytnej nauce wszędzie tam, gdzie nauka z góry, spekulatywnie założyła sobie, że świat materialny jest jedynym światem istniejącym realnie [albo zakłada, że naukowiec nie może lub nie powinien przekraczać granic świata materialnego]. W takiej nauce zakres ludzkiego poznania kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się życie. W dzisiejszym szkolnictwie podstawowym, średnim i wyższym (z małymi wyjątkami) ów drugi rodzaj myślenia jest właściwie całkowicie nieobecny. Dlatego nie można oczekiwać, że dzisiejsi naukowcy mogą, bądź też potrafią, zmienić swój sposób myślenia w krótkim odcinku czasu. Dwa te rodzaje myślenia różnią się między sobą tak bardzo, jak martwy minerał różni się od żywej rośliny. W nowożytnej nauce bodajże Goethe jako pierwszy zaczął obserwować przyrodę także z owego drugiego, dachowego punktu widzenia, przy czym przedmiotem jego obserwacji była "idea"– "idea"pracująca u podłoża roślinnego organizmu jako jego siła twórcza. Na tą sprawę zwracaliśmy już uwagę we Wprowadzeniu do niniejszych wykładów. Metodę goetheanistyczną [lub metodę Goethego] rozwinął później R. Steiner i dostosował ją do wymogów współczesności. (D.J.D)

 

[22] Hrabia Aleksander von Keyserlingk, brataniec hrabiego Karola Keyserlingk'a.

[23] "…man sieht nur die Ausläufer seiner Wirkungen"

[24] Określenie: "drogach nawilżonych"należy oczywiście rozumieć jako przenośnię. W strukturze DNA wyraża się to w budowaniu mostów siarkowych między pasmami podwójnej spirali. (G. St.)

[25] To znaczy: wapń w jego różnych postaciach (M.Sz)

[26] to znaczy: jest to wapń w swoich różnych postaciach (M.Sz).

[27] " … nie będą już w pełni harmonizować.” – Będzie im brakować określonych właściwości (D.J.D.)

[28] Chodzi o filcowe, spiczaste kapelusze z szerokim rondem (G. St.)

[29] "… Właściwe substancjowanie nawozu"– Substanz (substancja) (łac. substantia = istota), w historii filozofii termin ten rozumiany był gł. jako podłoże zjawisk i rzeczy, jako podstawa wszystkiego, cokolwiek istnieje, a więc coś, co istnieje samo przez się i nie jest atrybutem żadnej rzeczy. Natomiast "Stoff ' (materia) wywodzi się w j. niemieckim od fran­cuskiego słowa: "etoffer", co się tłumaczy: to, co wyposaża coś; to, co przystraja coś. Ten fragment tekstu mówi o substancjach, które po to wprowadzamy do obornika, żeby dostoso­wała się do nich materia – w tym przypadku materia obornika. (G. St.)

 

[30] Mikroorganizmy w swoim pojawianiu się i znikaniu zależne są od otaczającego oraz osłaniającego je środowiska. Przy kultywacji obornika (nawilżanie, zgęszczanie, osłanianie) – ­należy obornik tak przetwarzać żeby temperatura nie przekroczyła w nim 60 stopni C. Chodzi o to, żeby nie dopuścić do rozmnożenia się bakterii ciepłolubnych (G. ST.)

 

[31] "Jest to rzeczywiście jak gdyby nasycanie gleby rozumem,..."– Intelekt (Verstand) myśli analitycznie, to znaczy, rozdziela, rozkłada i analizuje zadany mu materiał poznawczy, aby na podstawie zauważonych powiązań wnioskować o łańcuchu przyczyn i skutków, a znowu rozum (Vernunft) syntetyzuje – w znaczeniu myślenia całościowego, oglądu całościowego. Cel, który sobie rozum wytycza, równocześnie stanowi dla niego punkt wyjścia, przy czym korzysta z wiedzy intelektu. Termin "Vernunft"związany jest z czasownikiem "verneh­men", co się tłumaczy: słuchać, postrzegać. Związane jest to z postrzeganiem procesów duchowych. A zatem pokrzywa działa wybiórczo w glebie wtenczas, gdy postrzega konkretne zamiary rolnika odnoszące się do roślin i gdy z gleby wyciąga pewne substancje. (G.St.)

[32] W popiele (M. Sz.)

[33] Które wówczas ulatnia się. (D.J.D.)

[34] "...czy będzie całkiem bezwonny"– Jest to niezmiernie ważna sprawa w praktyce rolniczej, albowiem w nawozie należy utrzymać element eteryczny i astralny. Stara mądrość rolnicza powiada, że obornik należy nawilżać, a czasem nawet okrywać osłoną organiczną (torf, namoczone liście itp.) (G.St.).

[35] Wydaje mi się, że w stenogramie zaszła pomyłka, gdyż niniejsza odpowiedź nie ma związku z poprzedzającym ją pytaniem. (uw. tł.)

[36] "...do zapłodnienia nasiona w łonie ziemi."– Zapłodnienia rośliny nie należy utożsamiać z zapyleniem kwiatu. Dokonuje się ono wtedy, gdy ziarno rośliny. jako impuls męski, względnie biegun męski, umieszczone zostaje w (matce) ziemi, czyli w żeńskim biegunie roślinnym, który pełni tu rolę macicy.(G.St.)

[37] Denken Sie sich niemal, wenn man eine ziemlich junge Maus abfängt, da kann man sie häuten und kann man die Haut von der ziemlich jungen Maus nehmen.

[38] Z gromady nicieni. Nicień długości 1,5 mm. (M.St.)

[39] Mówiąc inaczej: musimy ten czteroletni cykl zachować i zabieg przeprowadzać przez kolejne cztery lata (D.J.D.)

[40] (...nicht bloß aus demjenigen, was die Erde uns überläßt).

[41] Chodzi tu oczywiście o świat larw i robaków. (D.J.D.)

[42] W świecie fizycznym.

[43] "...odpowiednią ilość soli"– bynajmniej nie należy tego rozumieć tak, że do gleby trzeba wprowadzać określone dawki soli (mineralnych) w tym celu, żeby korzenie roślin mogły intensywniej wchłaniać rozwijającą się siłę jaźni, którą zawiera obornik. W procesie pobierania soli (mineralnych) stroną aktywną jest roślina, która samoczynnie rozpuszcza i wypłukuje sole z mineralnego podłoża organizmu glebowego (uaktywnienie substancji od­żywczych). Roślinę w tej aktywności wspiera nawóz, a wspiera ją w tym celu, żeby mogla pobierać tyle soli, ile potrzebuje ich człowiek do rozwijania swojej działalności na ziemi jako istota jaźniowa. (G.St.)

[44] "...wypełniacze astralne"– Przez określenie to należy rozumieć materię, która powstała (w organizmie) przez kosmiczne (tutaj to znaczy: astralne) promieniowanie, a więc przede wszystkim materię wypełniającą system obejmujący przemianę materii i kończyny: kości, mięśnie, tkankę łączną itp. (G.St.)

[45] rzodkiew świrzepa, łopucha, spokrewniona z gorczycą pol ną (ognichą).